Subskrybuj
Ilustracja: Sylwia Krachulec
Ilustracja: Sylwia Krachulec
Poetka, autorka powieści, sztuk teatralnych i książek dla dzieci. Doktorantka w Instytucie Badań Literackich PAN. Związana z Międzynarodowym Festiwalem Opowiadania. Ostatnio opublikowała tom wierszy Dla twojej córki (2024)

Trafostacja

I co? I apokalipsa miesiąca, wschód, zachód, północ, południe, jasnozielone woale, niezapowiedziane ciasto, rozdawanie, wygrywanie, zapach kamfory, sekcje strzeleckie, wonne ciasteczka i brzegi jeziora.

Przyszli pod trafostację. Dmuchnęli w piszczałki. Coś im się jednak udało. Coś drgnęło w tej historii: metal zachrobotał, usłyszeli dźwig pracujący wewnątrz szybu i jedna z metalowych ścian ustąpiła. Podłużne czarne nity okazały się zawiasami. Twaróg włożył rękę w szparę, która pojawiła się po prawej stronie, i otworzył drzwi. Przed sobą zobaczyli windę. Nie różniła się od innych wind magazynowych, które widuje się w domach handlowych. Brakowało w niej tylko przycisków, wysyłających dźwig na konkretne piętra. Szymon wszedł do środka. Za nim Mucha i Twaróg, który na wszelki wypadek przytrzymał ręką drzwi. Nie lubił pomieszczeń, które można było zatrzasnąć jak pułapkę.

– Chyba nie chcecie tego uruchamiać? – zapytał.

Mimo że tu, w trafostacji, panował piwniczny chłód, na czole chudego pojawiły się krople potu.

– Nie widziałeś, co się stało? – zapytała Mucha.

Oddychała szybko, oczy miała szeroko otwarte.

– Drzwi się otworzyły dopiero, kiedy zagraliśmy na tych piszczałkach.

– I właśnie dlatego nie powinniśmy tam wchodzić. To jest pojebane! Myślałem, że to taka zabawa, wkrętka jakaś. A ty jesteś ładna i chciałem wkręcać się z tobą, ale, kurwa, dziękuję bardzo, dziękuję bardzo. Ja odpadam. Cześć! – zawołał i wybiegł na zewnątrz.

– Zamknij drzwi – powiedział Szymon.

I po chwili stali we dwoje z Muchą w platynowozłotym kubiku. Sam na sam z mżącym przemysłowym światłem.

Na zewnątrz świat był taki, jak widać: z budki dla ptaków wyskoczyła wiewiórka. Otworzyła pyszczek tak szeroko, że można było dokładnie obejrzeć niskie korony jej zębów. Zastygła najedzona. Z piskląt prawie nic nie zostało. A przecież jej młode też rodzą się ślepe i nagie.

Heleny z nimi nie było. W ogóle jakby ubywało jej od kilku dni. Szymon lubił myśleć, że zamknęła się w domu, żeby przeczytać wszystkie jego komiksy. Najchętniej wykorzystywał do pracy cienkie czarne pisaki. Szczególnie numer osiem rozlewał tusz równo, a papier błyskawicznie go chłonął. Zanim zaczął poświęcać czas owadom – próbował rysować ludzi. Ale zawsze zajmował go tylko jakiś fragment: wisiorek zaplątany we włosy dziewczyny w metrze, otwarte usta faceta w pociągu, palce mężczyzny, który nadgryzał jabłko w cukrze na świątecznym kiermaszu. Jakby człowiek był za duży, żeby go objąć.

Helenę rysował powoli, od brzucha. Od środka kwiatu. Dopiero potem pojawiał się cały kształt, zawsze rozmyty. Jakby Helena była fraktalem o wyostrzonym centrum. Potem rysunek tracił na ostrości i ostatecznie dziewczyna stawała się czymś w rodzaju trąby powietrznej: wprawiała w rozmazany ruch wszystko wokół, jednak jej centrum – oko cyklonu – było ciche, prawie martwe. Dzień wcześniej widziała go z Muchą. Co widziała? Dwa cienie nad rzeką. Jeden cień poprawiał drugiemu włosy. Oko cyklonu szalało jak pojebane.

Jest taki rodzaj zmęczenia, które przechodzi w zapomnienie.

