MIÓD
Cześć, jestem miodem, pierwszy raz przelewam słowa na papier, lepię się i nie opuszczę tej historii, zaopiekuję się nią, przytulę ją na żółto, z żółci przepłynę brązem i pomarańczą, plamą, ogarnę, wytrę twarz, najsłodszą buzinkę opowieści, pogładzę ją po plecach, ukołyszę, skleję, ciepło, mam ją w kierunku mojego spadania, w lekkim odchyleniu skapywania, wejdę na jej szyję i zasklepię jej wdech i wydech, stłumię jej lęki i obawy, powącham i obleję je sobą, ogarnę, załatwię, poliżę, wyciągnę z niej wątpliwości, by patrzyła na światło jak na miód, i na padające cienie jak na miód, lampka przed snem miodem sącząca się, odbite miodem spoiwo powolnego i spokojnego kroku opiekunki, idzie, idzie, idzie i wtedy historia lepi się od treści: była sobie zwykła opiekunka, której zabrakło miodu do herbaty, a gdy okazało się, że gdzieś się znalazł, zastygł jej w gardle, jakby wsunęła do niego szynę miodową, nie dusiła się, ale razem z dzieckiem śmiała się i dłubała w gardle słonymi paluszkami, zostawiając na tej szynie wklęsłe wzorki, i nagle wypłynęła z jej gardła miodowa orteza w kształcie kreta, a ona powiedziała głośno do dziecka: kret oznacza podstęp, sekret, dobrą pamięć, determinację, wnikliwość, a ślepota kreta jest jak miodna ślepota, gdy zalewam coś złotawym kolorem, pożądam zespolenia przedmiotów, istot i zjawisk, ich wyrozumiałości, dziecko przytaknęło, a jako miód dodałem szybko, by wpłynąć na dziecko: zaś sen o krecie to znak, by oddać się intuicji, zaufać dotykowi i wzrokowi, a jeśli nie uda się tego skojarzyć z ciężką pracą, podobną do tej, którą wykonują mrówki czy pszczoły, albo z pracowitą duszą dziecka, to trudno, ja będę lał się dalej, jak czas, jak wodospad, jak krecie drążenie nienazwanego, osiądę wreszcie, ale w najmniej oczekiwanym momencie, wtedy dziecko przytaknęło, opiekunka zawahała się, lecz nic nie odpowiedziała. Zastygłem.
PSZCZELENIEC
Chciałem cię poznać, tylko dlatego, że miałaś miodowe oczy. Nie była to wyłącznie kwestia koloru, ale procesu, jaki przebiegał w twojej gałce ocznej. Znalazłem na to słowo, przekopując specjalistyczne materiały dotyczące pozyskiwania miodu. W twoim oku zachodziła regurgitacja nektaru, przez co mój żołądek zapadał się w rozkoszy, jakby wytwarzane przez ciebie enzymy spojrzenia przekształcały cukry zawarte w nektarze oka. Umieszczałem każde twoje spojrzenie w osobistym plastrze miodowej refleksji, a słodyczą syciłem się, gdy tylko cię widziałem. Okazji nie było wiele, więc wymyśliłem, jak sobie bez tego radzić.
