Widmo krąży po nadwiślańskiej krainie – widmo „inności”. Wszystkie potęgi starej Polski połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu, prymas i prezydent, różnoracy politycy, konserwatywni „liberałowie” i reżimowi policjanci.
W takiej też atmosferze na światło dzienne wychodzi antologia polskiej „literatury queer” – Dezorientacje. Opasły, przeszło 900-stronicowy tom pod redakcją Alessandra Amenty, Tomasza Kaliściaka i Błażeja Warkockiego. Prace nad książką trwały kilkanaście lat. Trzech wybitnych specjalistów w rzeczonej dziedzinie wydaje więc dzieło przełomowe, które mogłoby zmienić oblicze polskiej ziemi; które mogłoby wykrzyczeć radykalne „nie, nie, nie” wobec starych zegarów, co w rytmie „tak, tak, tak” zbożne mielą ziarno.
Redaktorzy Dezorientacji mówią wprost – polska literatura queer jest. I pokazują, cytują, opisują: sto nazwisk polskich literatów: od XVIII do XXI w., od Karpińskiego do Janiczak – przez Mickiewicza, Sienkiewicza, Słowackiego, Konopnicką, Staffa, Iwaszkiewicza, Gombrowicza, Miłosza, Dąbrowską… – autorów wybitnych, popularnych, nieznanych, kanonicznych i nieco już zapomnianych. Dlatego też z owych 900 stron najmocniej wybrzmiewa to właśnie przesłanie: polska literatura poza dominującą normą – poza heteronormą – istnieje. Warto tu jednak poza czytelną kropką, poza zdaniem twierdzącym postawić wielki pytajnik: czy kiedykolwiek takowa – nieheteronormatywna – literatura nie istniała? Czy miała prawo nie istnieć?… Stawiając tu znak zapytania, zwróćmy się więc ku tym obszarom naszej kultury, gdzie owej „odmienności”, „inności” spodziewalibyśmy się najmniej bądź wcale.
Patronki i patroni Dezorientacji
„Trzeba raz wreszcie wypowiedzieć tę prawdę wstydliwą, systematycznie chowaną pod korcem, że co najmniej połowa współczesnej sztuki francuskiej i niemieckiej – to sztuka przewrotna. Nie tylko fabularnie – co, zresztą, jest nieistotne – zazwyczaj w sposób skryty i przejrzyście zamaskowany, nie tylko formalnie, jak André Gide (…), jak Cocteau (…); ale po prostu ujawnia się to w samych ludziach, w życiu i twórczości pojedynczych jednostek, w złożonej ich osobowości. Brzmi to jak paradoks, lecz kultury XX w. niepodobna już pomyśleć, a tym bardziej pojąć, bez tego czynnika inwersji. Matki nasze i co kulturalniejsze ciotki sprzed lat trzydziestu szeptem i ze zgrozą wspominały imię Wilde’a; dzisiaj jest inwersja na Zachodzie uświęconą niemal instytucją. (…) nie jest już obecnie domysłem, ale faktem, że Albert było na imię Albertynie” .
Fragment ten sytuuje się na pierwszej stronie rozległego wstępu Dezorientacji. I jest to cytat pochodzący z przedwojennej eseistyki Stefana Napierskiego (1899–1940). Stefan Napierski zaś – właściwie Stefan Marek Eiger – to polski pisarz, krytyk literacki, marginalizowany poeta, homoseksualista i Żyd, który na własnej skórze doświadczył wszelakich – mówiąc eufemistycznie – „niedogodności”, które niesie za sobą bycie „poza normą” (a szczególnie w jego przypadku – za bycie „innym” w okresie faszystowskiego karnawału międzywojnia) . Wydaje się więc znamienne, że właśnie taka osoba jako pierwsza miała odwagę tak mocno wyartykułować tę niewygodną prawdę o literaturze. Co istotne, Napierski mówił o literaturze zachodniej, na której – chcąc nie chcąc – wzorowali się polscy twórcy, dopisując do zagranicznej inwersji pogłos własnej, rodzimej „przewrotności” – znów – czy tego chcieli czy też nie.
