Subskrybuj
Ilustracje: Sonia Dubas-Kolanowska / fot. Michał Woźniak/East News
Ilustracje: Sonia Dubas-Kolanowska / fot. Michał Woźniak/East News
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

Wielkie Jabłko intymnie

Spośród wielu Nowych Jorków, jakie są do dyspozycji, trzeba któreś wybrać, a któreś odrzucić. Nie da się mieć wszystkich naraz i jednakowo intensywnie. Przy czym kiedy sięgamy po literackie wizerunki, nieuchronnie wybieramy Nowy Jork, którego już nie ma.

Ewentualnie – który trwa w pozostałościach, fragmentach, śladach. Trzeba wszakże pamiętać, że literacki obraz miasta – tego czy innego – nigdy się nie dezaktualizuje. Jeśli mówię, że danego Nowego Jorku już nie ma, to w tym znaczeniu, że przeprowadzenie prostego porównania (czy to, co opisane, nadal jest w tym samym miejscu, czy miasto wciąż pozostaje „mekką artystów”, jak wygląda dzienne, a jak nocne życie w poszczególnych dzielnicach itd.) zazwyczaj zawodzi. Natomiast każdy literacki Nowy Jork pozostaje aktualny, bo nie przestaje być składową czegoś, co nazywamy „duchowym życiem” czy – bardziej efektownie – „duchową substancją” miasta. Każde miasto rośnie nie tylko dzięki inwestycjom, lecz również dzięki temu, jak jest przeżywane i opowiadane. Zbiornik pod nazwą „duchowa substancja miasta” nigdy się nie przepełnia, zachowuje wszystko, co weń wrzucono; jedne rzeczy unoszą się na powierzchni, innych można dosięgnąć, tylko jeśli zechcemy zanurzyć się głębiej. Ale nic nie przepada. W każdej chwili możemy zeń wydobyć to, co wyda się nam interesujące, adekwatne czy zachwycające, jak – w przypadku Nowego Jorku – wspaniałe komiksy Willa Eisnera czy równie wspaniałe poetyckie miniatury Charlesa Reznikoffa.

Reznikoff mieszkał w Nowym Jorku przez niemal całe swoje przeszło 80-letnie życie.

Przyszedł na świat pod koniec wieku XIX jako syn żydowskich imigrantów z Rosji. Do szkół chodził na Brooklynie, ukończył prawo w New York University Law School, jednak jako prawnik praktykował krótko. Opublikował kilkanaście książek z wierszami, większość własnym sumptem, nie doczekawszy się za życia uznania, na jakie zasługiwał. Mimo to wyznał kiedyś, że jest szczęśliwy, bo mimo kłopotów materialnych mógł przez lata zajmować się dwiema ulubionymi czynnościami: spacerowaniem i pisaniem. Owocem długich spacerów i obserwacji poczynionych w parkach, kawiarniach i metrze są krótkie na ogół, niekiedy wręcz jednowersowe utwory, które składają się na niezwykły portret rodzinnego miasta. Nowy Jork jest tu widziany „od dołu”, w zbliżeniach, scenkach, które nawet trudno nazwać rodzajowymi, tak bardzo wydają się ulotne i – z pozoru – nieważne. Piotr Sommer, który Reznikoffa do polszczyzny kongenialnie przenosi, użył w odniesieniu do niektórych z tych miniatur słowa „westchnienia”, chyba najlepszego, jakie mogłoby w tym kontekście przyjść komukolwiek do głowy. Przedmiotem „westchnień” bywają nie tylko zaobserwowani przechodnie, ale też zwierzęta i rośliny, światła i dźwięki miasta. Oto trzy przykłady (dwa pierwsze nie mają tytułu, ostatni nosi tytuł Mżawka; wszystkie oczywiście w przekładzie Sommera). Pierwszy nietypowy:

„Widziałem jak na Brooklyńskim Moście umarł człowiek.
Znaczyło to tyle samo, ile śmierć wróbla.
Nad nami rósł Manhattan;
niżej sunęła rzeka, by spotkać się z morzem i niebem”.

Nietypowy, gdyż rzadko u Reznikoffa pojawia się plan aż tak szeroki. Na ogół mamy coś takiego:

„Domokrążca, który wędruje od sklepu do sklepu,
usadowił się w ciemnym przejściu na schodach
z koszem pełnym jabłek, i wdycha ich zapach”.

