Pytanie jednak, czym ten świat – świat poza ludzkim doświadczaniem go – miałby być? Jak nazwać tę przestrzeń, skoro istnieje poza sferą naszego języka? I w czym zasadniczo różniłaby się od tej, w której egzystuje człowiek? Czy chodzi jedynie o biologię – o oddanie siebie przyrodzie tak, jak robią to inne istoty – w całości, bez pretensji do życia w innym porządku? Czy to przez swój rosnący mózg, jego dociekliwość, zmieniającą się świadomość człowiek w pewnym momencie znalazł się na obrzeżach tego życia? Te pytania w książce Nathana Hilla nie są wcale oczywiste, ale prędzej czy później znajdziemy je u spodu wszystkich historii opowiadanych w Wellness. Historii, w których człowiek przedstawia się jako istota w tajemniczy sposób oddzielona od tego, co ważne – nie tylko od przyrody, lecz również od siebie. Swojego ciała, emocji, pewności, że to, czego doświadcza, nie jest iluzją, zrodzonym w ewolucji kaprysem egocentrycznych organizmów, skupionych wyłącznie na przetrwaniu.
Opowieść jako pigułka
„Między nami a światem istnieje jakaś historia” – mówi Otto Sanborne, akademicki psycholog prowadzący w powieści Hilla badania nad efektem placebo. To on po raz pierwszy uświadomi głównej bohaterce Elizabeth Augustine (ambitnej studentce pięciu kierunków) siłę tkwiącą w języku, określając ludzką umiejętność opowiadania historii jako jedną z najważniejszych wykształconych w toku ewolucji homo sapiens. To ona bowiem sprawiła, że człowiek rozwijał się o wiele szybciej niż inne organizmy.
Problem w tym, że ów talent do telling story – dopowie Sanborne – ma swoje ciemne strony. Pokazuje, jak daleko w istocie odeszliśmy od świata, że musimy go na nowo wymyślać w swoim alfabecie.
A poza tym, co ciekawsze, nieustanna gotowość człowieka do stwarzania historii to w teorii powieściowego psychologa rodzaj „leku”, który nie tylko zdolni jesteśmy sami wytwarzać („mózg to w zasadzie apteczka pełna leków” – mówi), ale również aplikować go sobie, żeby poczuć się w świecie bardziej bezpiecznym i silniejszym od innych.
Otto Sanborne to w drugiej powieści Hilla (pierwsza – Niksy, wyszła w Polsce w 2017 r., również w przekładzie Jerzego Kozłowskiego i w równie potężnej objętości co Wellness – 800 stron) postać o szeroko zakrojonej sylwetce. Uszyta z wielu tkanin naraz. Mężczyzna o wyglądzie ekscentrycznego naukowca skrzyżowanego z turystą, przygotowany na każde warunki (to starszy mężczyzna „o bardzo różowej twarzy i siwych włosach, rzadkich i słabych […]. Nosił okrągłe okulary bez oprawki, sportową koszulę z wieloma kieszeniami i klapkami wentylacyjnymi na plecach, stare szare spodnie turystyczne z suwakami w połowie uda, dzięki którym można je było zamienić w szorty”), występuje w książce jako rodzaj chichotliwego demiurga. Przygląda się rzeczywistości znacznie uważniej niż inni, żeby ucieszyć się w momencie, kiedy uda mu się wskazać kolejny dowód na ludzką zdolność do oszukiwania siebie.