Amenta, Kaliściak i Warkocki zdają się również podążać tym tropem. Orientacja emocjonalno- -seksualna twórców i twórczyń wkomponowanych w spis treści Dezorientacji nie stanowi dla redaktorów najważniejszej kategorii. Nie jest to bowiem antologia pisarzy homoseksualnych, nie jest to nawet antologia pisarzy queerowych. Kwintesencję „inności” stanowi tu bowiem sam tekst, a konkretnie: koncepcja podmiotowości, tożsamości czy też (anty)tożsamości, która z kart danego utworu się wyłania.
###banner###
Tego typu przekraczanie kulturowych szablonów, prostych tożsamościowych dychotomii posiada już zresztą swoją mocno ugruntowaną tradycję na niwie rodzimego literaturoznawstwa. Czterdzieści lat temu pod egidą Marii Janion ukazała się monumentalna, wielotomowa seria „Transgresje”. A „»Transgresje« to swoiste przekroczenie granic: przekraczanie siebie, norm, konwencji, ról, przyjętych wyobrażeń pokonywania tego, co dane i gotowe przez ludzi, którzy chcieli przejść »na drugą stronę«, przemknąć poza horyzont” – jak wieści popularny opis cyklu. Janion – jako główna redaktorka i współautorka serii – skupiała się więc na przestrzeniach „inności” i określonych typach wrażliwości, także w kontekście problemów seksualności. Projekt ten stanowił jeden z najważniejszych teoretycznych fundamentów do budowy Dezorientacji. Równie istotnym czynnikiem dla redaktorów były prace – „primum mobile teorii queer” – Eve Kosofsky Sedgwick. Amerykańska badaczka wskazuje, że „obok homoseksualizmu pojawia się (…) instytucjonalizująca się homofobia, która ma wymiar nie akcydentalny, lecz systemowy (jak »rasa« i rasizm), szczególnie od drugiej połowy XIX wieku”. Dlatego też w tekstach homofobicznych tak mocno wybrzmiewa „inność” – „inność” „innego”, a czasami skrywana „inność” samego autora.
Jesteśmy kulturą „odmieńców” i „dziwaków”. „Inność” wydaje się wręcz inherentną cechą polskości.
Zatem z jednej strony mamy tu teksty przeciwko „odmienności”, a z drugiej – teksty „odmieńcze”, niektóre jawnie homoseksualne (opisujące wprost homoerotyczne uczucia), inne pisane niejako „z ukrycia”. Albowiem gdy pojawia się zinstytucjonalizowana homofobia, a bliskie, intymne relacje między osobami tej samej płci stają się „podejrzane”, pojawia się potrzeba użycia swoistego tajnego kodu – intertekstualnych odwołań, które odnoszą się do „homoseksualnego dziedzictwa”. W literaturze „odmieńców” odnajdziemy więc takie postaci, jak: Ganimedes, Dawid, Antinous, Apollo, Hiacynt, Gilgamesz, Narcyz, Dafnis, Endymion, św. Sebastian, derwisz, Szekspir czy też Michał Anioł. W kodzie tym istotną rolę odgrywają także biblijna Sodoma, tudzież Platońska Uczta .
Jednak redaktorzy wskazują także na stabilne relacje między osobami tej samej płci, które z jednej strony nacechowane były silnym uczuciem, rzecz można – miłością, a z drugiej strony nie były obciążone silną homofobią. Ten typ „romantycznej przyjaźni” – niezwykle istotny dla polskiej literatury doby romantyzmu – dla Amenty, Kaliściaka i Warkockiego również spełnia wymogi literatury queer. Dlatego też autorem otwierającym Dezorientacje jest Franciszek Karpiński, twórca pogodnych sielanek, literatury sentymentalnej, w której opiewa zarówno heteroseksualne, namiętne, burzliwe związki, jak i trwałe romantyczne przyjaźnie między osobami tej samej płci. Redaktorzy antologii zauważają, że częstokroć drugie z wymienionych stanowiły istotniejszy obszar życia emocjonalnego od tych pierwszych i miały też potencjał do przerodzenia się w „coś więcej”.