Podczas marszu ciało zaczyna działać mechanicznie i negatywne myśli po prostu rozpuszczają się: kości i ścięgna mielą je w pył, na proch. Wtedy zamiast żalu i wściekłości u spacerujących pojawia się obojętność. Trzeba przejść wiele kilometrów, żeby osiągnąć ten stan. Helena miała czas, ale szła dynamicznie, jakby chciała pozbyć się wszystkich myśli możliwie jak najszybciej. Jej kroki były ciężkie, a oczy piekły od słońca. Wszędzie widziała twarz Szymona. Ktoś nałożył ten emotikon na każde jej wspomnienie. Patrzyła na rzekę i wydawało jej się, że go widzi. Próbowała coś z tym zrobić, jakoś to ośmieszyć. Zatem wymyślała ryby o twarzach Szymona. Jego głowa łączyła się z rybim tułowiem pozbawiona szyi, a skrzela poruszały się migotliwie.

Ale wystarczył promień słońca wpadający ukośnie do wody, żeby wszystkie te z trudem budowane obrazy zmieniły się w jedną wszechstronną gwiazdę, która otwierała się jak ukwiał. I Helenę zalewała fala gorąca, jakby po raz pierwszy uświadomiła sobie wartość tego chłopca, prędkość jego myśli, to, jak ją trzymał i jak robił swoje.

Nie odbierała, więc zrobił po staremu: wieczorem poszedł pod jej okna. Za szybami było ciemno. Na zewnątrz połyskiwały mokre parapety. Przypomniał sobie jej sen, w którym po parapetach chodziły lwice. Zrobiło mu się niedobrze z tęsknoty. Helena. Wiedział, że jeśli śpi – przytula dziecinnym ruchem poduszkę. A on był jak kochanek-upiór, który wpatrzony w okno, zaciska sobie szalik na gardle.

Kiedy wreszcie otworzyła – zaprowadził ją do łóżka, popatrzył sobie na nią z bliska, podłożył jej poduszkę pod pupę i zaczął ją lizać jak kotek. Albo zupełnie nie jak kotek. Jej ciało wygięło się, myśli zaczęły znikać jedna po drugiej. Jedna po drugiej, aż do ciemnoróżowego szumu, który ją wciągnął do wnętrza cukierka.

Szymon potrafił dotykać Helenę. Tak to powiedziała: POTRAFISZ mnie dotykać. No, umiał wygłaskać kotka – to był jego talent. Oficjalnie ogłoszono to w domu, kiedy jego matka zaadoptowała kocię. Dzikie i nieufne – dawało się dotknąć tylko Szymonowi. Skrycie bardzo się z tego cieszył, więc okazywali sobie z kotem nawzajem łaskę, obchodzili się ze sobą z delikatnością i szacunkiem. Nie żeby uczył się Heleny na kocie, po prostu potrafił sprawiać przyjemność dotykiem, miał taki dar.

Ale czy jej przeszło? Czy jej przeszło? Czy jej przeszło?

„Niech se idzie – chciała powiedzieć Helena, kiedy spotkali się z Muchą w trójkę. – Niech właściwie spierdala. Do swojego internetu czy gdzie tam spędza wszystkie swoje święta”.

Zamiast tego powiedziała bez sensu:

– Po prostu boli mnie brzuch. Sorry, że jestem dzisiaj trochę trudna.

No więc czy Helena dziś przyjdzie?

Szymon siedział na krawężniku i patrzył tępo w beton. Chciał być sam, chciał być sam i pięćset razy chciał być sam. Ale na pętli ze 126 wysiadły cztery osoby: kobieta z dzieckiem, facet z młodszym kolegą i chudy wysoki chłopak, niewiele starszy od Szymona. Tamci ruszyli w stronę bloków, ale chudy przystanął na pętli, rozejrzał się, odpalił papierosa.

– Ej, ty. Widziałeś tu gdzieś taką dziewczynę?

Ze zdjęcia w telefonie uśmiechała się szeroko ciemnooka szatynka w obcisłym golfie.

– Nie, nie znam jej.

– Nie pytam, czy ją znasz, tylko czy ją widziałeś.

Szymon pomyślał, że autobusowe pętle mają w sobie niewiele boga.

Chłopak coś wyjął z kieszeni. Zaszeleścił woreczek.

– Nie palę. I w ogóle nie chcę niczego kupować – powiedział Szymon. (Myślami był przy swojej zielonej gwieździe, przy Helenie, na stoisku Victoria’s Secret. Zatruty tym, co wydarzyło się z Muchą).

– Myślałeś, że chcę ci sprzedać krajówę? Chłopie, łeb jesteś jak chuj. Ale to jest inna baja, wariacie. Inna baja. To baja o dziewczynach jest. Tu nie chodzi o to, żeby ojebać biedrę albo wcisnąć komuś shit.

