Widok na magiczną górę w Clayton, „słodko-zgniły” zapach Dzielnicy Francuskiej Nowego Orleanu, tajemnicze Salem i budynki Oxfordu – oto przestrzenie, które stanowiły inspirację wielu arcydzieł amerykańskiej literatury. Spacer tymi samymi ulicami co czytani przez nas autorzy i autorki, doświadczenie atmosfery ich miast pozwoliły mi na zupełnie nowe, świeże wejrzenie w ich twórczość.
Tennessee Williams i Bourbon Street
Na początku ikonicznego dramatu Tennessee’ego Williamsa Tramwaj zwany pożądaniem Blanche Du Bois wkracza do mieszkania swojej siostry i jej męża Stanleya Kowalskiego w Nowym Orleanie i oświadcza, iż powiedziano jej, żeby „wsiadła w tramwaj zwany Pożądaniem, potem w tramwaj na Cmentarz i po sześciu przystankach wysiadła na Polach Elizejskich!” (tłum. Jacek Poniedziałek). Nazwy przystanków wymienione przez Blanche mają w sztuce oczywiście wymiar symboliczny, ale odpowiadają też prawdziwej trasie linii tramwaju, który od 1920 r. przez prawie trzy dekady woził pasażerów od ul. Royal, przez całą Dzielnicę Francuską w Nowym Orleanie, aż po ul. Desire w położonej na wschód dzielnicy Bywater. Williams jeździł tym tramwajem nieraz. Przeprowadził się do Nowego Orleanu w 1938 r., w wieku 27 lat, i zakochał się w lokalnej bohemie od pierwszego wejrzenia. To tu wykiełkowały pomysły na jego najbardziej rozpoznawalne dramaty. Pięć lat później napisał Szklaną menażerię, autobiograficzną sztukę, której premiera na Broadwayu uczyniła go natychmiast gwiazdą amerykańskiego teatru, a zaraz potem potwierdził swój status właśnie Tramwajem zwanym pożądaniem, za który w 1947 r. otrzymał Nagrodę Pulitzera.
Gdy Williams przyjechał do Luizjany, miał za sobą kilka średnio udanych prób dramatopisarskich, był jednak uzbrojony w nieustępliwą ambicję oraz niewielkie pieniądze z grantu Fundacji Rockefellera, które dawały mu chwilowe utrzymanie. Williams zatracił się więc w niezwykłej atmosferze miasta – w imprezach odbywających się w szemranych przybytkach na Bourbon Street, w domach publicznych, w koncertach jazzowych, w wystawach i spotkaniach, których w Nowym Orleanie było zatrzęsienie. Miasto kipiało wyjątkową nawet dla USA mieszaniną przeróżnych kultur: francuskiej, hiszpańskiej i karaibskiej, mieszających się w dusznym i gorącym klimacie Luizjany.
Faktycznie, decyzja o tym, by osiąść w Nowym Orleanie, była kluczowa dla kariery dramatopisarza – gdy mieszkał w Dzielnicy Francuskiej, wybrał dla siebie pseudonim literacki „Tennessee Williams” (co ciekawe, wcześniej krótko rozważał też „Valentine Xavier”) i to pogmatwane koleje życia mieszkańców Dzielnicy stanowiły dla niego często bezpośrednią inspirację pisarską.
Doświadczenia Nowego Orleanu były też kluczowe dla kształtowania się jego queerowej tożsamości. Choć kariera Williamsa pchała go potem do Nowego Jorku, na Broadway, ochrzcił on Nowy Orlean mianem swojego „duchowego domu”, do którego zawsze wracał – i fizycznie, i w swojej twórczości.
