Subskrybuj
Joseph Mitchell
Joseph Mitchell fot. Jack Manning / „The New York Times” / East News
Historyk sztuki, współpracuje z „Zeszytami Literackimi”. Ostatnio wydała biografię Jaka szkoda. Krótkie życie Pauli Modersohn-Becker oraz zbiór opowiadań Ten kraj. Publikuje pod pseudonimem.

Rzeczy przeciwko rozpaczy

Joseph Mitchell, słynny redaktor „The New Yorkera”, kolekcjonował tak, jak pisał. Uwielbiał nazwy, kategorie, odcienie pozornie podobnych rzeczy. Przyjemność sprawiało mu już samo łapczywe gromadzenie, tworzenie list, wymienianie.

25 października 1929 r., po całonocnej podróży, Joe Mitchell wysiadł na Penn Station. Miał 21 lat i niedawno opublikował artykuł w „New York Herald Tribune”. Potraktował go jako przepustkę: z Fairmont w Karolinie Północnej przyjechał do Nowego Jorku z nadzieją na karierę dziennikarza. „Nie masz co robić, tylko wściubiać nos w nie swoje sprawy?” – tak ostro plany Mitchella skomentował ojciec. Walizka, którą chłopak przytaszczył z Południa, była ciężka: od goryczy zawiedzionych oczekiwań, rodzicielskich wyrzutów, podniecenia i nadziei. Czy w tym bagażu miał już notes i ołówek? W Nowym Jorku nie rozstaje się już z narzędziami pisarskiego rzemiosła: nie nosi ich w torbie, lecz bliżej serca, w kieszeni marynarki. Nie mógł wiedzieć, że na Manhattanie wylądował w fatalnym momencie, zaledwie kilka godzin po krachu na nowojorskiej giełdzie. Bagaż zostawił w przechowalni i ruszył do redakcji.

Historie z trzewi miasta

Być może Mitchell został pisarzem dlatego, że nie umiał liczyć. Pojętny, dociekliwy i wciąż zaczytany Joe nie radził sobie z najprostszymi rachunkami. Zapewne cierpiał na dyskalkulię, w czasach gdy takiej choroby jeszcze nie diagnozowano. Obsesyjnie zaczął notować sumy: napiwki, ceny biletów do kina, ile dał za taksówkę lub czyszczenie garnituru. Nie ze skąpstwa, lecz w nadziei, że nad zapisanymi liczbami jakimś cudem zdoła zapanować. W dzieciństwie ojciec uczył go szacować ceny bawełnianych bali. Najstarszy syn nie mógł jednak przejąć rodzinnego interesu. Wstępnie planował pójść na medycynę, jednak zrozumiał, że bez matematyki nie ma szans nawet na licencjat. Dlatego w college’u studiował zachłannie i szeroko filozofię i literaturę, socjologię i historię. Z wypiekami na twarzy czytał Ulissesa – pokątnie wypożyczony egzemplarz wówczas jeszcze zakazanej powieści.

Wbrew nazwie, rodzinne Fairmont nie było „pięknym wzgórzem”. Bezkresne, płaskie pola obsiewano na przemian soją, kukurydzą i pszenicą ozimą. Były jeszcze bagniska, gdzie rosły balsamiczne ambrowce, sosny i dęby. Mały Joe wspinał się na najwyższe gałęzie i ukryty w gąszczu liści, obserwował ludzi pracujących przy uprawach bawełny i tytoniu. „Oczywiście nie mieli pojęcia, że są podglądani… Czułem się jak bóg na Olimpie, ale jednocześnie dziwnie samotny, obcy, zakłopotany i odcięty od reszty ludzkości, jak szpieg albo podglądacz”.

Przyjeżdżając do Nowego Jorku, Mitchell marzył, że zmierzy się z wielką polityką. Tymczasem w „Herald Tribune” posadzono go w zapchlonym fotelu, z widokiem na posterunek policji. Całymi nocami czekał na doniesienia o morderstwach. Patrolował nielegalne spelunki, relacjonował pijackie burdy, zaglądał do kasyn i burdeli. Pierwszy szef (nomen omen, Stanley Walker) pouczył go, że swoje historie musi „wydeptać”: spenetrować mroczne zaułki, poznać okolicznych dziwaków. Mitchell dyżur kończył o trzeciej nad ranem, a potem chodził dalej upojony nocną metropolią. „Nowojorskie szczury są bystrzejsze od tych wiejskich i potrafią wykiwać każdego, kto nie przestudiował ich obyczajów” – po latach przestrzegał czytelników. Został „szczurem miejskim”. Również za radą Walkera kupił garnitur Brooks Brothers – najstarszej marki ubraniowej w Stanach – i odtąd do końca życia, od stóp po kapelusz, ubierał się w tej szacownej nowojorskiej firmie.