Szymon prawie go nie słuchał. Helena nadeszła od strony blokowiska. W niebieskiej spranej sukience i czarnej za dużej marynarce. Szła trochę szybciej niż zwykle. Poprawiła gumkę do włosów. Była zdenerwowana. Przecież zaraz zrobi coś zawstydzającego: powie, że nie chce, żeby ktoś inny wkładał dłoń w jego włosy. A wtedy okaże się taka jak wszyscy, jak wszystkie.

Ale kiedy podeszła bliżej – zrozumiała, że coś się tu odpierdala, dosłownie tak pomyślała: „Coś się tu odpierdala”. Stała przez chwilę zdezorientowana. A chudy chłopak gapił się na nią intensywnie, a potem rzucił znienacka:

– Ej, mała. Zjesz kolację ze starszym panem? Nic nie musisz robić. Koleś głównie tylko patrzy. A sześć dyszek wpadnie.

Helena przez chwilę po prostu mrugała oczami, jakby wleciał w nie dym ze stu ognisk. Szymon zareagował instynktownie: wstał i popchnął chłopaka z całej siły. Tamten zachwiał się i przewrócił. Szymon wiedział, że zrobił się czerwony, że koszulka jest mokra od potu.

Te dziewczyny, o których mówił chudy: czasem zaczepiały go w Rynku. Usta miały stężałe jak owocowa galaretka. Żelujące białko w piersiach. Lekko czerwone z niewyspania oczy. A ich spojrzenia tylko ślizgały się po powierzchni, jakby patrzyły zawsze na to samo: na przechodnia, któremu chciałyby sprzedać pozłacaną bransoletkę. Jednak on prawie nigdy nie chce niczego kupować i najczęściej po prostu odwraca głowę. Ale jego puls na moment przyspiesza i wydaje mu się, że chore dziecko złapało go za rękę. Że wziął do ręki biustonosz siostry. Po chwili sprawdza telefon, patrzy na zegarek, otwiera parasolkę i to uczucie znika. A jednak czasem wraca znienacka, kiedy jest słaby albo bardzo zmęczony. Zasypia przejedzony pod zbyt ciężką kołdrą. Ogarnia go wstyd; i przyjemność.

Robi się gorąco, a unosząca się w powietrzu wilgoć kładzie na ich skórach ciężkie ręczniki. Wydawało mu się, że z drzew spadają na niego mokre owady. Że coś przykleja mu się do szyi i policzka. W krzakach miga ogon szczura albo jaszczurki. Dobrze trafili. Dobrze trafili: podobno to tu Twaróg widział trójkątny symbol. I może to tu zamknęli Maję i inne dziewczyny. Może to nie był ślad, tylko półśladek. Ćwierćśladek. Tyle mieli, tylko to.

Mucha obmacała zardzewiałą kłódkę trafostacji, a potem pchnęła drzwi. Drgnęły lekko. Poczuli zatęchły zapach, mikroskopijny ruch powietrza.

– Właściwie to nie chciałbym się znaleźć w środku – skrzywił się Twaróg.

– Kłódka jest nietknięta i zardzewiała. Pewnie nikt nie otwierał tego od lat. – Mucha zapukała w drzwi i kawałek tynku ukruszył się ze ściany budynku. – Nawet szczur by tam nie przeżył.

Szymonowi zakręciło się w głowie. Podparł się rękami o kolana. Liście stojących opodal brzóz rozrzucały wokół zajączki światła.

– Ja jebię, jak na dyskotece! – zauważył Twaróg.

Po jego skroniach spływały strużki potu.

– Chyba rozmazał ci się makijaż – rzucił do Muchy.

Dziewczyna wyjęła z kieszeni puder i spojrzała w małe lusterko. Tusz do rzęs zostawił granatowe smugi na policzkach.

– Strasznie gorąco.

Kilka owadów wyfrunęło z wnęki wieżyczki i krążyło wokół nich leniwie. Bzyczenie wydawało się niskie i ociężałe. Twaróg podniósł do góry rękę i przyjrzał się jej pod słońce.

– R e˛ K AAAA – powiedział.

Owady zaczęły siadać na włosach i ubraniach chudego. A potem stłoczyły się w średniej wielkości kółko, unoszące się nad jego zadartą w górę głową.

„To nie robotnice, tylko matki” – pomyślał Szymon.