Życie młodego twórcy orbitowało wokół centrum Nowego Orleanu. W wierszu Mornings on Bourbon Street (Poranki na Bourbon Street) wspomina on „słodko-zgniły” zapach Dzielnicy Francuskiej i pierwsze promienie słońca, rozproszone przez parującą wilgoć. Na te wspomnienia, gdy słynna centralna ulica Dzielnicy Francuskiej budzi się powoli do życia po ekscesach minionej nocy, cisną mu się do ust tylko słowa: „miłość, miłość, miłość”. Williams kochał przestrzeń, zapachy, smaki i dotyk ulic centrum Nowego Orleanu – i historie, które mu one podsuwały. Pisarz mieszkał cały czas w promieniu mniejszym niż 300 m od Bourbon Street: najpierw na 431 Royal Street, a potem na 723 Toulouse Street. Tą ostatnią lokalizacją Williams posłużył się, pisząc w 1977 r. sztukę Vieux Carré. Bezimienny pisarz przyjeżdża w niej do Nowego Orleanu i wynajmuje pokój w domu, którego pozostali mieszkańcy są prześladowani przez przeszłość, niemoc i widmo śmierci. Z kolei w opowiadaniu In Memory of Aristocrat (Ku pamięci arystokratki) napisanym w 1940 r. Williams zawarł historię Irene, inspirowaną życiem autentycznej mieszkanki Dzielnicy Francuskiej, którą poznał niedługo po przyjeździe do miasta. Była ona absolwentką malarstwa z Nowego Jorku, a po przeprowadzce na Południe, do Nowego Orleanu, aby móc tworzyć obrazy i związać koniec z końcem, musiała utrzymywać się, pracując jako prostytutka. W swoich opowiadaniach i dramatach autor Tramwaju zwanego pożądaniem romantyzował sex working w Dzielnicy Francuskiej, łącząc go nierozerwalnie z duchem wolnościowej bohemy, którym się zachłysnął. To w orbicie tej wolności, tak przeciwstawnej konserwatyzmowi Południa USA, pisarz widział nową, artystyczną „arystokrację” regionu. Podobny motyw – tylko że w kontekście męskiego sex workera – widać w opowiadaniu Jednoręki. Opisuje on tam historię boksera, który po stracie ręki pracuje na ulicach Dzielnicy Francuskiej. Jego wysportowane ciało, ale też specyficzny dystans do klientów, wywołują u nich niezwykle reakcje emocjonalne.
W późniejszym okresie Williams przeprowadził się m.in. na 708 Toulouse Street, do stancji, z której, jak piszą Kenneth Holditch i Richard Leavitt w książce Tennessee Williams and the South (Tennessee Williams i amerykańskie Południe), został w atmosferze skandalu „wydalony na skutek pewnego incydentu z żeglarzami”. Nie wiadomo dokładnie, co tam zaszło, ale to niedopowiedzenie pobudza wyobraźnię bardziej niż najbardziej pikantna anegdota. Gdy odwiedziłem Nowy Orlean, miałem okazję porozmawiać z nowym właścicielem ostatniego domu Williamsa na Dumaine 1014, kupionego od dramatopisarza na rok przed jego śmiercią w 1982 r., gdy twórca zmagał się nieustannie z wewnętrznymi demonami – uzależnieniem od leków i od alkoholu. Obecny właściciel zostawił basen i ogród w niezmienionym stanie. Mówił, że po 40 latach w budynku jest wciąż wyczuwalny duch Williamsa. Na zewnętrznej ścianie widnieje tablica pamiątkowa – zresztą podobna jak na wielu innych budynkach w Dzielnicy. Już ich liczba stanowi dowód ścisłej symbiozy między amerykańskim dramatopisarzem a Nowym Orleanem.
Lillian Smith i Krzycząca Góra
Lillian Smith zapisała się w historii krytyki społecznej amerykańskiego Południa jako jeden z najostrzejszych białych głosów sprzeciwiających się segregacji rasowej, nierównościom społecznym i opresyjnemu patriarchatowi. Swój sprzeciw wobec istniejącego stanu rzeczy Smith wyrażała, publikując opowiadania i eseje, a także prowadząc działalność edukacyjną dla kobiet. W szczególności jej powieść Strange Fruit (Dziwny owoc) wydana w 1944 r. stanowiła bezkompromisową krytykę południowego rasizmu – opowiadała historię tragicznego romansu białego mężczyzny i czarnoskórej kobiety, który w świetle ówczesnego prawa rasowego był przestępstwem. Czyniąc z międzyrasowego romansu temat książki, Smith naruszyła istotne tabu społeczne i wywołała skandal. Pod jej adresem posypały się listy z pogróżkami, a sama książka została zakazana w Bostonie i w Detroit, zaś poczta amerykańska odmawiała jej przesyłania czytelnikom. Bezkompromisowość głosu Smith oraz jej krytyki społecznej stanowiła wypadkową środowiska, w którym się wychowała, i przestrzeni, którą w późniejszym etapie życia wykreowała dla siebie i innych.
