Subskrybuj
Dariusz Rosiak (aut. Klawe Rzeczy)
Dariusz Rosiak (aut. Klawe Rzeczy)
Reporter, pisarz, autor i prowadzący podcast „Raport o stanie świata”. Laureat nagrody dla Dziennikarza Roku w konkursie Grand Press 2020

Igrzyska upokorzenia

Kilkutygodniowe maratony tańca święciły tryumfy w czasie wielkiego kryzysu – jednego z tych momentów w dziejach ludzkości, kiedy wychodzi na jaw, jak wiele człowiek potrafi znieść, aby utrzymać się przy życiu.

Na koniec ostatniego koncertu jedynego tournée Sex Pistols Johnny Rotten zwrócił się do publiczności: „Nie macie czasem wrażenia, że ktoś was oszukał?”. Po czterech dniach od występu zespół się rozpadł, a mit „wielkiego rockandrollowego przekrętu” rozpoczynał własne życie. The Great Rock’n’Roll Swindle to tytuł filmu, który opowiadał o tym, jak menadżer Malcolm McLaren wymyślił Sex Pistols i manipulował zespołem w jednym celu: „przekształcenia chaosu w gotówkę”.

Ta nie do końca prawdziwa historia (to nie McLaren wymyślił Sex Pistols, a muzycy nie byli marionetkami w jego rękach) przypomniała mi się, gdy wypatrzyłem niedawno na półce stary egzemplarz książki Czyż nie dobija się koni? Horace’a McCoya. „Wypatrzyłem” to jest dobre słowo: książka jest tak cienka i skromnie wydana, że ginie wśród innych, grubszych, z bardziej krzykliwymi grzbietami. Swoją drogą Pierre Bayard mógłby dodać do swojego znanego dzieła rozdział: „Jak rozmawiać o książkach, które gdzieś leżą, tylko zapomniałem gdzie i nie mam pojęcia, że je mam”.

Czyż nie dobija się koni?, książka wydana po raz pierwszy w 1935 r., to historia dwojga młodych Amerykanów, którzy marzą o karierze w Hollywood. Robert chce być „najwybitniejszym reżyserem na świecie… wybitniejszym niż Siergiej Eisenstein”, Gloria waha się między karierą aktorską a samobójstwem, które zresztą nieskutecznie próbowała popełnić już wcześniej. Chwilowo starają się dostać do filmu jako statyści. Bez powodzenia. Decydują się zatem na udział w maratonie tańca, czyli imprezie, której koncept rozwinął się w Ameryce w latach 20. i przetrwał do czasów wielkiego kryzysu, czyli jednego z tych momentów w dziejach ludzkości, kiedy wychodzi na jaw, jak wiele człowiek potrafi znieść, aby utrzymać się przy życiu.

Maraton trwa kilka tygodni, podstawowa zasada wymaga, by być w ruchu, można tańczyć nawet bardzo powoli, byleby nie stanąć. Raz na dwie godziny – 10 min przerwy, wolno spać, umyć się, jeść, zmienić buty, jak ktoś ma na zmianę. Zwykle najlepsi mają, bo zgłaszają się sponsorzy wspierający wyróżniające się pary. Organizator zapewnia opiekę lekarską, jedzenie siedem razy na dobę. „Niektórzy nawet przybrali na wadze od chwili rozpoczęcia konkursu” – chwali się mistrz ceremonii w 216. godzinie maratonu. Oprócz tego wymyśla atrakcje dla publiczności, która z początku nie bardzo dopisuje. Frekwencja rośnie, gdy do nudnej, powiedzmy sobie szczerze, imprezy dodany zostaje wieczorny wyścig. Przez 15 min uczestnicy biegają wokół parkietu, a ostatnia para odpada z maratonu. Nikt z zawodników nie wyraża sprzeciwu. Im też zależy na frekwencji, a nuż trafi się jakiś producent z Hollywood i wypatrzy…

###banner###

W konkursie startują 144 pary, 61 odpada w pierwszym tygodniu. Zostają najbardziej zdeterminowani. Robert wynalazł sposób: sztuka polega na synchronizacji ruchów rąk i barków przy odpowiednim przestępowaniu z pięty na palce. Jest w tym tak dobry, że zastanawia się nawet, czy już kiedyś wcześniej tego nie ćwiczył. Podczas wyścigów Gloria traci napęd, wbija się w pasek Roberta, on ją wlecze za sobą i jakoś udaje im się uniknąć wyeliminowania.