– One śpiewają, kiedy są bardzo młode, i trąbią podczas wędrówki na plastrach.

– To pszczoły – powiedział z trudem. – Nie osy.

Nagle poczuł lęk tak silny jak podczas odwiedzin w mieszkaniu dziadka.

– Rozlali… tu jakąś truciznę – powiedział i pociągnął za sobą Muchę.

– Ja zostaję – stwierdził Twaróg. Stał w tej samej pozycji co wcześniej, obserwując na przemian pszczoły i swoją uniesioną rękę.

– Idziemy. – Szymon wziął go za łokieć i przyciągnął do siebie.

Chłopak opierał się chwilę, ale był rozespany, bezwolny, więc w końcu poddał się i ustąpił. Kiedy wyszli z kręgu drzew na słońce, otworzył szeroko usta:

– Psycho… delia!

Mucha usiadła na trawie i przecierała oczy, jakby jej ktoś właśnie prysnął gazem pieprzowym w twarz. Po dłuższej chwili wyjęła z kieszeni telefon.

– Minęły dwie godziny.

– Co? – Twaróg patrzył tęsknie w stronę trafostacji.

– Byliśmy tam dwie godziny.

Teraz już wszyscy wyjęli telefony.

– Może to jakieś zakłócenia. W końcu ta trafostacja to hub na prąd. Może po prostu pole magnetyczne w taki sposób wpłynęło na telefony.

– Na zegarku jest ta sama godzina. – Szymon pokazał reszcie tarczę.

– Wracam do domu. Źle się czuję. – Mucha wstała, otrzepała się i zaczęła iść szybkim krokiem w stronę pętli.

– To cześć! – pisnął w kierunku jej pleców Twaróg i ruszył w przeciwną stronę.

– Co, tak sobie po prostu PÓJDZIECIE? Po tym wszystkim?

– A co mamy zrobić, wezwać wróżbitę Macieja? – Chudy zarechotał.

– Tak się czasami zdarza. Że jest faza. I trzeba ją wtedy przyjąć jako dar. Może tam była jakaś grzybnia i tyle. Microdosing ma same atuty. POCZYTAJ O TYM!

*

Znaleźli się pod ziemią. Najpierw uderzył ich zapach – wilgotny i ciężki: zapach ziemi przerośniętej pleśnią, ale przemieszany z czymś syntetycznym. Stali na metalowym mostku. Pod nimi rozpościerało się jakby miasto, rozświetlone w ciemności, jakby od środka, jak letni kurort, który widzi się nocą z okna samolotu. Oboje uznaliby ten widok za piękny (jak wszystko, co rozświetlone). Gdyby nie groza, która towarzyszyła im od początku tej wyprawy w ciemność. Zwykle kiedy wchodzimy do ciemnego pomieszczenia, nasze oczy muszą się przez chwilę przyzwyczajać, zanim zaczną rozpoznawać kluczowe sprzęty czy kierunki. Podobnie jest w momencie, kiedy ciemność wyświetla nam jakiś swój sekret. Mrugamy, próbujemy od nowa poskładać sobie rzeczywistość.

Wiedza w sumie powszechna, ale w tym zamieszaniu nie byli na nic przygotowani. Granice racjonalności dawno zostały naruszone: teraz mogą się wydarzyć rzeczy właściwie dowolne. Taka dowolność potrzebuje innego zestrojenia, innych ustawień. Patrzyli więc w dół, próbując zorientować się, co widzą.

Miasto składało się z podobnych do siebie budynków rozstawionych w równych odległościach. Jakby zaprojektował je pracownik Lego o schematycznej wyobraźni. Kiedy metalowy mostek, na którym stali, zaczął zjeżdżać w dół, mogli obejrzeć ten schemat dokładniej. Budynki z bliska okazały się nie tylko pomysłowe, lecz wręcz olśniewające. Przypominały przeskalowane lasagne z metalu. Składały się z olbrzymich platform ustawionych w taki sposób, że tworzyły kolejne kondygnacje. Na każdym poziomie wstawiono inny krajobraz: były tam pasma górskie, pola uprawne i łąki, ale też miniaturowe metropolie i nadmorskie kurorty. Każda z kondygnacji była wysoka na jakieś 500 metrów. Przez jasno oświetlone aleje między budynkami szli jacyś ludzie.

– Patrz na ich twarze.