###banner###

Pierwszą stałą posadę dostał w „The New York World-Telegram” – gazecie, którą A.J. Liebling (wkrótce zostanie jego najbliższym przyjacielem w redakcji „The New Yorkera”) nazwał organem „nowojorskich dipisów”, „przesiedlonych” z głębszych rejonów Ameryki. Teraz Mitchell penetrował peryferie miasta: Staten Island, Bronx i Queens, „egzotyczne” dzielnice, o mile świetlne oddalone od Manhattanu. Tak opisał swój typowy dzień pracy: „przyszedłem na dziewiątą i polecono mi znaleźć murarza, podobnego do Księcia Walii i przeprowadzić z nim wywiad, ponieważ właśnie ktoś mu zaproponował rolę w Hollywood. Zlokalizowałem go w piwnicach piekarni wyrabiającej macę na East Side, gdzie akurat naprawiał piec. Pobiłem się z kierownikiem piekarni, który wziął mnie za inspektora sanepidu. W końcu dotarłem do murarza, a on nie chciał opowiadać o sobie, tylko powtarzał: »Boję się, że mnie pozwą«. Wróciłem do redakcji, napisałem artykuł, a potem kazali mi przeprowadzić wywiad z bokserką, która mieszkała w hotelu St. Moritz. Sprzęt bokserski trzymała w pokoju. Pachniało tam potem i mokrymi wyrobami skórzanymi, co przypominało mi szatnię w sali gimnastycznej Jacka O’Briena w Filadelfii. Powiedziała mi, że jest nie tylko bokserką, ale również hrabianką. Potem założyła rękawice, żeby mi pokazać, jak się boksuje, i gdybym nie schował się pod łóżkiem, niechybnie by mnie znokautowała. »Jestem ognistym pociskiem« – wrzasnęła. Wróciłem do biurka i napisałem również ten artykuł. Potem kazano mi porozmawiać z Samuelem J. Burgerem, który zadzwonił do mnie do redakcji, mówiąc, że sprzedaje karaluchy wyścigowe ludziom z wyższych sfer po siedemdziesiąt pięć centów za parę. Pan Burger jest agentem teatralnym (…). Zastałem go w delikatesach na Broadwayu, gdzie kupował kanapki z szynką i serem dla dwóch striptizerek. Wyciągnął czek na swoje nazwisko, który był dowodem, że dostarczył zamówione karaluchy pewnej matronie z towarzystwa, która pragnęła, by te urocze maleństwa zostały gwoźdźmi planowanej przez nią imprezy. Pan Burger powiedział, że założył przedsiębiorstwo pod nazwą Ballyhoo Associates, za pośrednictwem którego wynajmował ludziom zwierzęta. »Jest wzięcie na małpy« – powiedział. – »Ludzie są samotni i dzwonią, żebym im przysłał małpkę do towarzystwa. W końcu to są ssaki, jak my«. Napisałem również ten artykuł i poszedłem do domu. Kolejny dzień, jeszcze jeden dolar w sakiewce”.