Urodzona na Florydzie Smith dorastała w czasach, gdy niemal wszystkie aspekty rzeczywistości amerykańskiej były podzielone zgodnie z regułą ustanowioną wyrokiem Sądu Najwyższego USA z 1897 r., wedle którego biali i czarni obywatele mają „żyć osobno, ale równo”. W praktyce ten haniebny wyrok sankcjonował narastającą nierówność społeczną, zezwalał na przemoc oraz brak odpowiedniego dostępu do szkół i środków użytku publicznego dla czarnoskórych Amerykanów. Smith urodziła się w bogatej, białej rodzinie, a jej ojciec był właścicielem dużej przędzalni bawełny. Uprzywilejowane pochodzenie czyniło z niej nietypową kandydatkę na bojowniczkę o równość rasową i społeczną. Jednak dla Smith codzienność tej opresyjnej rzeczywistości – jak potem pisała w swojej autobiograficznej książce Killers of the Dream (Mordercy snu) – była dla niej problematyczna, już gdy dorastała. Rasistowskie normy zachowania, które usiłowali wpoić jej rodzice, stały się jednak w pełni widoczne dopiero, gdy powróciła z długiego pobytu w Chinach, gdzie pracowała jako nauczycielka muzyki. Krótki okres emigracji pozwolił jej spojrzeć na politykę społeczną amerykańskiego Południa z zewnątrz i dostrzec głębokie pokłady hipokryzji i przemocy obecne we wszystkich aspektach rasistowskiej kultury regionu. Znalezienie kanałów pozwalających na ekspresję krytyki było dla niej potrzebą serca i sumienia, ale też ciągłym problemem: „Jak mam mówić, aby mnie usłyszano?” – pisała w pamiętniku.
W 1920 r. rodzina pisarki wyprowadziła się z Florydy. Ojciec Smith zdecydował o przeprowadzce do miasteczka Clayton w Georgii, gdzie na zakupionym przez siebie gruncie zaczął organizować letnie obozy dla dziewcząt. Posiadłość położona w środku lasu, nieopodal majestatycznej The Screamer Mountain i Gór Błękitnych w łańcuchu Appalachów, nadawała się do tego wyśmienicie. Pięć lat później Smith przejęła organizację obozów, które prowadziła przez kolejnych 20 lat – na późniejszym etapie wspólnie ze swoją partnerką Paulą Snelling. Pisarka zmieniła całkowicie charakter warsztatów i spotkań, czyniąc z nich bezpieczną, egalitarną przestrzeń dialogu, w ramach której uczestniczki mogły rozmawiać o wychowaniu seksualnym, równouprawnieniu i prawach reprodukcyjnych. Otoczenie lasu, gór i wodospadów stało się tłem nie tylko do aktywności sportowej, ale też dało szansę na zawiązanie siostrzanej wspólnoty dyskusji o empatii i niwelowaniu różnic społecznych. W domu Smith (obecnie pod opieką centrum pamięci pisarki działającego przy Piedmont College), obok rzeczy osobistych, w oryginalnych kopertach są przechowywane dziesiątki listów od uczestniczek obozów, które przez wiele lat zdawały Smith sprawozdania z tego, jak mocno prowadzone przez nią dyskusje i warsztaty wpłynęły na ich życie. Lektura listów pozwala zrozumieć skalę wpływu przestrzeni wygenerowanej przez Smith na rozwój wolnościowego myślenia w regionie, gdzie konserwatywna kultura twardo opierała się wszelkim próbom reform społecznych.
Smith jest pochowana nieopodal domku, pośród drzew, w miejscu gdzie dawniej stała świetlica obozu dla dziewcząt. Pisarka zmarła w 1966 r. po długiej walce z rakiem, w której wspierali ją jej liczni przyjaciele. Gdy Martin Luther King Jr. został prowokacyjnie zatrzymany przez policję w 1960 r. i dopiero interwencja kandydującego wówczas na prezydenta Johna F. Kennedy’ego doprowadziła do jego zwolnienia, wiózł on Smith na kolejną chemioterapię. Widok czarnoskórego kierowcy i białej pasażerki był dla pochodzących z Południa policjantów tak podejrzany, że zdecydowali się zatrzymać samochód i zorientowawszy się, że mają przed sobą jednego z liderów ruchu praw obywatelskich, rozpoczęli interwencję, której echa wpłynęły na wygraną Kennedy’ego w wyborach. Potem Martin Luther King wielokrotnie nawiązywał do Smith jako do jednej z kluczowych orędowniczek równości społecznej w USA, wymieniając ją m.in. w słynnym Liście z więzienia Birmingham. Na kamieniu pamiątkowym przy grobie Smith widnieje napis głoszący, że śmierć może co najwyżej zabić człowieka, jednak nie może zakończyć ludzkiego życia – to bowiem trwa w pamięci.