Miód kupowałem od najlepszych dostawców, którzy przyjaźnili się z pszczołami. Jeździłem wtedy na wsie, zaczepiałem sprzedawców przy drogach, na targach, zajeżdżałem pod domy ukryte pod lasami. Jeździłem po wyboistych drogach, a mój żołądek podskakiwał w nerwowym rytmie, byle tylko dotrzeć do celu. Drżałem na samą myśl, że gdzieś w powietrzu krążą pszczoły i przypatrują się temu, co robię. W obawie, że mogłyby wlecieć do auta, nigdy nie otwierałem szyb, pocąc się i rozglądając wokół. Bałem się, że pszczoły odgadną, kim jestem. Potem patrzyłem tylko w szczere oczy pszczelarzy. Gdy się pociłem, ich twarze zniekształcały się i wydłużały. Szaleńczo wykrzywiały się w znajomym uśmieszku. Wiem, to moja wina. Nie byłem smakoszem, ale obserwatorem. To widać i trzeba mnie ukarać pogardliwym uśmieszkiem. Byłem pszczeleńcem. Mówiłem tak na siebie w myślach, łącząc „pszczołę” z „szaleńcem”. Czułem się winny, jakbym naigrawał się ze szlachetnego procesu zapylania. Byłem zdrajcą, bo przecież miodu szukałem tylko jako substytutu twoich oczu. I widziałem wtedy szerzej, a przynajmniej tak mi się wydawało. Długo czułem, że głównie do tego jestem przeznaczony, rosło we mnie silne przekonanie, że to sensowne, by szukać twoich oczu.
Często, wracając od pszczelarzy, nacierałem miodem kierownicę w samochodzie. Wyobrażałem sobie, że patrzysz na moje ręce, a ja ciągle skręcam i manipuluję twoim wzrokiem. Patrzysz na lewo i prawo, twoje spojrzenie jest jak krążąca pszczoła. Szarpałem mocno kierownicą, jakbym chciał wywołać wypadek samochodowy. Czułem wtedy silne podniecenie, również na myśl, że ktoś znajdzie mnie potem w rozbitym pojeździe, z dłońmi oblepionymi miodem. Prawdziwy pszczeleniec!
Jaką teorię stworzono by na podstawie miodu na kierownicy? Czy rozbroiłaby to detektywka o wnikliwym spojrzeniu i odkryła przyczyny wypadku na podstawie pomiarów lepkiej substancji? Raz tylko uderzyłem w płot i uszkodziłem reflektory. Cały i zdrowy, wiedziałem, że jestem okropnym insektem, robalem do zdeptania, a jednocześnie czułem chęć wzniesienia się, patrzenia na to wszystko z góry. Nic o mnie nie wiecie, ludzie. Jacy marni jesteśmy, ja pszczeleniec – z nieodkrytą fiksacją, i wy – ciekawi nieodkrytego. Przez chwilę myślałem nawet, że jestem lepszy niż pszczoły. Denerwowałem się i napełniałem jadem, kiedy uświadamiałem sobie, że jestem bezradny wobec miodu. Plułem wtedy na swoje koszule i buty, robiłem to ze złości. Wyobrażałem sobie, że moja ślina jest gęstsza od miodu, że jest substancją pożądaną i słodką. Czy chciałabyś się ze mną całować? Napełniałem słoiki śliną i przeglądałem się w jej przezroczystości. To jeszcze bardziej mnie pogrążało i zdawało się jeszcze dotkliwiej wskazywać, jaki jestem pusty. Próbowałem nie jeździć po kolejne słoiki, gdy lizałaś mnie wzrokiem, ale prędzej czy później znikałaś, a ja czułem, że umieram.
Nigdy nie zbliżałem się do uli. Czy można czuć się bezpiecznie wśród pszczelich spojrzeń?
Nie potrafiłem słuchać anegdot o pomyślnych zbiorach. Z daleka przypatrywałem się odłożonym dłutom pasiecznym, widziałem niejedno sito nierdzewne, słyszałem wiele o nożach do odsklepiania. Najgorsze wydawały mi się radosne opowieści o podkurzaczu kwasoodpornym, za pomocą którego specjaliści odymiali rozdrażnione pszczoły. Ryzyko poparzenia wśród pszczół budziło mój najgłębszy lęk, podobnie jak dźwięki owadów. Bzyczenie zakłócało moje myśli, infekowało mój mózg, jakbym nie wiedział zupełnie nic – kim jestem, po co żyję i czego pragnę. Brałem słoiki i uciekałem, byłem podejrzany. A przecież sam miód był dla mnie tylko pretekstem postrzegania świata szerzej, do widzenia więcej, do popadania w rozszerzenie mentalne. Zdarzało się, że wylewałem go na przednie szyby samochodu i udawałem, że jestem tobą, patrzę na siebie samego przez miodowe soczewki. Rozpędzałem się na długich odcinkach drogi, trąbiłem, a zatrzymywałem dopiero wtedy, gdy miód na szybie się rozwarstwiał.