Jako początkujący dziennikarz Mitchell uzależnił się od chodzenia, nauczył się pisać na zadany temat, terminowo, z pazurem. Przeprowadzał wywiady z Einsteinem i Eleonorą Roosevelt, drążył, wydobywał opowieści. „Przeważnie najlepszym chwytem na rozpoczęcie wywiadu ze znaną osobą jest przypomnieć sobie najgorszą rzecz, jaką się o niej słyszało, i zapytać, czy to prawda”. A jednak nie czuł się najlepiej w towarzystwie gwiazd, w blasku cudzej sławy. W swej pracy młody Mitchell przypominał raczej holenderskich „małych mistrzów”: Davida Teniersa i Adriaena Brouwera, którzy malowali podchmielonych chłopów, ich rubaszne zabawy, zaniedbane gospody i hałaśliwe bójki. Był cierpliwy i ciekawski, lubił słuchać cudzego bajania. Odkrył, że osoby pozornie skrojone na pierwsze strony gazet bywają najnudniejsze: bo pozują i stroją miny. Z przymrużeniem oka zastrzegał, że unika dam z towarzystwa, wielkich przedsiębiorców, podróżników, uznanych autorów, aktorek poniżej trzydziestego piątego roku życia… Wolał tzw. zwykłych ludzi, a właściwie niezwykłych: ułomnych i ekscentrycznych, marzycieli, niespełnionych artystów, odgrywających swoje sztuczki przed przypadkową widownią. Poznawał robotników i włóczęgów, romskich nomadów, przekupniów i ulicznych kaznodziejów. Rozmawiał z dyrektorką biura matrymonialnego, producentem wachlarzy, honorowym dawcą krwi i dyrektorką domu pogrzebowego. Takie tematy w dziennikarskim żargonie lekceważąco określano jako low life (niskie, pospolite życie). Po latach, kiedy redagował Up in the Old Hotel – antologię swoich tekstów i opus magnum – postanowił nie włączać szkiców z tego wczesnego tomu: „to inny rodzaj pisania”.

Zbieracz ludzkich dusz

W 1938 r. Mitchell dołączył do redakcji „The New Yorkera”. Tutaj nie musiał zbierać „rozmaitości”, tropić skandali ani pisać o osobach ze świecznika. Nie zmuszano go do pracy na akord. Bohaterów mógł oswajać miesiącami. Dlatego chętnie powracał do osób, które kiedyś przelotnie spotkał i migawkowo opisał: po to, by przyjrzeć im się uważniej. Od dawna kusiła go fikcja, pisywał nawet krótkie opowiadania. Ale „The New Yorker” nie wymagał zachowania „czystości gatunku”. Przeciwnie: od lat 20. promował gatunek znany jako „profil”: esej biograficzny, którego bohater zostaje przedstawiony przez opisy, anegdoty i rozmowy. Mitchell nie był już „małym” mistrzem, lecz – podobnie jak Frans Hals czy Rembrandt – zbieraczem ludzkich dusz. Artykuł poświęcony Mazie – kasjerce w tanim kinie, która litowała się nad nowojorskimi włóczęgami – na łamach codziennej gazety był jaskrawy, nakreślony kilkoma pociągnięciami. Jej „profil” w „The New Yorkerze” jest pełny, ludzki, życzliwy. To postać charakterystyczna, a Mitchell przedstawia ją przez akumulację szczegółów. Jego opisy przypominają torby kompulsywnego zbieracza, który troszczy się, by niczego nie uronić: „Usadowiona majestatycznie w swoim kantorku jak królowa półświatka Mazie prezentuje jeden z nielicznych przyjemnych widoków na Bowery. Jest to niska, piersiasta czterdziestoparolatka. Zdaniem niektórych trochę przypomina Mae West. Włosy koloru siarki, twarz trupio blada, a na każdym policzku czerwona plama rozmiaru srebrnej jednodolarówki. Oczy ma senne, z obwisającymi powiekami. W pracy często są pomalowane zielonym celuloidowym cieniem. Z kącika jej ust prawie zawsze zwisa papieros i dlatego wydaje się wyniosła. Jak krupierzy w filmach, potrafi wypalić szluga do samego końca, ani razu nie wyjmując go z ust, nawet wtedy, kiedy mówi. Ma zaawansowany kaszel palacza; wypala trzy i pół paczki dziennie i mówi, że papierosy wpędzają ją do grobu. Na prawej dłoni nosi trzy pierścionki z brylantami. Lubi jaskrawe kolory, nosi imponujące sukienki; pochodzą ze sklepów przy Division Street”.

