– Twierdzi pan, że Marcin Breś skrzywdził w jakiś sposób pana syna? – Nie, to nie do końca tak… – Mężczyzna, który przedstawił się jako Łukasz Dębski, zaczął się plątać. Aspirant Jakub Wójcik widywał to już wcześniej: ludzie wchodzili na komendę butnym krokiem, sądząc, że doskonale wiedzą, co chcą powiedzieć, a potem, w miarę jak wypełniały się kolejne rubryczki w oficjalnym zawiadomieniu, pewność siebie stopniowo z nich ulatywała, aż zostawało tylko zdenerwowanie. – Nie wydaje mi się… To porządny facet i nie sądzę, żeby mógł naprawdę komuś zaszkodzić. To pewnie jakieś nieporozumienie. Ale on przychodzi pod nasz dom… – Marcin Breś? – Tak, Marcin Breś. – Groził komuś? – Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu stoi i patrzy w okna. Moją żonę to denerwuje. – Pana nie? – Nie aż tak bardzo. Ten dom należał kiedyś do rodziców Bresia, on i jego rodzeństwo mieszkali tam jako dzieci. Dla mnie to dosyć naturalne, że człowiek chciałby sobie czasem popatrzeć na miejsce, w którym…
Trzy życia
Fragment nowej powieści Anny Kańtoch