W samym domku pisarki zwracają uwagę duże biurko, maszyna do pisania oraz pięknie oprawiony egzemplarz Wołania o prawa kobiety Mary Wollstonecraft. Na półkach z książkami z kolei pełno jest różnych wydań dzieł Freuda. Smith fascynowała się psychoanalizą i wejrzeniem, jakie dawała ona w ludzkie pragnienia i działania – zwłaszcza w regionie, gdzie polityka kulturowa bazowała na uprzedzeniach i emocjonalnej represji. Czytała Freuda z uczestniczkami obozów i nawiązywała do niego często w swoich esejach.
Integralną częścią niewielkiego domku jest przestronny taras z widokiem na las i magiczną The Screamer Mountain. Nazwa olbrzymiej góry związana jest z czirokeską opowieścią o kobiecie, która spędziła na niej całą noc, krzycząc w proteście przeciw wysiedleniu plemion indiańskich z Georgii w 1838 r.
Tu szczególnie Smith lubiła czytać. Od kilku lat Centrum Lillian Smith prowadzi w Clayton program rezydencji literackiej, dając laureatom konkursu możliwość czasowego zamieszkania w domu pisarki pośrodku lasu. W czasie mojej wizyty na tarasie pracowała początkująca nowojorska dramatopisarka. Wyjaśniała, dlaczego widok góry jest dla niej tak istotny – wszak na tę samą górę patrzyła 70 lat temu autorka Strange Fruit. Może to myśląc o genezie nazwy góry, Smith była w stanie tak podnieść swój głos, że pomimo początkowych obaw jej wolnościowy przekaz trafił do rzeszy ludzi?
Nathaniel Hawthorne i Dom o Siedmiu Szczytach
The House of the Seven Gables stanowi obowiązkowy punkt na mapie turystycznej Nowej Anglii. Nie tylko ze względu na to, że jest jednym z najstarszych kolonialnych budynków zarówno w samym mieście Salem, jak i w całym stanie Massachusetts. Jak stwierdził David Moffat, historyk pracujący w muzeum House of the Seven Gables, posiadłość można określić mianem „pierwszego postmodernistycznego domu. Budynku inspirowanego fikcją, którą zainspirował budynek”. W 1851 r. amerykański pisarz Nathaniel Hawthorne wydał powieść gotycką Dom o siedmiu szczytach, której akcja osadzona jest właśnie w historycznej posiadłości, a po kilkudziesięciu latach to popularność książki pozwoliła ocalić dom przed ruiną i zdefiniowała jego kształt.
Choć na pewnym etapie The House of the Seven Gables był w posiadaniu odległych krewnych Hawthorne’a, sam pisarz nigdy w nim nie mieszkał – urodził się w innej posiadłości na Union Street, oddalonej o niecały kilometr. W 1958 r. dom rodzinny Hawthorne’a został przecięty na pół i przeniesiony w bezpośrednie sąsiedztwo The House of the Seven Gables, tak że teraz obydwa budynki znajdują się tuż koło siebie – a w domu rodzinnym pisarza zostały zachowane i odrestaurowane jego prywatne meble i rzeczy, m.in. piękne mahoniowe biurko i rodzinna szachownica. Zwiedzanie obydwu budynków położonych tuż nad brzegiem oceanu, otoczonych pięknym ogrodem różanym, jest więc podróżą w przeszłość i prowadzi odwiedzających przez trzy stulecia historii Salem. Dla Hawthorne’a to poczucie historii wiązało się jednak z ciężarem winy i dogłębnym niepokojem, który odczuwał, myśląc o czasach, gdy The House of the Seven Gables został zbudowany.
Salem jest kojarzone na całym świecie przede wszystkim ze słynnym „procesem o czary” z 1692 r. Wydarzenie to na dobre i na złe zdefiniowało tożsamość miasta.
Obecnie szał zakupów gadżetów związanych z Halloween zaczyna się w Salem już we wrześniu i trwa do końca grudnia, a samo miasto stało się amerykańską mekką kultury gotyckiej, przyciągając rzesze ubranych na czarno turystów.