Jednak wraz z natężeniem się homofobii, wraz z utrwalaniem się nowoczesnych norm, niemal na każdym polu życia społecznego, forma takich relacji musiała ulec przekształceniu. Dążenie do „unifikacji” zatarło wszystkie „niuanse”, które przedstawia antologia. Zresztą jak wspominają redaktorzy – Dezorientacje mają zdezorientować czytelnika. Poczujmy więc ową dezorientację na własnej skórze.
Sienkiewicz homofobiczny i queerowy
„Co do Twej sztuki, jeśli, jak jestem pewien, nie ma w niej paraliżu postępowego, zboczeń umysłowych na tle płciowem, kazirodztwa, grzechu sodomskiego, zakazanych z pod ciemnej gwiazdy wierszy, egipskich ciemności, a jest natomiast, broń Boże, logika, jasność, prawidłowość, zdrowie, przezroczysty język i tchnienie poezyi, to się istotnie boję o jej powodzenie. Pozostanie w takim razie ona w literaturze, ale czy w chwili obecnej zrobi wrażenie na deskach, that’s the question! Zresztą zobaczymy”. Słowa te pochodzą z listu opatrzonego datą 7 września 1902 r. Adresat korespondencji – a zarazem autor wspomnianej sztuki – to Adam Krechowiecki (1850–1919), pisarz, krytyk i redaktor. Nadawcą zaś jest tu Henryk Sienkiewicz (1846–1916), wielka ikona kultury polskiej, nasz pierwszy laureat Literackiej Nagrody Nobla. Obaj mężczyźni byli przedstawicielami nurtu konserwatywnego, obaj optowali za polską prawicą i nie kryli swojego poczucia wyższości wobec klasy robotniczej oraz warstw chłopskich. Sam noblista w dość klarownych słowach korespondencji z Krechowieckim potępił antycarskie powstanie w 1905 r., opowiadając się po stronie zaborcy, katolickiego kleru, burżuazji i endecji.
Nie dziwi więc, że Sienkiewiczowska narracja o słusznej wyższości szlachty nad „trzecioplanowym chłopstwem” zyskała największy poklask elit oraz absolutną dominację akurat w czasach wczesnych rządów PZPR . Autor Trylogii traktował niemal każdy „odchył” zagrażający premiującej go hegemonii jako zło, któremu należy się przeciwstawić. Sprawa miała się podobnie w kwestiach klasowych i seksualnych / płciowych.
Wielki katechon żywił podobną „niechęć” do „klas niższych” i do „mniejszości” bądź „zachowań” nieheteronormatywnych. Jednak nie przeszkadzało mu to w kultywowaniu bardzo bliskich przyjaźni z mężczyznami, m.in. ze wspominanym Krechowieckim – w korespondencji nierzadko określanym „Kochanym Adamem”. Sienkiewicz najbardziej zabiegał o spotkania z Krechowieckim akurat w tym czasie, gdy w danym domostwie mogli zostać sami – gdy wokół nie kręciła się żadna zbędna kobieta. W ich relacji można dostrzec pewne istotne elementy „romantycznej przyjaźni”, lecz ze swoistym zaakcentowaniem „nowoczesnej homofobii”, jaką Sienkiewicz „subtelnie” prezentuje m.in. w przywołanym wcześniej cytacie.
