Subskrybuj
fot. Elya assumed (based on copyright claims)., CC BY-SA 3.0 via Wikimedia Commons
Reporter, pisarz, autor i prowadzący podcast „Raport o stanie świata”. Laureat nagrody dla Dziennikarza Roku w konkursie Grand Press 2020

Smutek Rodezji

Kiedy czarni kradną, mordują albo gwałcą, biali odczuwają satysfakcję, bo dzieje się coś, czego i tak można się było spodziewać – stwierdza narrator powieści „Trawa śpiewa” Doris Lessing. To studium rasizmu i drogi do nienawiści.

Kiedy zaciera się horyzont dobra, sprawiedliwości, spełnienia, a zewnętrzny świat staje się opresyjnym monstrum paraliżującym myśli i działania? W przypadku Mary Turner, bohaterki Trawa śpiewa, pewnie w dzieciństwie, ale to nie jest proza psychoanalityczna. Wydana po angielsku w  1950  r. pierwsza powieść Doris Lessing nie jest też książką polityczną, choć stanowi jedną z najbardziej poruszających wiwisekcji rasizmu w historii literatury, a jej autorka była wówczas aktywną komunistką obserwowaną przez brytyjskie służby (komunistyczne sympatie przeszły jej po inwazji ZSRR na Węgry w 1956 r.). Może warto potraktować tę książkę przede wszystkim jako thriller, przesyconą psychologicznym napięciem zagadkę kryminalną. Od początku wiemy, kto zabił, wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się zaś dlaczego – choć do końca nic nie jest jasne. W świecie, który opisuje Lessing, nie ma bowiem ostatecznych odpowiedzi. Autorka jest niezwykle uczciwa wobec czytelnika i swoich postaci – żadnej nie oszczędza. Co za tym idzie, trudno polubić którąkolwiek z nich – łatwiej je jednak zrozumieć.

Powieść zaczyna się notką prasową o zabójstwie Mary Turner, żony Richarda z farmy Ngesi w Rodezji Południowej lat 40. XX w. (dziś Zimbabwe). Mało mamy faktów: ciało znaleziono na werandzie domu, czarny służący przyznał się do winy, motywu brak, być może chodziło o kradzież kosztowności. Nic specjalnego, zauważa narrator: kiedy czarni kradną, mordują albo gwałcą, biali odczuwają satysfakcję, bo dzieje się coś, czego i tak można się było spodziewać.

Wydaje się, że czym innym byłoby takie morderstwo dla ludzi z miasta, którzy nie mają interesu, by zajmować się losem nieszczęsnej kobiety z dalekiej wsi, a czym innym dla miejscowych farmerów, sąsiadów Turnerów, którzy przecież latami żyli obok nich. Ta sprawa powinna rodzić plotki, wyzwalać fantastyczne teorie, ubarwiać prozę życia na wsi. Powinna, jednak nie rodzi, nie wyzwala, nie ubarwia. Jakby za sprawą niepisanego porozumienia morderstwo Mary Turner znika z rozmów miejscowych niemal natychmiast po tym, jak się wydarzyło. Wszyscy milczą niczym stado ptaków porozumiewające się za pomocą jakiejś telepatii.

Wcześniej też nie mówili o Turnerach. Nikt, poza najbliższymi sąsiadami z farmy obok, ich nie znał sami nie pojawiali się w towarzystwie. Żyli w izolacji, a co najważniejsze, należeli do kasty, o której w ówczesnej Rodezji najlepiej było milczeć – byli białymi biedakami. Mało tego: zamiast udawać, jak inni zadłużeni i zubożali biali, że ich kłopoty są przejściowe, Turnerowie z roku na rok staczali się coraz głębiej i coraz widoczniej w otchłań nieszczęścia.

###banner###

Richard był nieudacznikiem idealistą. Za cokolwiek by się wziął, ponosił spektakularne porażki. Zamiast jak każdy normalny farmer uprawiać tytoń i wyjaławiać kolejne partie swojego gospodarstwa, sadził drzewa, uważając, że ziemi należy się odpoczynek. Szukał wciąż nowych pomysłów na ocalenie domu i rodziny. Pszczoły, świnie, indyki – wszystko przynosiło straty, a gdy wreszcie uległ namowom sąsiada i nagabywaniu żony, uprawy tytoniu uschły z powodu braku deszczu.