Warto jednak pamiętać, że geneza tej lokalnej kultury wiąże się z tragiczną śmiercią 19 osób, głównie kobiet, powieszonych za rzekome praktykowanie magii i kontakty z nieczystymi siłami. Dziesiątki innych oskarżonych straciło reputację i majątek. Samonapędzająca się machina paniki oraz oskarżeń spowodowała eskalację kryzysu do niespotykanych w koloniach rozmiarów, pokazując, jak podsycony religią i uprzedzeniem strach staje się źródłem wykluczenia oraz przemocy. Amerykański dramaturg Arthur Miller pokazał psychologiczną złożoność tych procesów w sztuce Czarownice z Salem, która w jego zamyśle stanowiła alegorię kryzysu społecznego wywołanego przez makkartyzm.
Jednym z sędziów podpisujących wyroki w procesie był przodek Nathaniela Hawthorne’a – sędzia John Hawthorne, pochowany na cmentarzu nieopodal The House of the Seven Gables, zaraz obok współczesnego memoriału upamiętniającego ofiary procesów. Świadom mrocznej przeszłości swojej rodziny Nathaniel w swoich opowiadaniach i powieściach starał się rozliczyć purytańską społeczność z jej grzechów. Widać to mocno czy to w jego słynnej powieści Szkarłatna litera, ukazującej hipokryzję i krótkowzroczność teokratycznej społeczności, czy w opowiadaniu Młody Goodman Brown, gdzie wszyscy bogobojni mieszkańcy purytańskiego miasteczka okazują się należeć do sabatu. Motyw polowania na czarownice obecny jest też w samej powieści Hawthorne’a Dom o siedmiu szczytach, gdzie fałszywe oskarżenia o czary są doskonałą metodą pozbywania się niewygodnych konkurentów w biznesie.
The House of the Seven Gables w początkowo niepełnej formie powstał jeszcze przed procesami, w roku 1668. Wybudowany został przez bogatą rodzinę kupców, którzy handlowali cukrem używanym do produkcji rumu. Gdy po trzech pokoleniach interesy rodziny pierwszych właścicieli podupadły, dom kupili Ingersollowie spokrewnieni z Hawthorne’ami. Plątanina pokoi, zakamarki, schowki i dobudowane później „sekretne” przejście za jedną ze ścian, które było pozostałością po przeróbkach i rozbudowach domu, inspirowały przyszłego pisarza od młodych lat. Często oglądał budynek z zewnątrz i od środka. Gdy na początku XX w. dom ponownie zmienił właścicieli, Caroline O. Emmerton zaciekawiła się tym, że do posiadłości przychodzą obcy ludzie, pytając o pamiątki i dopytując o możliwość obejrzenia wnętrza. Zaczęła więc prosić o drobną opłatę za wstęp, a po pewnym czasie odrestaurowała dom, dodała na podwórku m.in. studnię, której nie było w oryginalnym planie posiadłości, obecną za to w fabule książki. Tym samym Emmerton zaczęła powolną transformację The House of the Seven Gables w przyszłe muzeum, które obecnie upamiętnia nie tylko samą historię posiadłości i całego Salem, ale też siłę sprawczą fikcji literackiej do podtrzymywania pamięci i inspirowania wyobraźni.
William Faulkner i Dąb Jarzębinowy
W roku 1930 William Faulkner miał już za sobą prawie 20 opublikowanych opowiadań i cztery powieści, a premierę kolejnej – As I Lay Dying – planował na jesień. Dla przyszłego noblisty nastąpił więc moment stabilizacji. Poczuł, że jego dochody są na tyle stabilne, iż może pomyśleć o zakupie nowego domu rodzinnego. Wybór Faulknera miał wymiar symboliczny. Nabył on posiadłość wybudowaną w Oxford w stanie Missisipi jeszcze przed wojną secesyjną i nazwał ją Rowan Oak, nawiązując do szkockiego przesądu, że jarzębina daje bezpieczeństwo i pokój. Dom stał się dla Faulknera więcej niż tylko posiadłością – okazał się osobistym projektem, przebudowywanym i trzymanym w specjalnej estetyce przez dwie dekady, zaś jego rozbudowa związana była ze stylem życia, który pisarz chciał prowadzić, i z tym, jak postrzegał swoje miejsce w kulturze regionu.