Mimo to „inność” bez wątpienia interesowała Sienkiewicza. Redaktorzy zauważają, że tytułowy bohater popularnej, kanonicznej noweli Janko Muzykant nazwany zostaje przez swoją zmartwioną matkę „odmieńcem”. W Quo vadis występuje Petroniusz, który wzorowany jest na XIX-wiecznych homoseksualistach. W tej samej monumentalnej powieści Neron bierze ślub z Pitagorasem, czym noblista chce ukazać zdegenerowanie i śmieszność cesarza. W antologii odnajdziemy jednak inny fragment Sienkiewiczowskiej prozy, a mianowicie scenę wbijania na pal Azji Tuhaj-bejowicza. Redaktorzy w następujący sposób uzasadniają swój wybór: „Końcowy fragment Pana Wołodyjowskiego (1888), ostatniego tomu Trylogii Henryka Sienkiewicza, opisujący zaskakująco sadystyczną kaźń Azji Tuhaj-bejowicza. Paradoks tej sceny polega na tym, że łączy ona wyobrażenie zbiorowego gwałtu z retoryką ukrzyżowania. Azja u Sienkiewicza jest etnicznym »mieszańcem«, który podlegał w tekście mechanizmom egzotyzacji (wielokrotnie bywał opisywany jako niezwykle piękny). W scenie kaźni stoją wokół niego sami mężczyźni. Choreograficzny aspekt nabijania na pal ma w sobie dodatkowy wymiar seksualnej kary i upokorzenia” .
W tej kuriozalnej scenie szczególnie dziwny – „queerowy” – wydaje się fragment wybrany przez redaktorów jako tytuł rozdziału poświęconego Sienkiewiczowi: „Ból niewypowiedziany, tak straszny, że graniczący niemal z potworną rozkoszą, przeniknął jego jestestwo”. Sceny tej nie odnajdziemy w szkolnych podręcznikach. Najprawdopodobniej zresztą zdecydowana większość czytelników o tej scenie zapomina tuż po odłożeniu lektury.
Znaki zapytania nie pasują nam do postaci kanonicznego twórcy, narodowego artysty, który pisał „ku pokrzepieniu serc”. Po edukacji szkolnej Sienkiewicz jest dla nas „przeźroczysty”, wyznacza normę, wręcz nie wolno nam w nim dostrzegać homofobii, rasizmu czy klasizmu. A właśnie w tych „queerowych” fragmentach – które „programowo” umykają naszej lekturze – autor Trylogii mówi rzeczy najciekawsze i najważniejsze; rzeczy najważniejsze nie tylko o książkowych bohaterach, ale też o nas samych.
Noc Jerzego Andrzejewskiego
„Pamiętam, choć też bardzo mglisto, dopiero Noc, w którą włożyłem tyle śmiałości autobiograficznej, tyle z siebie, z własnych przeżyć i konfliktów. Pisałem ją po epizodzie paryskim i marsylskim, z początkiem roku 1932, a może się mylę, może to była druga połowa tego roku, jesień albo nawet zima. (…) Piaseckiego poznałem w zimie 32, kiedy poszedłem do niego z krótkim opowiadaniem, pierwszą redakcją Kłamstw z Dróg nieuniknionych. Opowiadanie to było drukowanie w wielkanocnym numerze »ABC«. Od tego czasu stałem się stałym współpracownikiem Piaseckiego, aż do pierwszego rozejścia się, którego powodem było moje upieranie się przy chęci ogłoszenia Nocy. Piasecki czytał Noc i słusznie uznał, że autor książki, która wywołałaby podobny skandal, nie może być współpracownikiem pisma o ideologii »ABC«” .