Albo:

„W rzece pomiędzy fabrykami wiją się smary.
Holowniki wloką swoje flaki z dymu jak rozdeptane żuki”.

Zwróćmy uwagę na dwa charakterystyczne elementy. Pierwszy to powtarzające się analogie między światem ludzkim i zwierzęcym. A nawet więcej niż analogie – Reznikoff jest bowiem poetą prawdziwie demokratycznym. W jego Nowym Jorku wszyscy mieszkańcy, zwierzęcy i niezwierzęcy, są równi, nikt tu nie jest „wyżej” ani „niżej”. Każdy ma prawo do jednakowego zainteresowania i szacunku, wszyscy bowiem dzielą ten sam los. Ale na uwagę zasługuje także sposób, w jaki ujmuje się tu biedę i cierpienie. Nie można powiedzieć, że Reznikoff jest delikatny („wloką swoje flaki”), nie można też jednak powiedzieć, że jest okrutny. Pierwszy z przywołanych wierszy zawiera aluzję do ewangelicznego: „cenniejsi jesteście niż wróble”; takich biblijnych aluzji jest u poety mnóstwo, co oczywiście każe w nim widzieć kogoś, kto równolegle prowadzi polemikę o zasadniczym znaczeniu. Nowy Jork nie jest bynajmniej u niego molochem, choć ów bezosobowy, rosnący w górę („nad nami”) Manhattan zdawałby się coś podobnego sugerować. Jest natomiast miejscem, w którym cierpienie staje się czymś powszechnym, przy tym też – powszechnie ignorowanym. Można powiedzieć – idąc bardzo na skróty – że poeta w pewien sposób broni miasta przed nim samym. Jest przy tym dyskretny, bynajmniej nie oskarżycielski, na pewno współczujący i z lekka, sympatycznie, ironiczny.

O ile bohatera wierszy Reznikoffa można nazwać niespiesznym przechodniem, o tyle bohater Franka O’Hary na ogół pędzi na umówione spotkanie albo w pośpiechu załatwia na mieście różne sprawy.

Jego poezja jednak – jeśli patrzeć na nią od strony nas interesującej, czyli obrazu miasta – jest przykładem oryginalnego połączenia pośpiechu i uważności. „Rytmy O’Hary przypominają odgłosy taksówek krążących po ulicach Nowego Jorku – pisał przyjaciel poety Bill Berkson.  – Nie trzeba znać tego miasta ani żadnego nowojorczyka, żeby to wychwycić – wiersze Franka wyraziście oddają zawrotny wir Nowego Jorku” (tłum. Hanna Cieplińska). Równocześnie roi się w nich od szczegółów topograficznych, zarejestrowanych wrażeń, zaobserwowanych scen czy obudzonych wspomnień.

O’Hara, młodszy od Reznikoffa o przeszło trzy dekady, zamieszkał w Nowym Jorku na początku lat 50. i aż do śmierci w 1966 r. pracował w Museum of Modern Art. Jest uważany za jednego z czterech głównych przedstawicieli tzw. szkoły nowojorskiej (obok Johna Ashbery’ego, Kennetha Kocha i Jamesa Schuylera). Z Reznikoffem łączy go poetycki demokratyzm i upodobanie w różnorodności, której miasto nad rzeką Hudson było i wciąż chyba jest kwintesencją. Nowy Jork O’Hary jest gwarny, dynamiczny, wielokolorowy, a równocześnie intymny – jest przede wszystkim miastem relacji. Znakomicie widać to w słynnym wierszu O krok od nich. Kim są tytułowi „oni”? Początkowo można odnieść wrażenie, że chodzi o ludzi napotkanych w trakcie spaceru: robotników jedzących lunch, kobiety, których spódnice unosi podmuch metra, czy koty baraszkujące wśród trocin. W pewnym momencie jednak w wierszu niespodziewanie zjawiają się zmarli; dzieje się to tak naturalnie, że przejście od tego, co obserwowane, do tego, co wspominane, jest niemal niezauważalne. Oto końcowy fragment (także w przekładzie Piotra Sommera):