Czy jesteś królową pszczół? Nie ma szans, ja jestem tylko głupim pszczeleńcem. Przecież nigdy mnie nie użądliłaś.
W kuchni uderzałem o podłogę słoikami z różnymi odmianami miodu. Mój rytuał był mieszaniną frustracji, otępienia i opszczeleństwa.
Poniedziałek – upadał miód rzepakowy, wtorek – akacjowy, środa – lipowy, czwartek – miód ze spadzi iglastej, piątek – wielokwiatowy, sobota – gryczany, niedziela – miód ze spadzi liściastej. Kładłem się szybko obok wylanej substancji, a ona bardzo powoli zalewała podłogę. Wyobrażałem sobie, że leżysz przy mnie i patrzysz na mnie, zbliżasz się wzrokiem i w ciasnym zakątku miażdżysz mnie słodyczą, wpełzasz do ust i nosa. Ledwo oddychałem, krztusiłem się. Czułem, że żyję.
Myślałem o tej substancji jak o wielkim jeziorze. Wąchałem miód i zamykałem oczy. To tak pachnie twój wzrok? Najpierw widziałem wokół miodowego jeziora niezidentyfikowane kształty. Odczuwałem je jak okruchy mitologicznych majaczeń, które bardzo chciały być zobaczone, nie chciały mnie opuścić! W końcu poddałem się całkowicie zapachowi miodu.
Wyłaniały się przede mną nibykobiety o ciałach w kształcie kombinerek.
Kombiterofemy!
Kombizarnie!
Kombinerlotraple!
Wszystkie delikatnie oblepione miodem, było ich może z trzydzieści. Wszystkie zgromadzone wokół miodowego jeziora. Ucinały swoimi kombinerkowymi ustami trzciny wodne, a gdy trzymały je w zębach, wyglądały jak wąsate ssaki, z domieszką dziadów lub skrzatów. Węszyły. Obijały się o siebie, szturchane wiatrem, jakby były im obojętne kierunki ruchów, nieprecyzyjne i pląsate. Widać było, że kochają delikatny wicher, że służy im jego nieznośny kąt szturchania, kaprys zaczepiania. Nie rozumiałem tego i marzyłem, by odeszły. Chciałem podumać samotnie nad miodowym jeziorem, chciałem wreszcie odpocząć, jednocześnie fascynowało mnie, że nie jestem tam sam.
Kombinerkowate istoty pochodziły z narzędziowatej pokusy, z myślenia, że otworzą najbardziej zasklepione powierzchnie, a jako fryzjerki jeziora uformują jego roślinne włosie. Plotły z resztą nierówny warkocz, z którego wysypywała się sucha trawa. Zdawały się tego nie dostrzegać, pochłonięte pracą. Przecudowne, jak nimfy z tępym wzrokiem wbitym w najmroczniejsze części miodowego jeziora, gdzie dusił się niejeden grążel. Dlaczego kombinerkowate istoty na to pozwalały? Dlaczego dbały tylko o los roślinnej wrzawy wokół jeziora? Na pewno utopiły się tam już dawno wszystkie wywłóczniki i rdestnice. Kombiterofemy zdawały się nie przejmować losem roślin w jeziorze, pozbawione empatycznego spojrzenia, patrzyły swoimi śrubowymi ślepiami przed siebie i tylko przed siebie. Czy były groźne? Gdy zbliżałem się do nich wystylizowanym, pewnym krokiem – nie były mną zainteresowane i robiły swoje. Jakby ich praca polegająca na przycinaniu roślin, porządkowaniu obszaru wokół miodowego jeziora była sensowna i ważna. Udawałem więc, że ja też robię swoje i wcale się nie boję.