Powyższe wspomnienia pochodzą z 1944 r. i odnoszą się do jednego z najbardziej tajemniczych epizodów z wczesnego życia ich autora. „ABC” było z kolei popularnym pismem wydawanym od 1926 do 1939 r., od początku swojego istnienia związanym z ruchem narodowym, w latach 30. podlegającym stopniowej faszyzacji. Wspomniany we fragmencie redaktor to Stanisław Piasecki – krytyk literacki o wyraźnie konserwatywnych poglądach, dziennikarz, pisarz i działacz nacjonalistyczny, od 1934 r. związany ze środowiskiem ONR. Natomiast autorem cytatu jest Jerzy Andrzejewski – wybitny prozaik i publicysta, w międzywojniu powiązany ze skrajną prawicą i utożsamiany z nurtem literatury chrześcijańskiej . „Skandaliczna” książka, o której wspomina, miała podejmować m.in. temat męskich relacji homoseksualnych – relacji, których sam, wówczas 23-letni, autor doświadczał osobiście.
Noc nie trafiła jednak do szerokiej dystrybucji, a jej rękopis zaginął. Informacje o powieści pochodzą dziś głównie z tekstów wspomnieniowych. Autor wielokrotnie wracał pamięcią do owego tajemniczego utworu, niejako z wyrzutem, ale również z pewną tęsknotą czy sentymentem. Jak twierdzi Anna Synoradzka-Demadre – biografka Andrzejewskiego – Noc miała traktować o męsko-męskiej relacji homoerotycznej, lecz nie w sposób afirmatywny czy neutralny: „Konflikt między potrzebą najbardziej intymną (homoerotyzmem) a jej »społeczną« oceną Andrzejewski spróbował w roku 1933 przezwyciężyć nie przez odrzucenie moralności krępującej samorealizację, lecz uznając jej prymat. »Wyzwolenie się« przy pisaniu Nocy nie oznaczało zatem emancypacji homoseksualisty, lecz stanowiło mea culpa – próbę »zwalczenia« w sobie tego, co etyka (reprezentowana głównie – jak się zdaje – przez osobę ukochanej matki pisarza) oceniała jako nie do zaakceptowania z tego choćby powodu, że wykluczało prokreację” .
Warto w tym kontekście również podkreślić, że choć w 1933 r. autor miał już za sobą pewne „doświadczenia” homoerotyczne, to sam w przestrzeni publicznej krytykował homoseksualizm – młodych twórców, którzy podejmowali ten temat w swoich utworach, oskarżał o przejawianie „przedwczesnego uwiądu” moralnego. Zresztą jego bliskie relacje z konserwatywnym środowiskiem nacjonalistów nie były przypadkowe. Wprawdzie do roli stałego współpracownika redakcji „ABC” doprowadziły go towarzyskie koneksje i literacki talent, a nie przynależność partyjna bądź działania w przestrzeni propagandy nacjonalistycznej, niemniej ideologia promowana przez ówczesną skrajną prawicę w wielu obszarach była mu po prostu bliska. Rzecz jasna, orientacja homoseksualna czy praktykowanie intymnych relacji męsko- -męskich nie były do pogodzenia z konserwatywną obyczajowością, narodowcy o takowych skłonnościach musieli je umiejętnie ukrywać, a w swoich publicznych wystąpieniach ganić i zwalczać. Homoerotyzm w prawicowych środowiskach łączył się więc najczęściej z ówczesnym modelem homofobii, a więc – w niektórych przypadkach – z nienawiścią do samego siebie.
Ta chorobliwa „praktyka” funkcjonowała nie tylko w obrębie sfery seksualnej. Dla przykładu – redaktor Piasecki, który zdecydowanie odradzał Andrzejewskiemu publikację Nocy z przyczyn „ideologicznych”, z podobnych powodów sam musiał się kryć z pewnymi „niuansami” własnej tożsamości. Otóż, jako prominentny przedstawiciel radykalnej prawicy, był niejako zobligowany do udzielania się w – niezwykle popularnych w tamtych czasach – rozmaitych kampaniach antysemickich. W pewnym momencie uchodził wręcz za jednego z największych „żydożerców” II RP. Jednak w jego przypadku postawa ta była – rzec można – paradoksalna. Albowiem matka Piaseckiego Gizela Silberfeld pochodziła z rodziny krakowskich Żydów, co też w prześmiewczych publikacjach wypominali mu bardziej liberalni pisarze, m.in. Światopełk Karpiński, Antoni Słonimski czy Janusz Minkiewicz. Można więc było usłyszeć o „Stanisławie Pejsackim”, o „domieszce żydowskiej krwi” czy o „zabawie w Aryjczyka”. Ironiczny wiersz Piaseckiemu zadedykował nawet Julian Tuwim (utwór z 1937 r. o długim, sarkastycznym tytule: Poeta zazdrości pewnemu literatowi imieniem Staś, że jest Sarmatą; on zaś, nieszczęsny poeta, żydem parchatym jest. Takoż obojej stron żywot wiernie opisany).