Mitchell zbiera szczegóły, które są jak dodatkowe kreski wydobywające kształt twarzy, smuga różu na policzku. Jego bohaterowie dryfują na marginesach miejskiego życia. Niezrównoważeni albo fizycznie zdeformowani, żyją we własnych intensywnych światach. Jednak dziennikarz nie jest zbieraczem osobliwości, nigdy nie odnosimy wrażenia, że eksploatuje dziwactwa swoich bohaterów albo ich wyśmiewa. Pozwala im konstruować własne życie – jako solidny reporter sprawdza fakty, ale bohater ma prawo kręcić i kłamać. Jak choćby kapitan Charley, właściciel Prywatnego Muzeum dla Inteligentnych Ludzi przy nowojorskim Columbus Circle. To nieprawda, że pija tylko brandy i szampana, lecz to nieistotne, podobnie jak autentyczność jego kuriozów. Zafascynowany Mitchell opisuje górę nagromadzonych przez kapitana przedmiotów, wśród których były: „wypchana sowa, stara pozłacana rama obrazu, cynowa śniadaniówka, stos programów teatralnych i menu restauracji z ostatniej dekady dziewiętnastego wieku, damski kapelusz ze strusim piórem, brudna torebka wyszywana cekinami, zmiażdżony hełm korkowy, pudełko po cygarach pełne muszli, zawieszki z rozmaitych kampanii politycznych oraz chińskie monety; wielki zwój pożółkłych gazet, na którym ktoś zawiązał krawat, kordelas, parasolka, która, jak wyjaśnił, należała do słynnej damy z Nowego Orleanu, która nazywała się Mrs. Lilly-belle Sue-belle Russell, a także długaśna skóra węża boa dusiciela, który w Ameryce Południowej zabił dziewczynę i kozę, podczas gdy dziewczyna tę kozę doiła”.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Mitchell lubuje się w tym nagromadzeniu gratów i bibelotów, a fantazje starego kolekcjonera zdradzają też wiele o nim samym. Po latach, przygotowując wybór swoich szkiców, Mitchell przyznawał: „Kiedy teraz na to patrzę, okazuje się, że właściwie wszyscy moi bohaterowie to w sumie jestem ja. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem, ale rozmawiałem z ludźmi, którzy byli do mnie podobni”. Nie był w tłumie tych, którzy za parę centów gapili się na brodatą kobietę. Mitchella poruszał jej tragiczny los: świadomość, że osoba o tak nietypowym wyglądzie jest skazana na cyrkową scenę. Ale daleki był też od taniego współczucia: pod płaszczem długiej brody znajdował zwyczajną kobietę. Ludzi dziwnych, kalekich, olbrzymów i karłów w tym samym czasie fotografowała Diane Arbus. W 1960 r. przeczytała eseje Mitchella; przejęta, zdobyła jego telefon. Chciała zrobić zdjęcie słynnej brodaczce. Tymczasem pisarz namawiał, by wystrzegała się sentymentów, bo odmieńcy bywają równie nudni jak „normalni” ludzie. „U kobiety z brodą najbardziej porusza mnie to, że hoduje pelargonie i marzy, by zostać stenotypistką”.

W postawie Mitchella nie wszyscy dostrzegali empatię i głęboki humanizm. Jeden z krytyków stwierdził, że z cierpliwością botanika pisarz studiuje „ludzkie chwasty”… Poirytowany Mitchell odpowiadał tym, którzy krytykowali jego „pospolitych” czy zdziwaczałych bohaterów: „Ludzie w wielu z tych opowiadań należą do tego gatunku, który ostatnimi czasy wielu piszących zaczęło określać jako »ludek«. Uważam, że jest to określenie pełne wyższości i odpychające. W tej książce nie ma małych ludzi. Są równie wielcy jak ty, kimkolwiek jesteś”.

New York, New York…

Na okładce Up in the Old Hotel znajduje się nowojorski brownstone – kamieniczka z rudobrązowej cegły, z charakterystycznymi schodkami przeciwpożarowymi. Mitchell został bowiem nowojorskim pisarzem, a nawet „pisarzem Nowego Jorku”. „Trzeba zacząć od tego, że to dziwne, że cokolwiek połączyło mnie z Nowym Jorkiem – pisał w niedokończonej autobiografii – większość moich przodków uprawiała ziemię albo miała coś wspólnego z rolnictwem i pochodzę z tej części naszego kraju – Robeson County, North Carolina – skąd ludzie raczej się nie ruszają”. Dziennikarski warsztat zaczął kształtować już tam – siedząc na drzewie i podglądając ludzi. Jego głód faktów i szczegółów przypominały styl lokalnego plotkarza, który zagaduje na każdym straganie i wie, co w trawie piszczy. Był zresztą uzależniony od gazet. Prenumerował nawet lokalny dziennik swojego miasteczka. Studiował nekrologi, doniesienia sądowe, wreszcie najbardziej lokalne z lokalnych wiadomości: „kto do kogo przyjechał, kto siedzi chory w domu, kto jest na obserwacji w szpitalu, kto miał operację, kto pojechał na delegację (albo na zakupy, pozwiedzać, na ryby czy polowanie), które dziecko poszło do college’u, komu urządzono przyjęcie-niespodziankę z okazji urodzin, kto się przeprowadził, kto obchodził złote gody, kto pojechał na zakończenie szkoły syna czy córki, a kto na pogrzeb i tym podobne”.