Przytłaczająca większość opowiadań i powieści Faulknera osadzona jest w mieście Jefferson, w fikcyjnym hrabstwie Yoknapatawpha. Zderzają się tam przestrzenie teraźniejszości i historii, ukazując nierozwiązywalne paradoksy i konflikty społeczne Południa. W tej dusznej atmosferze Faulkner udowadnia, że w Missisipi „przeszłość nigdy nie umiera, właściwie nawet nie jest przeszłością”. Jefferson to jednak nie tylko wytwór wyobraźni pisarza. Fikcyjna przestrzeń powieści bazuje na topografii prawdziwego miasta Oxford. Historycy z Ole Miss (jak nazywa się potocznie University of Mississippi) byli w stanie powiązać poszczególne budynki z Oxfordu z niemal wszystkimi fikcyjnymi przestrzeniami Jefferson. I dzięki tym wysiłkom wiemy m.in., który dom zainspirował Faulknera do stworzenia przypominającej mauzoleum posiadłości w opowiadaniu Róża dla Emilii. Spacerując po ulicach Oxfordu, przechadzamy się po lustrzanych przestrzeniach wyobraźni pisarza.
Sama posiadłość Rowan Oak i otaczający ją las Bailey’s stanowiły świat w świecie. Faulknerowi zależało, żeby dom świadczył o jego statusie przedstawiciela wyższej klasy społecznej na Południu. Podobnie jak jego zamiłowania jeździeckie czy słabość do drogiej whiskey dobrej jakości. Koszty podobnego trybu życia były jednak spore. Dlatego dwa lata po zakupie Rowan Oak Faulkner zaczął pisać scenariusze dla Hollywood, aby móc podtrzymać swój styl życia. Sam Rowan Oak był też dla niego inspirującym miejscem pracy, gdzie konsolidowały się jego pomysły twórcze. Dean Faulkner Wells, siostrzenica pisarza, wspominała, że „w domu była tylko jedna zasada, że gdy słychać było odgłos pisania na maszynie, trzeba było chodzić na palcach”. Na jednej ze ścian zaś widoczny jest nadal nakreślony ołówkiem plan powieści Bajka za którą w 1955 r. otrzymał Nagrodę Pulitzera. Dziś Rowan Oak jest własnością uniwersytetu i znajduje się tam muzeum Faulknera. W pokojach zachowane są meble, książki i sprzęty pisarza oraz maszyna do pisania, na której pisał scenariusze filmowe.
Faulkner pochowany jest na cmentarzu w Oxfordzie, we wspólnym grobowcu ze swoją żoną Estellą. Odwiedzający miasto fani jego prozy często przychodzą nocą na cmentarz wznosić toasty na jego cześć, wylewając co drugiego shota whiskey na grobowiec. Wśród uczestników konferencji faulknerowskiej organizowanej od parędziesięciu lat na Ole Miss panuje tradycja, że każda osoba wnosząca toast nad grobem na podobnym nocnym zgromadzeniu musi wyrecytować fragment powieści Faulknera. Przywoływane z pamięci cytaty nie mogą się powtarzać. Co ciekawe, płyty nagrobne Faulknera i jego żony wykonane są z dwóch różnych typów kamienia, różniących się tempem absorpcji wody. Rozlana whiskey szybciej znika po stronie grobu, gdzie leży ciało Faulknera, co – jak wyjaśnia Pip Gordon, badacz twórczości pisarza – stało się podstawą żartu, że duch Estelli, przykładnej południowej damy, nie spożywa alkoholu publicznie.
Turystyka związana z Faulknerem i Rowan Oak wpłynęła na postrzeganie miasta Oxfordu i przyczyniła się do rozwoju jego reputacji jako jednego z najważniejszych centrów kultury na Południu. Nie jest to jednak tylko kwestia samego Faulknera. Pat Conroy nazwał Oxford „Watykanem pisarstwa amerykańskiego”, a obiegowe powiedzonko głosi, że na centralnym placu nie da się zakręcić martwym kotem, nie uderzając przy okazji przynajmniej jednego pisarza. I rzeczywiście, lista autorów i autorek kojarzonych z miastem jest spora, od Johna Grishama i Williego Morrisa po Richarda Forda i Ann Fisher-Wirth. Zresztą, jak przyznała kiedyś w wywiadzie pochodząca z Missisipi laureatka Pulitzera Natasha Trethewey, każda osoba, która w tym stanie USA podejmuje próby pisarskie – bez względu na kolor skóry i praktykowany rodzaj literatury – musi skonfrontować się na którymś etapie w ten czy inny sposób z duchem Faulknera. Oxford jest doskonałym przykładem tego, jak bardzo przestrzeń i związana z nią tradycja pisarska kształtują całe pokolenia twórczyń i twórców – czy tego chcą, czy nie. Literatura wypełnia przestrzeń, a przestrzeń inspiruje literaturę.
Materiały do artykułu zostały zebrane w trakcie stypendium Fulbrighta w 2022 r.