Redaktor „ABC” oczywiście nie był jedynym polskim narodowcem-rasistą o „niewłaściwym” pochodzeniu – tak samo jak Andrzejewski nie był jedynym homoseksualistą w środowisku skrajnej prawicy. Jednak dopóki nikt nie „obnosił” się ze swoją „innością”, dopóty można było trwać w swoistym zbiorowym wyobrażeniu o własnej „normalności”.
Pani Dmowska i męski naród
„Bierność! Otóż. Nie przerywam zanadto? Pozwolę sobie zatem wygłosić mały wykład. Są narody męskie i narody kobiece. Narody męskie – zdyscyplinowane i militarne, są zdobywcze z natury. W zgodzie ze swą naturą, ale też pracą i dyscypliną osiągnęły tak wysoki stopień cywilizacji, że chcą i mogą narzucić go innym narodom, z natury mniej zdyscyplinowanym, zdecydowanie niższym cywilizacyjnie. Polska od przeszło stu lat cierpi w niewoli. Dlaczego tak się stało? Gdyż naród polski jest kobiecy. Taki spowolniony naród, zależny z natury, skłonny szukać aliansów z silniejszym mocarstwem. Naród bierny i łagodny z natury” .
Wywód ten pochodzi z dramatu Księga Em Izabeli Morskiej (Filipiak), jednej z najważniejszych twórczyń współczesnej polskiej literatury lesbijskiej. Przytoczoną kwestię wypowiada Polityk – którego pierwowzorem był Roman Dmowski – w rozmowie prowadzonej z tytułowym Em, czyli Piotrem Odmieńcem Włastem młodopolskim literatem urodzonym jako Maria Komornicka. Choć scena ma charakter ironiczny, to świetnie ukazuje problem genderowych kategorii w percepcji narodowej.
Polityk odnosi się w sposób niezwykle negatywny do swoich rodaków. Kobiecość jawi się tu jako największa wada polskiego narodu. Płeć żeńska wydaje się więc „defektem” samym w sobie. Polityk ma esencjalistyczne podejście zarówno do kwestii ludzkiej płci, jak i wspólnotowości. Naród jest więc jeden i nie trzeba w nim żadnych „inności”. Natomiast dobry naród to naród męski. Choć scena odnosi się do postaci żyjących sto lat temu, to przedstawiona w niej nacjonalistyczna wizja zdaje się pokutować do dziś.
Kwestie Polityka wzorują się na wypowiedziach Dmowskiego publikowanych w jego książkach i artykułach głównie w XX w. Tekstem źródłowym wydają się z kolei Myśli nowoczesnego Polaka, gdzie autor zachwyca się „twardością”, „czynnym charakterem” – cechami w „endeckim imaginarium” przypisywanymi płci męskiej. Natomiast „bierność” i „pasywność” to cechy kobiece, złe cechy: „Pochodzi to stąd, że podstawą naszego charakteru jest bierność. Pozyskiwała nam ona już nieraz miano »narodu kobiecego«, a występowała dotychczas jako ogólna i stała wada nasza oraz zdawała się nieodłączną od naszego typu rasowego. W ostatnich wszakże czasach coraz więcej mamy sposobności przekonywać się, że nie jest ona ani tak stałą, ani tak nieodłączną od polskiego typu rasowego, że raczej jest ona wytworem historycznego typu naszych stosunków społecznych” .