W młodości Mitchell pragnął napisać „coś w rodzaju nowojorskiego Ulissesa” – dobę z życia pochodzącego z Południa reportera, który postrzega świat z perspektywy surowej ewangelickiej religii. Taka powieść nigdy nie powstała, lecz zbiór szkiców The Bottom of the Harbor (1959) to książka o Nowym Jorku – z perspektywy jednej dzielnicy, ulicy, kawiarnianego stolika. Nic dziwnego, że na Dolnym Manhattanie odnajdował coś z atmosfery Bulldog Avenue, z przenikliwym zapachem frytury. Kiedy nachodziły go myśli o śmierci, pocieszał go Fulton Fish Market, rybny targ na Dolnym Manhattanie. Zachodził tam o wpół do szóstej rano: rumor na straganach, zapach glonów, obfitość towarów działały jak wzmacniający eliksir. Pragnął, by w tej opowieści jak w kalejdoskopie odbijał się cały Nowy Jork: z jego wieloma językami i akcentami, sprzeczkami i pogaduszkami zwykłych ludzi. Stosował też swoją ulubioną metodę: nagromadzenie szczegółów, nazw. Jak na apelu, Mitchell przywołuje rozmaite gatunki ryb i skorupiaków, tak jakby to on je łowił, ocalał od zapomnienia. Opisywał świat, który znikał na jego oczach. O nostalgii rzadko pisał w pierwszej osobie: wyrażał ją ustami swoich bohaterów, którzy uparcie naprawiają stare meble, splatają sieci, ubolewają, że na lunch w ich lokalu zamiast rybaków coraz częściej wpadają maklerzy. Mitchella pociągały zrujnowane budynki, zaniedbane uliczki, towarzystwo umarłych. „Kiedy mam wszystkiego dosyć, wkładam do kieszeni przewodnik do oznaczania roślin i parę kanapek i jadę na South Shore na Staten Island powłóczyć się trochę po jednym ze starych cmentarzy – wyznaje pisarz. – Niezmiennie, z jakiegoś nieznanego mi powodu, po godzinie, którą spędzam na jednym z tych cmentarzy, oglądając nagrobki, odczytując napisy, identyfikując kwiaty, płosząc króliki z zarośli i rozmyślając o końcu, który czeka mnie i nas wszystkich, poprawia mi się humor i w całkiem dobrym humorze ruszam na długi spacer”.

Na szczęście w Nowym Jorku jest jedno miejsce, gdzie prawie nic się nie zmieniło od młodości Mitchella, a nawet znacznie dłużej. McSorley’s Old Ale House, najstarszy irlandzki pub w Nowym Jorku, Mitchell traktował jako swoje biuro. „Dobre piwo, surowa cebula i żadnych kobiet” – tak brzmiało hasło tego przybytku do 1970 r. Panie dopuszczono dopiero po prawnym zakazie dyskryminacji w miejscach publicznych. Była to jedyna istotna zmiana w lokalu założonym w połowie XIX w. Zasadą McSorley’s jest brak innowacji. Codziennie rano podłoga jest wysypywana świeżymi trocinami, a wnętrze nie zmieniło się od czasu, gdy Mitchell opisał je w 1940 r. Z prawdziwą rozkoszą opowiada o miejscu, które opiera się czasowi. „Kiedy cokolwiek trzeba było zmienić lub naprawić, zdawało się, że [właścicielowi] sprawia to fizyczny ból. Przez dwadzieścia lat bar zapadał się coraz głębiej. Stolarz raz po raz go ostrzegał, że się zawali. Wreszcie w 1933 roku kazał go wzmocnić. Podczas gdy stolarz pracował, on siedział na zapleczu z głową w dłoniach i tak się przejął, że przez kilka dni nie brał nic do ust. W tym samym roku zadymiona i zarośnięta pajęczynami farba na suficie zaczęła się łuszczyć i sypać na podłogę. Kiedy klienci się poskarżyli, że pływającymi w piwie odpryskami mogą się zakrztusić na śmierć, McSorley niechętnie zgodził się na malowanie. W 1925 roku był zmuszony przerzucić się na gliniane kubki; większość cynowych została ukradziona przez łowców pamiątek. W tym samym roku na zapleczu zainstalowany został telefon na monety, którego jednak on sam nigdy nie odbierał. To były jedyne poważniejsze zmiany, do jakich dopuścił”.