W ostatnią niedzielę zauważyłem jednak, że przypisana przeze mnie kombinerkowatość im zawadza. Była ciężarem i zmuszała je do stylu ich życia, czynności, które wykonywały. Czyli przeszkadzało im, że na nie patrzę! Szczególnie było to widać u kombinerlotrapli, które momentami przypominały mi również mroczne, mechaniczne ptaki. Prześwity ich ruchów przy ucinaniu trzcin były jak ruchy skrzydłami! Wyraźnie wahały się, czy nie odlecieć. Śmiałem się w duchu, że nie mają na to szans, że ich narzędziowatość i toporność im na to nie pozwolą. I wtedy zakradłem się do jednej z kombinerlotrapli, podniosłem ją i rzuciłem w stronę jeziora pełnego miodu. Uniosła się jak kombinerkowy bocian i krztusząc się trzciną, odleciała w stronę pobliskiego lasu. Byłem zdumiony, bo wszystko, co o niej myślałem, okazało się nieprzydatne. Byłem przerażony. Liczyłem na to, że pochłonie ją miodowe jezioro! Chciałem patrzeć, jak tonie! Pozwalałem moim myślom cofać się i zakłamywać wspomnienie, jakby kombinerlotrapla wcale nie odleciała. Wpatrywałem się uparcie w miodostan i wyobrażałem sobie, że pochłania istotę, do czasu, aż kombiterofemy zaczęły mnie o coś podejrzewać. Byłem jak posąg, mój wzrok szarzał, stawał się pusty i nieludzki. To ja tonąłem, jak grążel, byłem na dnie. Przywoływałem obrazy kombinerkowe codziennie, uzależniony od wygięcia ich ostrzy, ale i całego krajobrazu miodowego, który zlewał się z moją tęsknotą za twoim wzrokiem. Stałem się kimś niezidentyfikowanym – z jednej strony byłem obcy, nie należałem do kombinerkowatej gromady, z drugiej strony codziennie wizyty robiły ze mnie niemalże domownika jeziora. Kombizarnie czasem zbliżały się do mnie, przecinając tatarakowe labirynty, ale nigdy nie poświęciły mi więcej niż sekundę uwagi. Nie słuchały, nie nawiązały ze mną kontaktu. Ze wszystkich kombinerkowatych kobiet to właśnie kombizarnie najbardziej mnie trapiły. W swoich ustach gromadziły śliny i mniej więcej co parę minut pluły do jeziora. Czy chciały mi się przypodobać? Czy wiedziały, że też pluję na własne buty i koszule, gdy jestem bezradny? Gubiłem się we własnych wyobrażeniach.
Gdy przebudzałem się na ziemi w kuchni, wierzyłem, że nie byłaś tylko kobietą, ale przekraczałaś swoje bycie właśnie miodem – silnie przyciągałaś, pochodziłaś od kwiatów, korzeni, z ziemi. Znałaś nicienie, pędraki, larwy ziemiórek i drutowce. Odbijałaś się swoim miodem w grzbietach chrząszczy kusakowatych, w ukrytych miejscach – w próchnicy, odchodach, w gniazdach ptaków i ssaków, w hubach drzewnych, pod pniami. Rodziłaś się i rozkwitałaś na moich oczach, wciąż na nowo, wabiłaś mnie swoim ostrym zapachem. Czy to możliwe, bym pożądał wszystkiego co było kiedyś, co jest teraz i co dopiero będzie? Unieruchomiony grążel. Podniecała mnie ta myśl. Wiem, że nie można zapłodnić jeziora! Długo chciałem się tego wyzbywać, na rzecz ciągłej ciekawości, drgania, bez spełnienia.
W końcu, zupełnie zlepiony miodem, parskałem śmiechem, a potem blokowałem go, tak że cofał się w głębiny ciała, a ja wychodziłem z siebie jak z kokonu poprzez drganie. Niezauważony, chciałem wskoczyć do słodkiej kałuży i choć wiedziałem, że jej rozlew już się dokonał, że leżę na ziemi opszczelony i lepki, zawsze starałem się nad tym zapanować. Przegrywałem.