Szymon wiedział oczywiście, że coś „jest tu nie tak”, ale w pierwszej chwili nie mógł zrozumieć, na czym to polega. Ludzie wyglądali prawie normalnie: ich twarze nie wyrażały napięcia. Co jakiś czas na ich twarzach pojawiały się trailery emocji, zapowiedzi, które nigdy nie rozwijały się w pełny film. Kiedy ze sobą rozmawiali, nie patrzyli na siebie. Wydawali się w jakiś sposób ODŁa˛CZENI, a ich marsz miał w sobie coś teatralnego. Szli w jednym tempie. Powoli, równo, nie rozglądając się. Szymon pomyślał, że gdyby popatrzeć na nich z góry – okazałoby się, że poruszają się w pętli. Po prostu przechodzą między kolejnymi budynkami, po alejach, które nie mają początku ani końca.

– Co robimy? – zapytała Mucha.

Oboje próbowali zachować obojętny wyraz twarzy. Zdawali sobie sprawę, że trzeba jak najdłużej zachować anonimowość. Nie znali zagrożeń ani konwencji rządzących tym światem. Tylko jedno było pewne: był jakoś centralnie nielegalny.

Wmieszali się w pochód. Po kilku minutach minęli niewielki plac: na białych ławkach, między kwietnikami, siedziały dwie kobiety w żółtych sukienkach. Starsza z nich pokazywała tej drugiej książkę z ilustracjami:

– O, popatrz. Pan i pani coś świętują.

– Boże Narodzenie – powiedziała po zastanowieniu druga.

– Tu jest coś napisane. Możesz przeczytać? Bo ja dziś nie mam siły.

– Ja też nie mam siły. Tak dawno nie czytałam, chyba zapomniałam, jak to się robi.

Uśmiechnęły się do siebie, nie patrząc na siebie, a potem pierwsza usiadła na huśtawce i zaczęła nucić jakąś melodię.

– Pamiętam ją z góry. Tę piosenkę.

– Tak? – ucieszyła się pierwsza.

– Słyszałam ją w… Jestem rozkojarzona. To przez te spacery. Zrobiłam dzisiaj tyle tysięcy kroków.

– Ja też mam dziś dużo.

A potem huśtały się już obie, wstawiając twarze do ukrytych gdzieś w górze lamp, jakby opalały się przy stadionowych reflektorach.

– Jakby miały demencję – szepnę?a Mucha.

? Nie wezm? tu niczego do ust.?? Szymonowi zrobi?o si? niedobrze.

? Co robimy??? zapyta?a znowu dziewczyna.?? Co robimy? Co robimy?

ła Mucha.

– Nie wezmę tu niczego do ust. – Szymonowi zrobiło się niedobrze.

– Co robimy? – zapytała znowu dziewczyna. – Co robimy? Co robimy?

Pomyślał, że muszą spróbować dostać się z powrotem na górę, że trzeba zawiadomić służby, NATO, NASA. Że może oboje śnią jakiś kolektywny sen, nadal odurzeni grzybnią spod trafostacji. Ale wtedy wydarzyło się coś, co zmieniło jego decyzję: na jednej z kondygnacji wściekle granatowego budynku, który mijali, zauważył dziewczynę: tańczyła w półmroku, patrząc w dół, na oświetlone aleje. Ruszała się jak naćpana księżniczka jakiegoś egzotycznego królestwa. Długie czarne włosy spływały jej na ramiona, tworząc na plecach podłużny kokon. Nawet stąd było widać długie rzęsy i twarz tak jasną, że wydawała się przezroczysta.

– Patrz! – prawie krzyknął i kilka osób odwróciło się w ich kierunku z zaciekawieniem.

– Ciszej – szepnęła Mucha.

– Patrz tam!

Dziewczyna przez chwilę szukała wzrokiem miejsca, które wskazywał Szymon. Budynek zbudowany był z krajobrazów islandzkich z jakby granatowego plastiku. Na każdej kondygnacji szumiał wodospad, gejzer może, czarne skały wulkaniczne połyskiwały jak węgiel. I wtedy Mucha też ją zobaczyła. Maja odrzuciła włosy do tyłu i wygięła się w łuk jak kot. Nadal tańczyła.

– To Maja! – Mucha próbowała się opanować.

– Spróbujmy wejść na górę. – Zaczął łagodnie zmieniać kierunek, schodząc z traktu.