Mitchell podziwia piękny upór właścicieli McSorley’s. On sam, już jako trzydziestolatek, był „panem starej daty”, a niektóre z jego staroświeckich upodobań byłyby dziś nie do przyjęcia. Swoich nienormatywnych bohaterów nazywał freaks (odszczepieńcy, dziwacy) i nie do końca żartował, kiedy stwierdzał, że emancypacja kobiet zepsuła jakość steków. „»Zanim dostały prawa wyborcze, kobitki nie miały pojęcia, na czym polega biesiada befsztykowa«, orzekł pewien stary szef kuchni. Kobiety popsuły befsztyk w try miga. Wymusiły dodanie takich rzeczy jak koktajle Manhattan, pucharki owocowe i wymyślne sałatki. Tymczasem na tradycyjny jadłospis składały się plastry sezonowanego steku, podwójny kotlet jagnięcy, nerki i piwo na dzbanki. Panie domagały się też zespołów przygrywających do tańca, zamiast hałaśliwej niemieckiej kapeli. Królem tradycyjnej befsztykowej biesiady był gość, który najbardziej ekstatycznie bekał, żłopał najwięcej piwa, pochłaniał najwięcej mięcha i zatłuścił się po uszy, ale kobiety nie cenią żarłoków i dzisiaj rzadko się zdarza, by facet zjadł więcej niż sześć funtów mięsa i wypił więcej niż trzydzieści szklanek piwa”.

Trudno byłoby dziś opublikować tego typu refleksje. Ale choć używał niepoprawnego dziś określenia, Mitchell nie lekceważył swoich „dziwaków”: przeciwnie, oddawał godność bohaterom poniewieranym przez życie. Choć nostalgicznie wspominał spelunki nietknięte kobiecą ręką, nie był też macho ani mizoginem. Z żoną Theresą łączył go serdeczny, partnerski związek. Z aparatem towarzyszyła mu w reporterskich peregrynacjach, a uchwycone przez nią scenki zdradzają pokrewną wrażliwość. Ludzie na murku, z widokiem na Most Brookliński, właściciel restauracji wypisujący na szybie dania dnia, pijana do nieprzytomności kobieta na plaży na Coney Island. Oto kronika Nowego Jorku lat kryzysu. I jeszcze portret męża: swobodnie oparty Joseph Mitchell stoi w drzwiach Sloppy Louie’s – swojej ulubionej rybnej knajpy przy Fulton Fish Market.

Ocalić od zapomnienia

Theresa Mitchell zmarła w 1980 r. Joseph nie miał głowy do porządkowania jej spuścizny. Po jego śmierci, w 1996 r., córki natknęły się na stosy negatywów. Nora Sanborn Mitchell wywołała zdjęcia i stworzyła dla nich efemeryczną galerię. Odkryła nieznaną dotychczas twórczość swojej matki. Równolegle zdradziła „sekretną” pasję ojca. Przez kilkadziesiąt lat Joseph Mitchell zgromadził potężny zbiór najrozmaitszych, w większości „bezwartościowych”, przedmiotów. Metalowe elementy budynków przeznaczonych na wyburzenie, śruby, szyldy do klamek, skrzynki alarmowe. Zbierał też sztućce i porcelanę z likwidowanych restauracji, cegły i odłamki ceramicznych kafli. Fragmenty napisów, szyldów dawno nieistniejących firm. Druty wyrwane z murszejących murów, kurki i krany. Zioła zasuszone w słoiku. Na karteczkach zapisywał „legendę”: z jakiego pochodzą budynku, kiedy zostały pozyskane. Znaleziska całymi workami znosił do domu. Uwielbiał butelki: przezroczyste i te z błękitnego szkła. Dowiadywał się, jakie przechowywano w nich płyny.