Pewnego wieczoru, na imprezie, długo czekałem, żebyś na mnie spojrzała. Wyczekiwałem, jak drapieżnik. Tak naprawdę kryłem się za bieluśką framugą, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Żołądek podchodził mi do gardła, a gardło do ust. Chcę pamiętać siebie jako przezroczystego, wyprężonego do skoku tygrysa! Gryzę to wspomnienie, połykam je, a ono trafia do otchłani gardzieli. Tam rozprawia się z nim mój jad żołądkowy pszczeleńca!
Miód twojego wzroku miał mnie wypełnić, zalać, sprawić, że nabieram jako dzikie zwierzę koloru. Bursztyn, o tak. Bursztynowy tygrys, to brzmi jak wspaniały motyw na potężny pierścionek! Chciałem stać się tym tygrysim bursztynem, który wrzucisz do morza. Chciałem, żeby twój wzrok zaparł mój dech, zatrzymał mnie w bursztynie. Chciałem się bardzo powoli zbursztyniać, na lata, na wieki. Zapomniałbym wtedy, że jestem zarówno dorosłym mężczyzną, jak i malutkim mężczyźniankiem. Stałbym się drżeniem, obawą i okruchem. I nikt nie wymagałby ode mnie rozwiązań, bo od nieznacznych tygrysów niczego się nie wymaga. Wróciłbym do natury, na widok której drżę. Uwielbiałem być najpierw tygrysem, a później tygrysim robakiem, który kurczy się i zastyga.
Hej! Może warto zupełnie zakłamać wspomnienia?
WSPOMNIENIE I
Nie wspomniałem jeszcze, że byłem inwestorem komunikacyjnym. Pracowaliśmy razem w wieżowcu. Tamtego wieczoru miałem założony krawat, który z każdą godziną delikatnie, coraz mocniej zaciskałem na szyi. Tygrys na uwięzi ma się na
baczności. Gdy tylko pojawiałaś się w drzwiach, mój oddech przyspieszał, a gdy znikałaś w tłumie, uspokajał się. Trwała impreza Reginy i Tadeusza, a ja deptałem rozrzucone na dywanie krawaty prezesów i szukałem cię wzrokiem. Czułem zażenowanie, gdy patrzyłem na niezręczne podrygiwania koleżków w rytm syntezatorów. Widziałem ich muskularne tyłeczki i koszmarnie roztańczone barki. Przymykałem oczy i wyobrażałem sobie, że są okropnymi, lejącymi się na wszystkie strony majonezami i ketchupami. Co miałem począć jako miód towarzystwa? Brzydzili mnie swoją obecnością, byliśmy z całkiem innych światów. Weźmy takiego Juliana, eksperta od przedłużania umów z klientami naszej sieci telefonicznej. Widzę dokładnie, jak jego zadek wypręża się, kształtem przypominając gigantyczną pieczątkę. Ketchupem zatwierdza kolejne umowy, przedłużenia umów i aneksy. Jednocześnie znieważa wszystkich wokół, zionie nieświeżym oddechem, przeklęty manipulator. Każdym swoim ruchem potwierdza, że jego muskularny tyłek jest skrojony pod firmowy znak jakości. Julian podchodzi do mnie blisko, czuję pomidor jego oddechu. Nigdy na mnie nie patrzy, tylko uderza mnie lekko w ramię.
– Cierpisz? – rzuca i parska mi prosto w twarz ketchupową mżawką oddechu.
Mam ochotę w niego uderzyć, zwalić na niego regały wypełnione ketchupami, porozbijać wielkie słoje, z których wypłynie gęsty czerwony ocean, żeby utopił się raz na zawsze.
– Nie cierpię z tobą gadać – odparłem i sztucznie się roześmiałem.