Postawa Dmowskiego może budzić jednak duże wątpliwości, gdyż sam „męskim mężczyzną” nie był (chociaż na takiego do dziś jest kreowany). Nie chodzi tu nawet o to, że nigdy nie wziął ślubu, nie spłodził dzieci, nie bił się na wojnie, nigdy nie walczył w szeregach armii, nie wykazywał się siłą fizyczną i zdarzyło mu się nawet zostać publicznie pobitym przez chłopca na ulicach Warszawy. Dmowski był po prostu – stosując się do dychotomicznej koncepcji płci – „kobiecym mężczyzną”, a jednocześnie seksistą z mizoginistycznymi „ciągotami”.
Jak w swoich wspomnieniach pisze Izabela z Lutosławskich Wolikowska – autorka niezwykle przychylna endeckiemu ideologowi – Dmowski prezentował niezwykłą „delikatność”. W rozdziale Delikatność uczuć autorka opisuje dwie sceny: w pierwszej ukazuje „Pana Romana” jako świetną „gospodynię”, w drugiej zaś – czułego, wrażliwego opiekuna, który młodziutkiej wówczas narratorce musi przekazać wiadomość o śmierci bliskiej jej osoby:
„Było to w czasie, gdy [Dmowski – przyp. D.B.] bywał u nas dwa razy dziennie, więc do niego nie chodziliśmy prawie wcale, poza małymi przyjęciami, jakie urządzał dla przyjaciół, i których doglądał precyzyjnie, nie lekceważąc żadnych sposobności do kulinarnych pokazów wysokiej klasy. Gdy goście chwalili cieszył się, jak rzetelna pani domu i lubił pytać:
– No, co – pani Dmowska umie prowadzić dom, prawda? – Niezła z niej gospodyni!
A myśmy szczerze przyznawali mu rację. (…)
Pomimo mego przestrachu, od razu ogarnęło mnie wzruszenie wobec odruchu przyjaźni Pana Romana. Powiedział mi powoli, skupiony, co miał powiedzieć, a że ja nie mówiłam ani słowa, wziął moją rękę, chwilę ją trzymał jakby mnie odprowadzał do tego wyznanego nieszczęścia w inny świat, w ten świat silnej woli, do której we mnie w tej chwili apelował.
Odchodziłam prędko, a Pan Roman, widząc, że chusteczka, którą trzymam w ręku, jest mokra od łez, żywo zawołał:
– Poczekaj – przyniósł mi prędko dwie duże męskie chusteczki i znów delikatnością uczuć mnie zadziwił:
– A proszę mi nie zgubić moich chustek, to moje ulubione – mówił zmienionym zrzędzącym głosem, wyraźnie po to by mi choć na mgnienie dać pomyśleć o czymś innym” .
Postawa Dmowskiego może budzić jednak duże wątpliwości, gdyż sam „męskim mężczyzną” nie był.
Warto też dodać, że poza „opieką nad domowym ogniskiem” wielką pasją Dmowskiego było ogrodnictwo, wręcz uwielbiał obcować z naturą. Natomiast w kwestiach kontaktów międzyludzkich zdecydowanie najważniejszym typem prowadzonych przez niego relacji były zażyłe przyjaźnie z innymi mężczyznami o bliskich mu prawicowych poglądach. Przybierały one formy zbliżone do opisywanych wcześniej „romantycznych przyjaźni”. Na szczególną uwagę zasługuje jego burzliwa relacja ze Stefanem Żeromskim, wielkie długotrwałe przyjaźnie z Władysławem Reymontem oraz Ignacym Chrzanowskim czy też niezwykle emocjonalna znajomość z Marianem Kiniorskim.