Mitchell „ratował” miasto swojej młodości, ale także to starsze, które tylko sobie wyobrażał. Uwielbiał stare kościoły i stare hotele, dawne sklepy, posterunki policji, drukarnie i magazyny. Wspinał się na wieże i strychy, penetrował kanały i piwnice, pachnące jeszcze towarami, które przed laty tam składowano. Wdrapywał się na rusztowania wznoszonych właśnie wieżowców i mostów. Z bliska kontemplował drążenie tuneli. Jednak chyba jeszcze bardziej pociągały go budowle opuszczone, zabite deskami, skazane na zagładę.

Pisarz wyszukiwał odłupane fragmenty architektonicznych dekoracji, gałki i klamki, metalowe okucia. Swoje zdobycze przechowywał w pudłach i kopertach, kruche drobiazgi zamykał w słojach po konfiturach. Już w młodości chodził na pchle targi, polował na mosiężne i srebrne bibeloty. W latach 60. zbieractwo Mitchella się nasiliło. Ulubione uliczki na Dolnym Manhattanie zaczęły gwałtownie się zmieniać. Aby zrobić miejsce dla World Trade Center, zburzono aż 164 budynki. Mitchell miał znajomości w firmach rozbiórkowych i nieraz grzebał już w gruzach. Zabierał ze sobą narzędzia – zawinięte w szary papier i gazety. Bliscy cierpliwie wysłuchiwali jego tyrad o bezdusznym niszczeniu miasta, o brzydocie nowych, ostentacyjnie luksusowych budowli. Włóczył się też w dzielnicy doków, starych magazynów, podejrzanych hoteli. Z budynków przeznaczonych do rozbiórki zabierał sobie pamiątki. „Jeśli kiedyś zaginie, szukajcie go pod stosem cegieł z zardzewiałymi schodkami przeciwpożarowymi na klacie i rozanielonym uśmiechem na twarzy”– żartował znajomy właściciel pubu. „Chwytał, co się dało – wspominała córka – odbudowywał Nowy Jork, do jakiego przyjechał jako młody człowiek. Starał się go ocalić, ale nie wzniośle i z rozmachem. Dla własnej uciechy”.

Mitchell kolekcjonował tak, jak pisał, a może raczej zbieranie leżało w jego naturze. Zapisywał, by ocalić od zapomnienia. Uwielbiał nazwy, kategorie, odcienie pozornie podobnych rzeczy. Przyjemność sprawiało mu już samo łapczywe gromadzenie, tworzenie list, wymienianie. Pewien rybak opowiedział mu o przedmiotach, które znajdował zaplątane w sieci: puszka szarej wojskowej farby, kości rozbitków i woalka z różowej koronki.

W przeciwieństwie do swojego przyjaciela Lieblinga, który w ferworze wyrzucał z siebie epickie potoki, Mitchell pisał powoli: przycinał, szlifował każdą frazę. W „The New Yorkerze” był zatrudniony przez 58 lat, ale jego ostatni artykuł ukazał się w 1964 r. Joe Gould’s Secret to drugi esej, który poświęcił znanemu w Greenwich Village włóczędze i ekscentrykowi. Gould naśladował mewi skrzek i twierdził, że od lat pracuje nad swoim opus magnum. Mitchell, który jako jeden z nielicznych, przeczytał strzępki Mówionej Historii Naszych Czasów, dzieła Goulda, twierdził, że jest to dziwaczna mikstura plotek, gadaniny, bełkotu. Wiele spośród tysięcy zapisanych stronic było czytelnych tylko dla samego autora. W udostępnionych mu fragmentach Mitchell znalazł rozważania „o pchłach w noclegowniach, spaghetti, zamku błyskawicznym jako znaku upadku cywilizacji, sztucznych zębach, chorobie psychicznej, systemie ławniczym, jedzeniu w jadłodajniach i o tym, jak maszyny do pisania kastrują literaturę”. Sekret Joe Goulda stał się literacką legendą, ale i zmorą Mitchella. Była to opowieść o pisarzu, który nie umiał dokończyć dzieła. Parafrazując Flauberta, Mitchell powiedział: Joe Gould to ja.

