W dyskusjach na temat twórczości Masłowskiej rzadko podnosi się zagadnienia metafizyczne. Metatekstowe, metarefleksyjne, nawet dotyczące metamimesis – chętnie, zasadnie, bogato. Najnowsza proza autorki nie pozwala jednak utrzymać tej strategii. Zmusza nie tylko do zmierzenia się z mokrą i zimną wizją zaświatów, ale i zadania pytania o to, gdzie współczesna proza może postawić granicę, za którą udajemy się (bądź nie) w stanach innej świadomości.
O tym, że dzieje się w tej prozie coś nieoczekiwanego, zorientowałam się w kilku odsłonach. Początkowo towarzyszyła mi niejaka konfuzja, mieszająca się z irytacją i przytłoczeniem, z której trudno było mi wybrnąć. W pierwszym podejściu była to dla mnie bowiem lektura przywołująca przede wszystkim doskonale już znaną tonację, rejestr stylistyczny i bezlitosne portrety bohaterów. Nawet odjazdy narkotykowe znane z wcześniejszych utworów znajdowały tu kolejną realizację. Proza pozornie parodystyczna, zasadniczo krytyczna wobec zarówno śmieciowości miejskiej rzeczywistości, jak…