Sanborne ma być w powieści Amerykanina prawdziwym bogiem, a raczej bożkiem, na miarę XXI w., w którym doświadczenie chaosu i zbyt dużego naporu rzeczywistości wywołuje u ludzi problemy zdrowotne, zmuszając ich do szukania pomocy u różnych specjalistów – niekoniecznie o właściwych kwalifikacjach. To on włada w Wellness – tytułowej klinice (i zarazem nowoczesnym laboratorium badań psychologicznych), gdzie z wielkim zyskiem sprzedawane jest placebo – „przekonujące historie”, które opowiada się klientom cierpiącym na dolegliwości typowe dla epoki hiperkapitalizmu (migreny, bezsenność, chroniczny stres), przepisując pod koniec wizyty – dla medycznego uwiarygodnienia – „pigułkę z cukru”. Wellness w przekonaniu pracowników ośrodka ma być czymś w rodzaju eksperymentalnego, „biologicznego teatru”. „Gdy na przykład idziesz do teatru i oglądasz sztukę tak dobrą, że aż ronisz łzy, zachodzi rodzaj placebo, chemia mózgu ulega zmianie pod wpływem oglądanej historii (…). Działalność Wellness miała się od tego niewiele różnić – tworzono fikcyjne doświadczenia, które wywołują prawdziwe fizyczne i psychologiczne reakcje. Biologiczny teatr” – mówi Elizabeth, zarządzająca kliniką po odejściu Sanborne’a.
Miłość z laboratorium
W tym świecie, który ze stresu i zmęczenia co rusz pada pod naporem zbyt wielu możliwości – konkretnie: w modnej dzielnicy Chicago Wicker Park, gdzie deweloperzy zamienili stare fabryki na luksusowe lofty – żyją główni bohaterowie powieści: wspomniana Elizabeth Augustine i Jack Baker. Miłość od pierwszego wejrzenia, od kilkunastu lat dobre małżeństwo. Elizabeth po studiach zaczęła pracę u Sanborne’a, Jack zajmuje się fotografią eksperymentalną, wykładając jednocześnie na chicagowskim Uniwersytecie DePaul. Mają kilkuletniego syna (Toby’ego), wokół którego koncentrują całą swoją energię. I właśnie zaczęli budować dom, który za podszeptem budowlańców wciskających klientom coraz to droższe i solidniejsze materiały nazywają „domem na zawsze”. Miejsce, które ma być ostatecznym celem ich związku, spełnieniem pragnień odnalezienia dla rodziny odpowiedniego gniazda, czegoś, jak brzmi wspomniana, życzeniowa formuła: „na zawsze”.
Niestety, w pewnym momencie okaże się, że zanim ten dom zbudują, ich relacje nieoczekiwanie zaczną się psuć i żeby zrozumieć, skąd biorą się nowe problemy, będą musieli sięgnąć do przeszłości. Przejść jeszcze raz przez swoje opresyjne dzieciństwo, życie na głuchej amerykańskiej prowincji – jak w przypadku Jacka – w której rytm wyznaczają prace polowe (wiosenne wypalanie traw, letnie wypasanie bydła). Przejść przez swoje pierwsze domy pełne frustracji, gniewu i obsesyjnej kontroli sprawowanej przez rodziców.
Bohaterowie muszą się dowiedzieć, z jakich opowieści są zbudowani i jakie niosą w swoją dorosłość, w związki z innymi. Czy ich motywacje w życiu i marzenia są rzeczywiście ich motywacjami i marzeniami?
W końcu będą zmuszeni sięgnąć do samej podstawy: ich wielkiej miłości, która jest klamrą powieści Hilla, a która mogła nie być wcale przeznaczeniem, lecz wynikiem pewnego psychologicznego eksperymentu, literalizowaną wersją „miłości od pierwszego wejrzenia”. Takim samym placebo jak każde inne sprzedawane w klinice Sanborne’a.
Dlatego w narracji Wellness – podobnie jak w debiutanckich Niksach – autor zamiast bezpiecznej chronologii wybiera różne porządki czasowe z życia bohaterów. Porównuje ich przeszłość (a czasem także przeszłość ich przodków – jak w przypadku rodziny Augustine’ów, której założycielami byli ludzie pazerni i okrutni) z teraźniejszością. Zestawia epizody z dzieciństwa z węzłowymi sytuacjami w późniejszym życiu protagonistów. Ustawiając ich w różnym planie czasowym, pozwala czytelnikowi na przyjrzenie się temu, co się zmieniło w ich postrzeganiu świata, a co pozostało takie samo.