Odszedłem od Juliana, wsunąłem się między kanapy i przystanąłem, by spojrzeć na tańczącego nieopodal Franciszka. Kojarzyłem go z gładzeniem krawatu i uśmiechem pożółkłymi zębami. Przesunięcie palcem wskazującym po krawacie – mówił, że jest znudzony. Dwa uderzenia krawata kciukiem, a potem szybkie wstanie z krzesła – przerwa na lunch. Długie gładzenie krawata malutkim palcem lewej ręki – roztargnienie Franciszka. Oczywiście komunikował się też tyłkiem. Wypinał go czasem w moją stronę, jakby chciał powiedzieć: „Na dzisiaj koniec, pora do domu”. Kogo my tu jeszcze mamy? Na przykład nieopodal tańczy Józef, kolejny dureń. Przesyła wymyślone reklamy na mojego maila i jest pewny, że umila mi tym życie. Józef uderza tyłkiem w wymyśloną skałę, zupełnie jakby muzyka stwardniała wokół jego bioder. Trudzi się, rozbijając to głupim uśmiechem rzuconym tępo w przestrzeń. Prezesi rzadko patrzą sobie w twarz, co więcej, bardzo rzadko w oczy. Jak to możliwe? Umyka im niemalże wszystko!
Ta beznadziejna impreza była efektem niezapowiedzianych oświadczyn Tadeusza. Kto poważny oświadcza się przez telefon? To najmarniejszy żart prezesa znanej sieci telefonicznej.
Tego dnia, z samego rana, Tadeusz zadzwonił do wszystkich z naszego biurowca, by koniecznie zjawili się na parkingu, na środku kazał stanąć Reginie i włączyć telefon na głośnomówiący. No i oświadczył się, choć jego końcowe słowo, a może tylko drgający pytajnik, zabrzmiało jak żart, jak telefoniczny scam. Zastanawiałem się nawet, czy to na pewno Tadeusz, jego głos był tak niedorzeczny i nierzeczywisty, że musiałem parsknąć. Brzmiał jak meta-Tadeusz, który odłączył się od pierwotnego Tadeusza, niczym powidok. Była to ta część Tadeusza, której szczególnie nie lubiłem. Trudno mi to przyznać, ale była to słodkość, jego wargi stawały się lepkie i rozluźnione, gdy opowiadał nam o Reginie. Wtedy na parkingu moje parsknięcie zagłuszyło ostateczny pytajnik Tadeusza w tym krótkim pytaniu: „Czy wyjdziesz za mnie, Regino?”.
Po tym od razu wyłapałem cię w tłumie i choć nie zerkałaś wprost na mnie, byłem pewny, że jesteś na mnie wściekła. Ku mojemu zaskoczeniu Regina bardzo szybko zgodziła się zostać żoną Tadeusza, a ja zobaczyłem ich jako dwa głosy, które zawiązują się w węzeł komunikacyjny – głupi, ale przynoszący korzyści dla firmy. Byli jak reklama telefonii komórkowej, która promuje perfekcyjną komunikację. I teraz najważniejsze! Gdy tylko Regina powiedziała „tak”, dostrzegłem na twojej twarzy oznaki zmęczenia. A był to obraz kanapy mimicznej, jakby twoje niezadowolenie rozsiadło się wygodnie na policzkach. Miałaś na nich dwa wgniecenia, słodkie dziurki i wysyłałaś do mnie cyniczny sygnał – „przesadzasz”. Mało tego, z gałek ocznych wylewałaś miód, który spływał na twoją kanapę mimiczną. Bezczelnie! Kanapa twojej twarzy, cała w miodzie, została zniszczona na moich oczach! Podniecało mnie twoje zmęczenie. Tak bardzo znużył cię romantyzm Tadeusza? Czy chodziło o meta-Tadeusza, który denerwował i mnie? Czy myślałaś o jego zgniłym głosie? Byłem wściekły, że ta scena tak mocno na ciebie zadziałała, podczas gdy ja miałem w tym udział tylko poprzez parsknięcie. Świetnie sobie to wymyślił ten Tadeusz. Na szczęście na imprezie, którą zorganizował zaraz po oświadczynach, nie zabiegał o twoją uwagę. Uruchomił się w nim na stałe meta-Tadeusz, który przynależał do Reginy. Patrzyli na siebie z zachwytem, ich gałki oczne były tak naprawdę jedną gałką, jakby bez siebie nawzajem nie umieli patrzeć. Z twojej twarzy zaś nie schodził grymas rozlany na poduchach mimiki. Spojrzałaś na mnie tylko raz, wyzywająco. Poczułem silny skurcz żołądka. Niestety, wtedy widziałem cię ostatni raz w życiu. Po oświadczynach Tadeusza już nigdy nie pojawiłaś się w biurze i zastrzegłaś wszystkie swoje dane.