Archeolog miasta

Nadal miał swój pokój w „The New Yorkerze” i nieomal codziennie stawiał się w pracy, ale przez ponad 30 lat nie ukazał się żaden jego nowy szkic. Zza drzwi z rzadka dochodziło stukanie na maszynie. Koledzy spekulowali, nad czym pracuje, ale nikt Mitchella nie popędzał ani nie docinał z powodu przeciągającej się pisarskiej blokady. Przeciwnie: byli dumni, pracując w redakcji, która może sobie pozwolić na tak niezwykły gest. Mitchell upierał się, że nowy tekst musi być lepszy od poprzedniego. On, który jako początkujący dziennikarz potrafił wysmażyć trzy artykuły dziennie, teraz utknął. „Chodzę tu jak zjawa – mówił – wszystko się zmieniło”. Ale świat się zmienia: „czasem człowiek straci swój temat– wyznał redakcyjnej koleżance – albo nie widzi się już równie ostro jak dawniej”.

Można się tylko domyślać, z jakimi tematami przez te trzy dekady mierzył się Joseph Mitchell. Pośmiertnie ukazały się trzy autobiograficzne rozdziały. Street Life (Życie uliczne) to pean na cześć miasta, które Mitchell znał na wylot. Był w każdej z setek dzielnic, niektóre miał stale przed oczami. „O każdej porze dnia i nocy mogę zamknąć oczy i w najdrobniejszych szczegółach zobaczyć, co dzieje się na ulicach, popularnych i nieznanych, od jednego krańca miasta do drugiego”. Uliczka na Bronxie, gdzie pachną magazyny z przyprawami i inna, na uboczu, gdzie spotykają się narkomani. Kawałek chodnika, na którym znajdował nowy gatunek mchu czy dziki kwiatek. Mitchell wyznaje wręcz, że czas pracy nierzadko poświęcał na badania w terenie: „Naprawdę uwielbiam snuć się po mieście bez celu. Chodzić ulicami, w dzień i w nocy. To więcej niż upodobanie – to aberracja. Na przykład dosyć często około dziewiątej rano wynurzam się z metra i zmierzam w kierunku biurowca na Środkowym Manhattanie, gdzie pracuję, ale po drodze zachodzi we mnie zmiana – właściwie tracę poczucie odpowiedzialności – i kiedy docieram do wejścia, mijam je obojętnie, jakbym je pierwszy raz widział na oczy. Idę dalej i chodzę, czasami tylko przez jakieś dwie godziny, ale nieraz włóczę się do późnego popołudnia i często ląduję daleko od Środkowego Manhattanu – gdzieś w okolicach Bronx Terminal Market albo przy zrujnowanych dokach cukrowych na wybrzeżu Brooklynu, albo w najbardziej zachwaszczonym zakątku jakiegoś zarośniętego cmentarza w Queens. Bez kłopotu znajduję usprawiedliwienia dla takiego zachowania (mam doświadczenie w usprawiedliwianiu się przed samym sobą – zawsze można się tłumaczyć uporczywym bólem głowy, a wybitnie ponury i pochmurny dzień to równie dobra wymówka jak cudowna wiosenna pogoda)”.

Mitchell nie przestał wędrować i nie przestał pisać. Przestał tylko kończyć, sam siebie zwolnił z wszelkich terminów. Przygarniał niepotrzebne, zarzucone przedmioty. Swoje znaleziska opisywał troskliwie, zwykle na firmowym papierze „The New Yorkera”. Na karteczce z lipca 1972 r. zapisał: „piwnica 78 Duane, drut elektryczny z izolatora nr 2, gwoździe być może nie pochodzą z najstarszej części budynku – tzn. być może pochodzą z boazerii albo belek zamontowanych podczas remontu. Izolatory pochodzą z belki (nośnej?) pośrodku sklepienia”.

Z odłamków, kamyczków Joseph Mitchell układał mozaikę starego Nowego Jorku. Miasta, które on sam dla siebie stwarzał, na podstawie takiego „archeologicznego znaleziska” jak buteleczka z zaschniętą resztką leku: „Apteka Perry’s. Czynna całą noc. Przystępne ceny. World Building, New York”. Młodsza córka Liz kolekcjonerską pasję ojca nazywała „łowieniem skarbów”. Kiedy indziej porównywała ją do układania puzzli. Po co mu to było? – dopytywał dziennikarz Paul Maliszewski: „To była poniekąd próba odepchnięcia od siebie jakiegoś mroku. Był dosyć posępny, ale tyle rzeczy go fascynowało i chyba to ratowało go od rozpaczy”.

Wszystkie cytaty w tekście w przekładzie autorki

Artykuł pojawił się w numerze: Rzeczy, które kochamy