Opowieść linearną próbuje momentami zastąpić w powieści rodzaj hipertekstu, rozgałęziającego się w różnych kierunkach.
Najcenniejszą wartością dla mieszkańców tętniącego życiem XXI-wiecznego miasta jest bowiem wolność wyboru w każdym z obszarów ludzkiego życia. Studiowanie, praca, związki miłosne, wychowywanie dzieci i projekty domów (przykład, który przerazi Jacka oglądającego plan swojego nowego domu, to osobne sypialnie dla małżonków, które deweloperzy przewidują w projektach na wypadek rozwodu, żeby dzieci nie odczuwały tak mocno rozstania rodziców) – wszystko może ulec rekonfiguracji, wszystko można inaczej pomyśleć i dopasować do ludzkich potrzeb. Co więcej: ta zmiana, którą obiecują różni sprzedawcy marzeń w powieści Hilla, w ludzkim życiu ma być równie szybka i niewymagająca energii jak aktualizacja systemów operacyjnych w komputerach czy smartfonach. W Wellness aplikacje internetowe nie tylko mierzą rytm dobowy ludzkiego ciała, ale także poprzez szereg czujników i mikrofonów pozwalają ustalić optymalny dobowy rytm związków miłosnych. Życie ludzi w Chicago w drugiej dekadzie XXI w. ma być jak opowieść w formie hipertekstu, którą zamiast tradycyjnych książek zachwala małżeństwu Bakerów Benjamin Quince – nieprzypadkowo kierownik projektu ich wymarzonego domu: „Żadnych krawędzi, żadnych granic, jedynie rozgałęzienia, całkowicie nieograniczone, mapa znaczeń, którą sam układasz”.
Quince zresztą jest kolejnym świetnym przykładem – jak wcześniej wspomniany Otto Sanborne – człowieka nowej ery, a zarazem nowego typu bohatera, który próbuje umocować w literaturze autor Niksów. To prawdziwie ludzka hybryda, postać niczym z dawnych mitów, pół człowiek, pół system operacyjny nowoczesnego marketingu.
Modny, wysportowany Quince ma być jednocześnie chodzącym produktem życiowego sukcesu, który sprzedaje swoim klientom. Niegdyś wychudły, niedożywiony student, jakiego pamięta jeszcze studiujący z nim Jack, teraz jest wyrzeźbionym biznesmenem, fanatykiem ekologicznych farm i medytacji w miejscach pracy.
Autor, który zgromadził dziesięciostronicową bibliografię do swojej powieści – na temat nowych mediów, współczesnego rynku nieruchomości, ale i żywienia dzieci – widzi współczesną Amerykę jako wielki kraj rozłącznych idei i opowieści. Nic to niby oryginalnego. Ogromne, niemal puste połacie ziemi amerykańskich prowincji, jak preria w środkowo-wschodnim Kansas, gdzie wychowywał się Jack Baker, i stare fabryki w wielkich miastach zmienione w modne apartamentowce, gdzie później osiądzie z rodziną. Ale Amerykę w książce Hilla – pokazaną znakomicie, z wielu perspektyw, jakby była światem wszystkich ludzi – najmocniej reprezentuje właśnie pustka prowincji. Jej słodko-gorzka melancholia, najstarsze z ludzkich uczuć, na które od tysięcy lat nie znaleźliśmy remedium. Świat wytrawnych prowincjuszy, pogodzonych z losem, oświadczający się nie tym dziewczynom co trzeba (jak ojciec Jacka, który według zwyczaju musiał ożenić się z najstarszą siostrą z rodziny, zamiast swojej wybranki), którzy wiedzą, że ludzkie życie i świat zbudowane są na formułach, sekwencjach, nawet jeśli bolesnych, to sekretnie zawiadujących wszystkim. I to im – jak zresztą nam wszystkim – czasem przynosi potrzebne pocieszenie.
Nathan Hill Wellness tłum. Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Znak, Kraków 2024, s. 784