WSPOMNIENIE II
Jeśli tego nie zrobię, ukryjesz się przede mną, znikniesz. Przywalona setką poduszek, wciśnięta w kanapę jak karteczka „zaraz wracam”, będziesz miodem i jednocześnie nim nie będziesz. Miałem dość wyczekiwania. Zadzwoniłem do ciebie przed imprezą Reginy i Tadeusza. Zgodziłaś się pójść ze mną, ale miałem wrażenie, że to nie ty w istocie zdecydowałaś. Nawet przez telefon moje słowa sączyły się w intencji dotarcia do twojego miodu. To zabawne, ale przez telefon chciałem dotrzeć do twoich oczu, opowieścią i propozycją chciałem przedrzeć się do twojego oka, pojawić się w nim jako myśl-ucieszenie, zaparzyć w twoim oku herbatę i zalać miodem.
– Nie cierpię gadać przez telefon – powiedziałem w tej krótkiej rozmowie telefonicznej, a ty zupełnie szczerze roześmiałaś się do słuchawki, choć wolałem myśleć, że twój miód się śmiał, najgłośniej jak umiał.
– Po prostu po mnie przyjedź… – odparł twój miód i na końcu się zawahał, jakby chciał jeszcze wylać parę słów. Sprowokował mnie!
– Powiedz, proszę – przełknąłem ślinę – czy czasem czujesz, jakby twoja twarz była szklana? – ostatnie słowa wycedziłem przez zęby, było mi głupio, nie chciałem, byś zorientowała się, że tworzę ukrytą tezę. Być może jesteś słoikiem dla twojego miodu.
Znowu usłyszałem śmiech, i to na pewno nie byłaś to ty. Odebrałaś jednak głos swojemu miodowi i odpowiedziałaś:
– Jeśli masz na myśli to, że jestem krucha, to masz rację.
Westchnąłem. Nie chodziło przecież o kruchość!
– Jesteś… delikatna. Zobaczymy się później. Będę punktualnie – wyrzekłem i odłożyłem słuchawkę.
Potrzebowałem ułożyć myśli. Zamknąłem oczy. Wyobraziłem sobie ciebie jako wielką szklaną wielbłądzicę. W dwóch garbach umieściłem miodowe gałki twoich oczu i uruchomiłem cię jako zwierzę, które posuwając się do przodu, deptało wyrastające raz po raz kopce kretów. Tłuściutkie gryzonie bardzo powoli wygrzebywały się z ziemi, a swoimi łopatowatymi rękami zaczęły macać twoje szklane wielbłądzie racice. Pierwszy raz czuły w łapkach strukturę szkła, która wydawała im się niemożliwa w istnieniu. Krety nie mogły jednak dostrzec twoich miodowych oczu, garbatych spojrzeń, które niczym dwie żarówki błyszczały na twoim grzbiecie. Po chwili ich walcowate i gładkie ciała odprężały się w szklanych zagłębieniach, jak w fotelach. Zastanawiam się, czy krety ci przeszkadzają. Mnie nie, są przecież zupełnie ślepe.