Świat Dmowskiego był niewątpliwie światem mężczyzn – a po „obdarciu” z ideologicznej obudowy był światem na wskroś queerowym. Dlatego też – w mym prywatnym odczuciu – autor Myśli nowoczesnego Polaka pozostaje „wielkim nieobecnym” Dezorientacji.
Nasza obłuda
Polska literatura to literatura „odmienności” i „dziwactwa”. Usytuowana między Wschodem a Zachodem, kształtująca się w odwiecznej opozycji, gdzieś w nieustannym „pomiędzy”. Polska literatura zdaje się stawać okoniem między barbarzyńskim anapestem a klasycznym daktylem gładkiego, normowanego rytmu i zawieszać się w nieregularnych amfibrachach – w odwiecznych paroksytonach – bez ordynarnego dążenia do stabilizacji i jasnego określenia. Zresztą jej „paradygmatyczna”, najważniejsza do dziś formacja kształtowała się akurat w czasie, gdy Polski nie było na mapie, gdy tożsamość była niepełna, ograniczona, potrzebująca niedopowiedzeń czy też imaginacji.
Dlatego też jesteśmy kulturą „odmieńców” i „dziwaków”. „Inność” wydaje się wręcz inherentną cechą polskości. Jednakże im bardziej ową „inność” wypieramy, tym mocniej popadamy w narodową schizofrenię, często przeradzającą się w bolesną autodestrukcję.
Choć grubo ponad 90% ludu żyjącego na ziemiach polskich stanowili od dawien dawna chłopi, to dzięki długim dekadom bombardowania nas nacjonalistyczną propagandą dziś większość społeczeństwa uważa się za potomków szlachty i arystokracji.
Obłudzie „powszechnie uznawanych norm” podlega wszak nie tylko nasza sfera emocjonalna, uczuciowa, seksualna czy płciowa. Występuje ona nawet w taki istotnych kwestiach jak nasze pochodzenie. Choć grubo ponad 90% ludu żyjącego na ziemiach polskich stanowili od dawien dawna chłopi, to dzięki długim dekadom bombardowania nas nacjonalistyczną propagandą dziś większość społeczeństwa uważa się za potomków szlachty i arystokracji. Obłuda ta ujawnia się także w tak – zdawałoby się – trywialnych elementach naszej kultury jak kuchnia. Chcielibyśmy bowiem widzieć, jak Jan III Sobieski tuż przed wielką bitwą pod Wiedniem konsumuje schabowego z kapustą i ziemniakami, a po walce posila się „rdzennie polskimi” plackami ziemniaczanymi czy kurczakiem z rożna. Jednak nic takiego nie mogło mieć miejsca. Kotlet schabowy – czyli „Wiener Schnitzel dla »mniej zamożnych«” – to danie rozpropagowane w PRL, podobnie jak większość popularnych „polskich” potraw z drobiu, placki ziemniaczane to wytwór kuchni żydowskiej, natomiast istotna część „klasycznie polskich” dań z ziemniaków, kapusty, mąki czy ryżu to chłopskie, ubogie zamienniki bądź odpowiedniki mięsnych dań szlachty, na które obecnie większość z nas patrzyłaby z obrzydzeniem.
Gdy politycy i propagandyści straszą nas „innością” – czy to nienormatywnością seksualną, płciową, czy to odmiennością etniczną, religijną, czy to klasową (motłochem, chamstwem, nierobami na zasiłkach i 500 plus) – tak w rzeczywistości straszą nas naszym własnym lustrzanym odbiciem, jednakże gęsto spowitym oparami „miłościwie nam panującej” obłudy, przez którą nie udaje się nam rozpoznać własnych, rodzimych rysów.
pod red. Alessandra Amenty, Tomasza Kaliściaka, Błażeja Warkockiego Dezorientacje. Antologia polskiej literatury queer Wydawnictwo Krytyki Politycznej Warszawa 2021, s. 912