Wkrótce znaleźli się przy wejściu. Symboliczną granicą budynku były złote tuje i niskie szyby. Wszystko tu było otwarte i doskonale widoczne. Myśleli, że wejdą do środka niezauważeni, ale kiedy zbliżyli się do wejścia, żeby wspiąć się po schodach na trzecią kondygnację, z wnęki wysunęła się biała pionowa maszyna. Wyglądała jak kabina prysznicowa. A kiedy wydała polecenie: „Proszę wejść i oprzeć czoło o literę O”, Mucha posłusznie weszła do środka. Normalnie śmialiby się z tego oboje, zrobiliby kilka zdjęć, a potem wrzucili do sieci rolkę. Ale teraz emotikony ich zawiodły. Jasne było, że trzeba wykonywać rozkazy maszyn.

W kabinie znajdowało się gumowe koło wielkości twarzy. Mucha oparła na nim głowę, jakby poddawała się badaniom okulistycznym. Na monitorze wyświetliła się temperatura 36,8.

– Infekcji nie wykryto, organizm w normie – wyszumiała maszyna.

Potem do środka wszedł Szymon i wszystko rozegrało się identycznie, z tym że na końcu maszyna wróciła do wnęki. Ruszyli w stronę schodów.

Stanowiły jakby kręgosłup budynku: tworzyły przezroczystą spiralę i wspinały się na tyle łagodnie, że umożliwiały niewymagający wysiłku spacer. Miały jednak w sobie coś organicznego. „Jakby płynęła przez nie woda” – pomyślał Szymon.

Na pierwszym piętrze kilkoro dzieci układało na ziemi olbrzymie puzzle, które przedstawiały abstrakcyjny wzór. Było tam dziwnie cicho, jakby bawiły się w starą grę: „Cisza na morzu – bałwan śpi. Kto się odezwie – będzie nim”.

Na drugim kobiety w pastelowych strojach układały kwiaty w wazonach. Bardzo powoli. Florystkom towarzyszyło dwóch mężczyzn, którzy czyścili jakieś drobne narzędzia szmatkami z irchy.

Kiedy zbliżali się do trzeciego piętra – usłyszeli muzykę. W pomieszczeniu, które widzieli z dołu, ujrzeli instalację składającą się z kilkudziesięciu monitorów. Każdy z nich transmitował ten sam koncert azjatyckiej skrzypaczki. Między monitorami nasadzono mnóstwo roślin o sterczących ciemnozielonych liściach. Maja była w pomieszczeniu sama, zatopiona we własnym tańcu jak palaczka opium. Mucha musiała dotknąć jej ramienia, żeby tamta w ogóle zareagowała na to, że tu są.

– Ej, Maju. M AAA J UUU.

– Mucha?

Dziewczyny spojrzały na siebie. Mucha zarumieniła się z emocji. Nie potrafiła jednak z marszu przełknąć tego, że ta dziewczyna tutaj tak po prostu tańczy, jakby włączyła sobie ulubioną piosenkę przed kolacją.

– Cześć, Mucha. – Maja pocałowała ją w policzek. – W porządku? Co tu robisz?

– Teraz tu mieszkam. Podoba ci się? Jest naprawdę wspaniale. Cicho i mało ludzi. I popatrz na te wszystkie monitory. Nigdy nie byłam tak bogata – powiedziała, a potem odwróciła twarz w stronę jednego z monitorów. Zanim znów zaczęła tańczyć, powtórzyła jeszcze:  – Tak bogata.

Mucha spojrzała na Szymona, który gapił się na całą tę sytuację bez ruchu, a teraz podszedł do Mai, złapał ją za ramiona i obrócił ku sobie:

– Dziewczyno, obudź się!

Maja popatrzyła na niego z czymś, co pewnie na górze uznałby za pogardę, tu jednak było jedynie jej cieniem, nie do końca wygaszonym śladem emocji.

– Uciekłeś z zaplecza? – zapytała nagle poważnie.

Przez następną godzinę bezskutecznie namawiali ją, żeby z nimi poszła.

– Co robimy? – spytała Mucha, kiedy usiedli na schodach.

Poczuli przypływ zmęczenia: niemal nagle ściął ich z nóg. Poziom adrenaliny spadł i natychmiast ujawnił najpierw ból głowy, potem uczucie ciężkości w nogach i barkach.

– Wracajmy – powiedziała cicho. – To jakiś obłęd.

Ale on przypomniał sobie właśnie ostatniego esemesa od Heleny:

„Śpisz?

Śpisz? Śpisz?

Śpisz? Śpisz? Śpisz?”.

Autorka prezentuje fragment książki Trafostacja, nad którą pracuje dla Wydawnictwa Dwie Siostry

Artykuł pojawił się w numerze: Nie jesteś swoją diagnozą