Ostatecznie Robert i Gloria znajdują swojego sponsora, browar Jonathan, który wyposaża ich we wszystkie niezbędne do tańca akcesoria. Organizator maratonu aranżuje nawet ślub jednej z par zawodników. Niestety, nie dochodzi do niego, bo na sali padają strzały, od których ginie pani Leyden, jedna z najbardziej zaangażowanych w pomoc zawodnikom osób na widowni.

W tej niezwykle skondensowanej, klaustrofobicznej opowieści świat zostaje skurczony do wymiarów sali dancingowej w budynku wzniesionym na palach nad oceanem wyłącznie po to, by „przekształcać chaos w gotówkę”.

Pod podłogą w dzień i noc huczy ocean, symboliczny komentator nieuniknionego. Czytelnik od początku wie, jaki los czeka głównych bohaterów, kolejne epizody historii prowadzą do rozwiązania, które wisi nad Robertem i Glorią od pierwszego rozdziału.

W latach 40. i 50. książka McCoya zyskała rozgłos w Europie. Sartre nazwał ją nawet pierwszą egzystencjalną powieścią amerykańską, odnajdując w niej atrakcyjne dla siebie rozpacz i zło płynące z obecności drugiego człowieka. Egzystencjalizm wyblakł jako propozycja artystyczna, ale książka McCoya przeczytana dzisiaj nie traci na wartości. Zaskakujące, jak aktualne wydają się metody stosowane przez mistrzów marketingu z czasów amerykańskiego wielkiego kryzysu. Komercyjna propaganda ciągle oparta jest na podobnych zasadach: ta sama bezwzględność okraszona retoryką dobra wspólnego i obrony moralności. A po drugiej stronie bezradność i akceptacja losu wyznaczonego przez bogatszych i lepiej sytuowanych. Metody marketingowe wysubtelniały – podobnie jak aspiracje zawodników. Dziś to nie Hollywood stanowi punkt dojścia, od pewnego czasu najbardziej ambitnych coraz mniej kusi też kariera w telewizji. Przeszliśmy błyskawicznie etap telewizji na żywo, potem popularność reality show – wchodząc masowo w kolektywny maraton narcyzmu zwany mediami społecznościowymi. Każdy jest dziś własnym mistrzem ceremonii, do wygrania zaś znacznie więcej niż 1000 dolarów, nawet jeśli obliczymy, że w latach 30. XX w. ta nagroda to ekwiwalent dzisiejszych 100 tys. Co ma być na sprzedaż, pozostaje do wymyślenia.

Zdania McCoya są krótkie, styl pozbawiony ozdobników, co nie znaczy, że surowy. W czasach wielkiej nadprodukcji słów może warto wrócić do książki, która używa ich z umiarem. Ten styl kojarzy mi się z Chandlerem, innym wielkim amerykańskim pisarzem tamtego okresu, który usuwał zbędne słowa, a za pomocą tych, które mu zostały, rzeźbił niedościgłe portrety postaci. Krytycy książkę McCoya zestawiają z dwoma innymi powieściami tego okresu: Listonosz zawsze dzwoni dwa razy Jamesa M. Caina i Dzień szarańczy Nathanaela Westa. Tak się składa, że wszystkie trzy doczekały się znakomitych ekranizacji. W przypadku Czyż nie dobija się koni? film Sydneya Pollacka z Jane Fondą i Michaelem Sarrazinem chyba nawet przyćmił literacki oryginał. Warto wrócić zarówno do książki, jak i ekranizacji, zwłaszcza dziś, gdy tak wielu z nas zadaje sobie to samo pytanie, które Johnny Rotten podstawił publiczności na koniec koncertowej trasy Sex Pistols w San Francisco w styczniu 1978 r.

Artykuł pojawił się w numerze: Co nam dają algorytmy?