Czym bardziej Richard się starał, tym bardziej Mary go nienawidziła za to, że nic mu się nie udaje. Zresztą Mary nienawidziła wszystkich ludzi uczuciem hodowanym w sobie od dzieciństwa. Jedno z kluczowych pytań powieści zadaje młody Anglik, który pojawia się u Turnerów kilka tygodni przez morderstwem: „Jaką kobietą była Mary Turner, zanim trafiła na tę farmę, zanim spiekota, samotność i bieda stopniowo doprowadziły ją do utraty równowagi?”.

Była córką alkoholika i kobiety, która z  trudem wiązała koniec z końcem. Najszczęśliwszym okresem jej życia był pobyt w szkole z internatem. Po jej skończeniu znalazła pracę sekretarki w mieście i zaczęła prowadzić nijakie życie wypełnione drobnymi przyjemnościami i niezobowiązującymi relacjami. Inni jednak mieli swoje oczekiwania: samotna kobieta musi wyjść za mąż. Nieszczęścia zaczęły się, „kiedy ci inni ludzie zmusili mnie do małżeństwa” – wspominała Mary. Życie na farmie Turnera to historia rozpadu jej osobowości.

Co przychodzi pierwsze: szaleństwo czy nienawiść? Trudno powiedzieć. Mary zapada się w sobie pod naporem ciężkiej, brudnej, przepoconej codzienności; fermę zarasta busz, którego postępu nie da się powstrzymać. Co najważniejsze: nie ma ucieczki z tego świata. Bohaterka podejmuje co prawda próbę, ale gdy dociera do miasta, rozumie, że nie da się cofnąć czasu. Nikt jej nie chce zatrudnić, nikt jej nie poznaje, a i ona nie umie znaleźć się w świecie, którego kiedyś była częścią.

Wraca na farmę, nie tylko do męża, ale też do czarnych pracowników. Mary z miasta nie zauważała czarnych. Nie miała z nimi nic do czynienia, nie musiała. Nie chodzi o to, że nimi gardziła, ale nie zauważała ich, tak jak nie zauważa się ulicznej lampy albo nieznajomego po drugiej stronie ulicy. Na farmie musi zwracać na nich uwagę. Co więcej, w Rodezji – w przeciwieństwie np. do RPA – nawet w domach służbę sprawowali mężczyźni. Doris Lessing, która wychowała się w tym kraju, mówiła w wywiadach o opresyjnym napięciu seksualnym, które bardzo często towarzyszyło relacjom białych kobiet i czarnych służących.

Mary radzi sobie z tym napięciem przemocą. Ku przerażeniu męża traktuje służbę w niezwykle brutalny sposób, co jeszcze bardziej potęguje ich problemy – najlepsi pracownicy opuszczają farmę, której los staje się przesądzony. Jednocześnie z jednym ze służących, swoim przyszłym zabójcą, nawiązuje relację prowadzącą do punktu kulminacyjnego historii. Pozwalając sobie na zbliżenie z Mosesem, Mary przekracza granicę, która stała w centrum konstrukcji społeczeństwa, w jakim żyła, i ta transgresja okazuje się najbardziej wyrazistym obrazem szaleństwa bohaterki. Odrzucając normy zewnętrznego świata zbudowanego na rasowej segregacji i emocjonalnej obojętności białych wobec czarnych, staje się dla wszystkich problemem.

Lessing nie dopowiada seksualnych szczegółów relacji białej farmerki i jej czarnego służącego. Podobnie jak nie jest do końca jasne, dlaczego Moses zabija Mary. Oboje przyjmują swój los z  akceptacją. Ona poddaje się jego ciosom, a on spokojnie czeka na policjantów, którzy przychodzą go aresztować. Dla sąsiadów jej śmierć jest najlepszym rozwiązaniem z możliwych: kończy krępujący dla wszystkich epizod, którego istoty nie sposób pojąć. Można wrócić do życia. Trawa znowu śpiewa w oczekiwaniu na deszcz.


Doris Lessing Trawa śpiewa tłum. Joanna Puchalska, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 238

Artykuł pojawił się w numerze: Rzeczy, które kochamy