Spojrzałem na zegarek. Właściwie powinienem już jechać. Włożyłem garnitur, a potem rękę do słoika pełnego miodu. Tyle ile zdołałem, włożyłem do kieszeni spodni, potem wyciągnąłem i umyłem rękę. Pomyślałem, że spróbuję popatrzeć ci w oczy, a jednocześnie włożę do kieszeni rękę, wyczuwając lepkość. W samochodzie nie miałem śmiałości, byłaś zadziwiająco rozemocjonowana, ale mówiąc do mnie, patrzyłaś głównie przez okno na mijający krajobraz. Mówiłaś rzeczy, ale oddzielałaś mnie od swojego miodu!
– O co ci chodziło ze szklaną twarzą? – powiedziałaś nagle i wbiłaś we mnie wzrok.
To było zabójcze, prawie straciłem kontrolę nad kierownicą. Przełknąłem ślinę. Przeraziłaś się, twój miód pisknął.
– Co się dzieje? Jesteś zmęczony?
– Nie, nie. Może trochę. Miałem na myśli to, że… niczego nie ukrywasz – bąknąłem.
– A co miałabym ukrywać? – odparłaś lekko podirytowana.
– Pewnie to, że masz szklane myśli i musisz je dopiero napełnić – próbowałem obrócić to w żart, ale tobie nie było do śmiechu.
Na chwilę zamilkłaś. Drżałem. Jechaliśmy tak dobre parę minut, twój miód rozżarzył się w twoich oczach, jakby chciał wyjść, oddzielić się od ciebie raz na zawsze. Pragnąłem tego. Przyspieszyłem. I nagle łup. Podskoczyliśmy, a nasze gardła podeszły nam do ust. Wyraźnie w coś uderzyłem. Zatrzymałem samochód, drżącymi dłońmi otwarłem drzwi i bardzo powoli wysiadłem. Na chwilę przed oczami pojawiły mi się białe plamy. Serce biło mi jak oszalałe.
Na bruku leżał przejechany przeze mnie kret. Jego aksamitne, gładkie futro. Spłaszczone ciało. Zero krwi. Wyszłaś z samochodu przerażona widokiem zwierzątka. I wtedy dokonało się to, na co nie byłem gotowy. Jego ciałko pokryte gęstym futrem wlałaś w kształty twojej szklanej twarzy, zupełnie jak w moim wyobrażeniu, choć nie byłaś tutaj wielbłądem.
Patrzyłaś mocno, najmocniej, całą siłą twojego patrzenia wprost na kreta. On zasiadł na fotelu twojej szklanej twarzy, pokrył ją i przysłonił miód. Nie miałem dostępu do twoich emocji, byłaś sparaliżowana, odległa, obca. Myślałem, że zwariuję.
– To nic! – krzyknąłem trochę za głośno.
– Jak to nic? – odpowiedziałaś cicho.
Kret na twojej twarzy był oblepiony twoim okropnym grymasem, który oddzielał mnie teraz od intensywności twojego miodu. Drgnął.
– To tylko kret. Nic się nie stało – odparłem, choć byłem przerażony, rozedrgany, wściekły, że umykasz mi, tu i teraz.
Po chwili dodałem:
– To tylko głupi kret!
Milczałaś, więc krzyknąłem:
– Jedźmy już!
– Nie czuję się zbyt dobrze, zawieź mnie do domu. – Twoje słowa były jak ostre szkło, które rani moje ciało.
To ja jestem kretem, tu i teraz! Odwróciłem się, podszedłem do ciebie blisko i szybko pocałowałem wpasowanego w twoją twarz martwego kreta. Drgnął! Odskoczyłaś ode mnie i z obrzydzeniem wytarłaś w dłoń mój szybki pocałunek. Odwróciłaś się i odeszłaś.
Stałem tam jeszcze długo, nad tym przejechanym przeze mnie kretem, wpatrywałem się w niego, jakby była to twoja twarz. Potem namiętnie go ucałowałem. Nie drgnął. Odjechałem.