„Wstępuję na cheeseburgera do JULIET’S
CORNER. Giulietta Massina, żona
Federico Felliniego, é bell’ attrice.
I na słodowe kakao. W taki dzień
jakaś pani w lisach wsadza pudla
do taksówki.
W alei jest dzisiaj trochę
Portorykańczyków, dzięki czemu
robi się ładnie i ciepło. Najpierw
zmarła Bunny, później John Latouche,
potem Jackson Pollock. Ale czy ziemia
jest tak pełna, jak pełne ich było życie?
Podjadło się i idzie się dalej,
mijając pisma pełne nagich ciał
i plakaty anonsujące WALKĘ BYKÓW i
wielki Skład Towarów na Manhattanie,
który wkrótce rozbiorą. Kiedyś
myślałem, że Armory Show się odbył
tutaj.
Szklanka soku z papai
i z powrotem do pracy. Moje serce jest
w kieszeni, to Wiersze Pierre’a Reverdy”.

Wydaje się, że wiersz powinien się rozpaść od nadmiaru szczegółów.

A jednak tak się nie dzieje – tak jak i miasto nie rozpada się, choć przybywa mu mieszkańców. O’Hara nie tylko starannie dobiera owe szczegóły, nie tylko zaprowadza wśród nich swoisty porządek, ale też z pomocą jednego czy drugiego zdania pokazuje, co jest prawdziwym spoiwem jego wizji: to intensywność, z jaką odczuwana jest obecność i nieobecność innych. Tak należy chyba rozumieć wzmiankę o Portorykańczykach, bez których na ulicy nie byłoby tak „ładnie i ciepło”. I następujące zaraz po niej wspomnienie o zmarłych przyjaciołach, przechodzące w pytanie (westchnienie?), czy życie tak bogate i pełne będzie jeszcze kiedykolwiek możliwe.

Polskie poetyckie Nowe Jorki mają naturalnie inny charakter. Choć i wśród nich znaleźć możemy udane próby intymizacji tego wielkiego miasta. Tak jest w kilku amerykańskich wierszach Mirona Białoszewskiego i jego poetyckiej prozie AAAmeryka. Wizytując Nowy Jork jesienią 1982 r., poeta szuka przede wszystkim tego, co daje się oswoić, sprowincjonalizować. Z jednej strony „bryły jak z wielkiej bajdy”, „szczyty Manhattanu”, z drugiej – domy, ulice i place „jak w Sieradzu”, „jak w Przasnyszu”, „jak przed wojną w Warszawie na Nalewkach”. „Nie trzeba ulegać sensacjom wysokości”, wystarczy przyjąć inną perspektywę, przeskalować to, co przytłacza swym ogromem. W Ameryce jak gdzie indziej – głosi tytuł jednego z wierszy. Nieco odmienny sposób poradzenia sobie z Nowym Jorkiem wybiera Julia Hartwig. Zamiast „pomniejszania” tego, czego objąć nie sposób, rozbija obraz na pojedyncze kadry. Najdoskonalej robi to w wierszu zatytułowanym W podróży (omawiałem go na łamach „Znaku” w nr. 796. z września 2021 r.), gdzie poszczególnym obserwacjom towarzyszy gest zwielokrotnienia, sprawiający, że wszystko, na co patrzą oczy poetki, staje się ambiwalentne – już to konkretne, już to mechanicznie powielone. Znajdziemy również u niej szereg obrazków przypominających nieco bardziej rozbudowane zapisy Reznikoffa. Jak choćby ten napisany w 1986 r. i noszący tytuł Szczęście. Czy gdyby nie wzmianka o East River, wiedzielibyśmy, że to Nowy Jork?

„Niedzielne popołudnie
Nad East River szara siatka nieba
i kołujące mewy
Stara kobieta siada na ławce
wpierając w ziemię pięty sztywno wyciągniętych nóg
Błogość Niedziela szybuje jak motorówka
prósząc światłem srebrzyście
Murzyn w kapeluszu się gniewa
Liza zawsze upuści coś na ziemię
i teraz trzeba zbierać rozrzucone wśród liści
klucze notes szminki
Stara kobieta drzemie z otwartymi oczami
Widok rzeki i przechodzących ludzi
zapada w nią jak w zapomnianą skrzynkę pocztową
Ach jaka błogość
Niczego się nie boi nigdzie się nie spieszy
wiatr rozwiewa łagodnie jej siwe włosy nad czołem”.

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku