Subskrybuj
Ilustracja: Paweł Ponichtera
Dziennikarka w ASZdziennik.pl, memiara, slamerka. Finalistka 18. Edycji Połowu Biura Literackiego za projekt książki Wydrąż mi rodzinę w serze. Ultraska chipsów koperkowych. Lubi brokat i kaczki

Wydrąż mi rodzinę w serze

Mój brat jest moją siostrą.

Mój brat Marek postanowił, że będzie dziewczyną.

Wtedy wydawało mi się to podszytym ciekawością kaprysem, bo przecież i ja zastanawiałam się czasem, jak to jest sikać na stojąco, rozbijać nosy innym chłopcom i przeglądać zabłocone gazetki w lesie. Szybko zrozumiałam, że bratu nie zależy na zabawie w księżniczki i malowaniu kwiatów na szkle – Marek naprawdę chciała stać się siostrą. To pragnienie doprowadzało ją do szału. Zaciskała pięści, w oczach wodospad, spojrzenie chmurne jak wtedy, gdy w sklepie z zabawkami wybierała kolor Power Rangersa.

Podeszłam do tego pragmatycznie. Po obiedzie wymknęłam się do piwnicy i otworzyłam karton z martwymi sukienkami. Ktoś rzucił je na dno. Skłębiły się tuż obok rajstop siostry, które wydawały z siebie wężowe syki. Chciałam podkraść te grube czarne, z wzorem w kotki na udzie.

Dopiero później dowiedziałam się, że syczące rajstopy były tak nieprzyjazne intruzom, bo siostra Aneta chowała pod nimi pokaźną kolekcję wibratorów.

Musiałam obejść się bez rajstop. Naręcze sukienek w dłoń i do góry, schody skrzypiące, omijać szósty, gdy liczone od dołu, bo mocno się chwieje i osoba, która wyłamie go do końca, wpadnie do czarnej dziury, spędzi wieczność w piecu, gdzie małe dziewczynki zamieniają się w kiełbaski w ciągu pół godziny.

Trudno było przejść obok kuchni niezauważonym. Mama przeważnie siedziała na rogówce, paliła papierosy i gasiła je na krzyżówkach przy hasłach, których nie potrafiła rozwiązać. Czasami wrzeszczała: inaczej rodzina, pięć liter. Marek mówiła: gówno. Ona na to: chyba ty, niewdzięczny dziwolągu. Cisza. Popiół na nieuzupełnionym haśle.

A gdy skończyły się fajki, mama przycinała kwiaty, a mieliśmy ich w domu całe mnóstwo: azalie, żonkile, hiacynty, anemony. Szczególną czcią obdarzała te ostatnie, królowe wśród kwiatów, a czasem zwykłe ciemnoróżowe dziwki, jak nazywała je w przypływie złości, by potem godzinami gładzić ich płatki, szeptać, że to tylko taka zgrywa, ściema i bujda, wszystko naraz, i niech one sobie łodyg tym nie zawracają, bo w domu mamy kłopoty większego kalibru, na przykład te o imieniu Marek. Gleba żyzna, a ten jeden chwast rośnie w poprzek, jakby na przekór przynależności gatunkowej, tak mówiła mama, obserwując ruchy Marka i więdnące hiacynty, bo najbardziej nie lubiła odpadających liści i tego, że Marek coraz częściej używała żeńskich końcówek.

Przemyt sukienek był naszym tajnym rytuałem odgrywanym tuż po sobotnim śniadaniu, na które jedliśmy naleśniki z tulipanem i żabimi oczkami. Kolorowe kiecki ukrywałam za grubymi książkami, najczęściej za encyklopedią, bo koleżanka powiedziała mi, że nikt tam nigdy nie zagląda. Opowiadała, że podkradała siostrze majtki i ukrywała je w encyklopedii, a później sprzedawała obślinionym facetom z internetu. Tak zarobiła na elektryczną hulajnogę, którą przyjeżdżała codziennie do szkoły.

Pamiętam pierwszy raz, gdy Marek przymierzyła sukienkę. Wyszła zza szafy kaczym chodem. Wstydliwie machnęła nóżką. Miała zaczerwienione policzki i oczy błyszczące jak ślipia Anety wpatrującej się w telefon nocami. Marek miała dziewięć lat, patykowate nóżki, na głowie jasne spirale, haczykowaty nos. Wyglądała dużo bardziej dziewczęco ode mnie. Trochę jej tego zazdrościłam, gdy tak paradowała po pokoju w mojej starej sukience, w której, jak dobrze pamiętam, byłam na pierwszym w życiu weselu. Markowi było w niej bardziej do twarzy – choć zawsze mnie dziwiło takie gadanie, bo czemu akurat ubrania mają pasować do twarzy, a nie do ramion czy kolan? Bufiasta, błękitna suknia pasowała jej do powiek, łokci i wyrostka robaczkowego.

Zazdrośnie zawłaszczyłam przestrzeń przy lustrze. Ona piękna, ja raczej bestia, workowate spodnie, twarz nijaka, cycków nie widział u mnie nikt, nawet szkolna pielęgniarka. No, może jakieś tam minimalne stożki, ale takie to miał i ojciec, gdy wracał z siłowni i uroczyście zrywał z siebie koszulkę, a potem otwierał piwo, nadstawiając rybie usta w kierunku kłębiącej się piany.

– Chodź, Marek, zrobię ci z twarzy dzieło sztuki, będziesz jak Marilyn Monroe lub pani Ziętkowska na rozpoczęciu roku – nęciłam ją podkradzionymi Anecie kosmetykami.

Trochę pudru, fluid – magiczne ingredienty, którymi okrywałam kiełkujące pryszcze na twarzy Marka, na koniec korektor, tak jak uczyli w internecie. Marek wniebowzięta, trajkotała bez opamiętania, słodka Marek, taka rozanielona w swojej nowej odsłonie niczym nastolatka z „Bravo Girl”. Im bardziej ją ukobiecałam, tym sama bardziej neutralniałam, czułam, jak surowieją mi rysy twarzy, uwydatniają się kości policzkowe, nad ustami rosną cienkie włoski, które próbowałam wyrwać paznokciami.

– Gryczanka, nie możesz cały czas mówić do mnie Marek, myślałam nad tym, wiesz no, coś tam czytałam, nie dużo, ale podobno ważne są łagodne przejścia. Inni się boją, a ja chyba nie. Ktoś nazwał to sytuacją pająka. Że niby taki mały i niestraszny, wiesz, pająk to ja, łapiesz? Ale ludzie uciekają, w sensie przed moim nowym imieniem, mówią Marek, a ja bym chciała być Martą, zmiana niewielka, kwestia kilku liter, to chyba niedużo?

Tego dnia Marek została Martą, a później regularnie praktykowałyśmy wymienianie się płciami. To była nasza rutyna – jak przypalone naleśniki na śniadanie, plucie kwiatami przez okno, obklejona piwem podłoga, przeklinanie matki, śmierdzące stęchlizną pranie. Po szkole biegłyśmy do łazienki, wymieniałyśmy się ubraniami i szybko do kuchni, puste mieszkanie, woń grzyba, wyginałyśmy ciała, wcinając stare kawałki sera, jakby jutra miało nie być. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że mama prowadziła szczegółowe wyliczenia, istny rejestr nabiału, że znikające plastry to powody nocnych awantur, rzutów poduszkami, ale nie w ten dziecięcy sposób, że można nurzać się w pierzu i śmiać przy piccolo, nie, to było tak, że lepiej wciskać głowę w kołdrę, otulić się w szlafrok, nastawić budzik i liczyć na szybki sen, z dala od kruszącego się tynku, trzaskających drzwi, agresywnie wypalanych papierosów, z których dym wpadał przez uchylone latem okno. Śmierdziało, jakby palono żbika, a wiedziałam, jaki to smród, bo raz sąsiad podpalił jednego w ogródku, nie wyglądał na kota, więc w bibliotece otworzyłam album ssaków drapieżnych i znalazłam tam zdjęcie żbika, który w zasadzie był trochę większy niż standardowy Burek.

To musiało się wydarzyć – któregoś dnia zostałyśmy nakryte, szczęście w nieszczęściu, że przez Anetę. Była już dojrzałą kobietą, taką, co nosi marynarkę i jest poważną studentką, mama była z niej strasznie dumna, opowiadała o jej osiągnięciach wszystkim, którzy chcieli słuchać, a nawet tym, którzy nie chcieli. Raz nawet dostała za to po mordzie od sąsiadki, bo zachwycała się pierwszą piątką Anety, i to od poważnego profesora, który wydał książkę pod tytułem Jezus Chrystus w twojej zupie. Problem tkwił w tym, że odwoziła akurat Linkowską na dołek, gdzie trafiła jej pijana w trzy sosny córka. „Sosny”, bo podobno nie można mówić „dupy”, to nieładnie i nie przystoi dziewczynkom, ale Marta przecież też nią jest i nikt nie zwraca jej uwagi, gdy powie słowo „dupa”, a nawet gorzej, bo raz słyszałam z jej ust „kurwę”, a mama odpaliła tylko kolejnego papierosa i otworzyła „100 panoramicznych”.

– Dobry boże, przecież wy się pozamienialiście miejscami! – przeraziła się mądra Anetka, a żadna z nas nie wyprowadzała jej z błędu, bo przecież Aneta była uczoną siostrą, taką, co każdego ranka wkuwała całe strony Biblii i rzucała nimi jak z rękawa podczas rodzinnych uroczystości.

– Nic w przyrodzie nie ginie – tłumaczyła nam powiedzonkami, bo jak nie dało się przypowieściami o krzewie gorejącym i Sodomie i Gomorze, to trzeba było użyć innych środków.

Nie jej wina, że byłyśmy tak oporne, Marta miała fora internetowe, a ja czytałam dużo różnych książek, więc przeżyłam swoje, zapewne dużo więcej niż Aneta na tym swoim katolickim uniwersytecie, gdzie wszyscy zasypiali z modlitwą na ustach, a siostry zakonne świeciły po oczach latarką. Chciały kontrolować, czy ciała niewieście nie łączą się w jedno z ciałami męskimi, tak mówiła, raz, gdy wróciła w stanie chyboczącym się po jakiejś uroczystości, na którą wjechał baniak wina mszalnego.

– Anetko, jaki stosunek do wibratorów mają księża? – zapytałam tego wieczoru przy herbacie tuż po długim monologu, w którym Aneta starała się cofnąć nadanie nowego imienia i przechrzcić Martę z powrotem na Marka.

– To nie moje, przechowuję je dla koleżanki spoza uczelni, bardzo mnie prosiła, bo walczy z pokusą. Co ty możesz o tym wiedzieć, masz dopiero czternaście lat, nie powinnaś dotykać moich rzeczy, mówiłam ci sto razy, a ty jak zwykle nie słuchasz. Powinnaś się z tego wyspowiadać, takie zachowanie nie przystoi młodej damie.

I tak dalej, i tak dalej, nie wiem, wyłączyłam się dość szybko, myśląc o wszystkich dziwnych wypustkach, próbując przeanalizować, jak działa ten mechanizm.

Postanowiłam to sprawdzić jak najszybciej, zanim Aneta wróci na uczelnię i zabierze wszystkie przedmioty ze sobą. Marta stała na czatach, a ja przesuwałam rękoma po kolorowych artefaktach – niektóre były dłuższe, niektóre całkiem krótkie, jak zatyczki do uszu ojca. Gdy za oknem usłyszałam szczekanie, doskonale wiedziałam, co muszę zrobić. Rzuciłam jedno średniej wielkości urządzenie prosto w zęby owczarka niemieckiego. Drakula chwycił wibrator i zaczął biegać z nim w zębach jak z kością, więc zatrzasnęłam okno i wróciłam do Marty.

– Anetka nie jest wcale taka grzeczna – oznajmiłam.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wszystko to obserwowała mama pijąca z sąsiadką browara pod drzewem.

Akwarium wódy

Ojciec raczej nie pracował, gdy nie musiał, a nawet gdy musiał, to wolał szwendać się po osiedlu i gadać o rybach. Nigdy nie łowił, lecz oglądał dużo filmów, w których prawdziwi mężczyźni zbierali się przy rzece, zarzucali wędki i godzinami wpatrywali się w taflę, zagryzając nudę krakersami.

Pływał między blokami, styl rozchwiany od klatki do klatki, rzyg przy hydrancie, gazetka ze spożywczaka jako tacka i tatusiowa echolokacja – w ciągu kilku minut potrafił zgromadzić wokół siebie całe stado piwnie napakowanych ojców z wystającymi brzuchami i ukrywanymi pod czapkami zakolami.

Często zakładali się o różne sprawy – kto dłużej wytrzyma sunięcie brzuchem po śniegu bez koszulki, kto zrobi więcej pompek na potłuczonym szkle, kto ukradnie więcej przedmiotów z supermarketu. Raz nawet stracił palec, a stało się to w trakcie zakładu o pilnowanie latarni. To nie była byle jaka latarnia – znajdowała się w najbardziej ruchliwym miejscu osiedla, tuż obok ławek będących znanym miejscem schadzek. Założył się z Węgorzem o to, kto dłużej będzie tej całej latarni pilnował. Reguły były proste, pierwszy, który zdejmie z niej rękę, przegrywa.

Zrobiła się z tego duża sprawa – zaczęli nad ranem, a cały konkurs trwał trzy doby. Donosiliśmy ojcu posiłki i browary. Zebrał się spory tłum zagrzewający uczestników do walki. Gdy któryś z nich oddawał mocz, odwracaliśmy się pokornie i przysypywaliśmy urynę piaskiem. Drugiego dnia, tuż po chłodnej nocy, podczas której zawodnicy szczękali zębami i rozgrzewali się wódką, sąsiad z bloku obok, Okoń, zaczął przyjmować zakłady. Postawiłam na ojca znalezioną pod rynną złotówkę, ale powiedzieli mi, że zakłady liczą się od piątaka w górę, więc postanowiłam kupić sobie lody. Mama wyłożyła dychę, na co tata trochę się pogniewał, bo odebrał to jako pokazowy brak wiary w jego wytrzymałość, i zażądał, by postawiła stówę, na co ona wykrzyczała mu, że za stówę to może był jej pierścionek zaręczynowy i że ani przed, ani po swoim trupie tyle na niego nie wyłoży, choćby ktoś napchał jej gębę kamieniami.

Zrobiła się z tego afera, bo Węgorz, licząc, że małżeńska kłótnia osłabi zapał ojca, zaczął kadzić mamie, że on to za samą jej obecność zabrałby ją na podróż do Ciechocinka. Tata próbował mu przyłożyć, tłum zapiał, licząc na rychłe rozwiązanie pojedynku, ale sytuacja uspokoiła się po kilku głębszych, a mężczyźni objęli się pojednawczo, nawet nie próbując osłabić przyklejonej do latarni dłoni oponenta.

Ranek trzeciej doby był decydujący. Obaj spali z dłońmi opatulonymi warstwą taśmy i bandaża, żeby przypadkiem nie przegrać przez sen, gdy nagle pojawiła się zamaskowana postać. Ojciec zawsze opowiadał o tym ze wzburzeniem – ubrany na czarno chłystek, czerwona bandana, nóż myśliwski. Gdy tata otworzył oczy, było już po wszystkim. Mówił, że krew lała się jak mocz po popijawie. Wyrwał przyklejoną do latarni dłoń bez zastanowienia.

– Ten sukinkot uciął mi palec – bardziej odparł, niż wrzasnął.

A Węgorz nawet się nie obudził. Krew lała im się po butach, ojciec wyśpiewywał litanię przekleństw, uroczyście zabrzmiał hymn kurew i ich synów, ziemia pulchna od ślinotoku drugiego stopnia, którym udało się zwieść dżdżownice wyrwane spod ziemi i wskrzeszone mieszaniną płynów ustrojowych mojego skacowanego starego.

Nie zgłosił sprawy na policję. Wiedział, że na świecie są sytuacje przyziemne i takie, w jakich stawką jest honor.

Ostatni bandaż zużył na przywiązanie się do latarni, więc matka owinęła mu krwawiący kikut moją koszulką. Odkąd z niej wyrosłam, grała rolę ścierki do podłogi.

Pierwsze godziny były ciche. Ojciec wysłał mnie pod latarnię w poszukiwaniu uciętego palca – wyczytał w internecie, że przy dobrym przechowywaniu da się jeszcze te kawałki zszyć, poskładać do kupy jak wyjątkowo proste puzzle. Odgrażał się, że jeśli nie odzyska palca, to już tym bardziej nigdy nie pójdzie do roboty, wieczny emeryt i rencista, zamieszka w sanatorium, pozwie wszystkie szpitale, wywlecze na dwór wszystkich chłystków średniego wzrostu i przetrzepie im parszywe mordy, aż wypłaczą imię złoczyńcy. Mówił, że będzie ich łoił na trzepaku jak umorusane błotem dywany. Wspominał też, że będziemy musiały poszukać sobie nowego ojca, bo taki bezpalczasty jest bezużyteczny – ani nie trzaśnie amanta zbitą pięścią, ani nie zapozuje do eleganckiego zdjęcia z przyszłą panną młodą.

Nie mogłam tego słuchać. Postanowiłam nie tracić czasu i rozpoczęłam poszukiwania kawałka ciała taty. Przeczesywałam kałuże, bo zdążyło się rozpadać, a ja z wrażenia włożyłam zwykłe szmaciaki i podeszwy przesiąkły mi krwią. Podeszłam do zajęcia poważnie, więc wzburzałam kałuże patykiem w poszukiwaniu czegoś, co przypominałoby palec wskazujący ojca. Wypatrywałam jakichkolwiek części ciał w bliższej i dalszej okolicy latarni. Pomyślałam, że przecież złodziej mógł chwycić palec i z wrażenia go upuścić.

Zapał straciłam dopiero w porze obiadowej. Przyszło mi na myśl, że może warto odciąć sobie kawałek swojego palca – ojciec z radości kupiłby mi wielką paczkę chipsów i znalazłby robotę, a więc miałabym więcej czasu na oglądanie telewizji. Nie wiedziałam tylko, czy taka hybryda naszych ciał by się przyjęła – jego paluchy były jak konary drzew, a moje jak gałązki. Musiałabym chyba odciąć sobie całą rękę.

Wtedy też spostrzegłam, że korowód sąsiedzkich głów sunął w kierunku naszej klatki schodowej. Okazało się, że wszyscy jak jeden mąż, jedna żona i jedno dziecko postanowili wybrać się do mamy, przynieść jej prowiant, popitkę i zapytać o zdrowie, równocześnie celebrując niezwykłe bohaterstwo poległego męża. Wieść o krwawej ofierze rozeszła się po osiedlu szybko i tak samo prędko ewoluowała w pokrewne historie – że mu Węgorz głowę odrąbał skrywaną w kieszeni siekierą; że przyszła mama i mu tę stówę, banknot niezgody, wepchnęła do gardła i udusił się stary pianą zwracanego etanolu; że przybiegł otyły szczur i odgryzł obu zawodnikom ręce, rozpoczynając epidemię gorszą od dżumy.

Wielkie było ich rozczarowanie, gdy okazało się, że chodzi o palec, i to nawet nie palec najważniejszy, bo po utracie niektórych trzeba strzelić sobie w łeb, a bez innych można jeszcze jakoś wytrzymać. Jest taki kciuk, który pokornie zwisał z dłoni ojca, palec ważny, bo chwytny, bez takiego ani piwa utrzymać, ani pokazać podniesionych kciuków na widok korzystnej promocji, życie bez kciuka byłoby życiem straconym. A w tym wszystkim chodziło o palec wskazujący, który jest i tak rzadko używany, może nie aż tak rzadko jak mały, choć i z tym można polemizować, bo przecież obietnice na paluszek i te sprawy, a wskazujący to przecież ledwo jeszcze palec. Wytykać kogoś palcami i tak niekulturalnie, a najlepiej wiedział o tym syn Krzętowskiej, który łaził po osiedlu i tak wytykał, wytykał, aż mu w końcu ten palec połamali, więc ojciec miał od razu problem z głowy, pokusy żadnej, a lewą przecież wskazywał nie będzie, bo jeden rodzaj palca wskazującego warto byłoby zachować na ciele choćby z rozsądku, bo nigdy nie wiadomo. Środkowy jest kluczowy, to jasne, można odganiać zbójów, w dodatku jest najdłuższy i może gdyby ojciec nie spał przyklejony śliną do latarni, udałoby mu się wyciągnąć broń, środkowy palec, co mogłoby zapobiec atakowi. No i jest też serdeczny, palec raczej nudny, ale dorośli obrączkują się na nim jak krowy i potem z daleka widać, komu można sunąć po kolanie rączką bez ryzyka przetrzepania mordy.

Przynieśli kosze z golonką, parujące tace z kartoflakiem, naszyjniki z pęczków kiełbas, kufle złocistego piwa, a nawet plastikową koronę z poprzyklejanymi setkami. Zamysł był taki, by dopomóc wdowie po bohaterze, który nawet na łożu śmierci mężnie ściskał latarnię. Trochę się zdziwili na widok ojca rozmemłanego na fotelu w bokserkach z pilotem w jednej ręce i ze ścierką w drugiej.

Opowiedział im więc, jak było, ubarwiając nieco historię o złoczyńcę z piłą mechaniczną i trzygodzinne tortury, podczas których facet próbował wyciągnąć z niego tajne hasło w osiedlowym na dziesięć piw w cenie dziewięciu. Słuchacze wstrzymali dech, mielenie gębami mięsa ustało w pełnym szacunku milczeniu. Ojciec zawiesił głos.

– No, ale kurde nic mu nie wygadałem, uznałem, że zginę prędzej, niż skażę panią Halinkę na jakieś nieprzyjemności.

Aplauz przetoczył się przez nasze mieszkanie, które ledwo było w stanie pomieścić taką liczbę gości. Po godzinie zjawił się Węgorz, który początkowo nie został przyjęty zbyt entuzjastycznie, bo według komisji do spraw etyki składającej się ze starców z trzeciego piętra istniało wysokie ryzyko, że Węgorz sam nasłał na ojca zbója, by zagarnąć wygraną. Bardzo się facet oburzył i bez zawahania potwierdził najdrastyczniejszą wersję ojca. Pieniędzmi jednak podzielić się nie chciał, na co jeden z kumpli ojca wszedł na stół i poprosił wszystkich o uwagę.

– Mieliśmy dziś zaszczyt doświadczyć niezwykłej lojalności ze strony Krzysia, naszego wspaniałego Szczupaka – rozpoczął, używając wodnego pseudonimu ojca. – Dlatego wydaje mi się, że powinniśmy dokonać zmian. Oficjalnie wznoszę o przemianowanie Szczupaka na Suma, króla wód!

Kolejny aplauz, gorące oklaski. Ojciec wykonał szeroki ukłon i nawet ten Sum do niego pasował – był wielki, gruby i nosił dziwne podkręcone wąsy.

A potem lała się wóda, rybacy zamienili się w ryby pływające w parzącym oczy zbiorniku, nieważne – słodkowodne czy słono-, ryk disco polo o czternastej, obiad złożony z porozrzucanych wszędzie skrawków mięsa, Marta skulona pod stołem w kuchni, sąsiedzi uczący się tańczyć kankana, o piętnastej hymn Polski, dłonie na sercach, powaga spuchniętych gęb, obmacywanie się w kątach, pajęczyna we włosach, duchota przepoconych podkoszulków, musztarda pod podeszwą, interwencja policji jeszcze przed dwudziestą, groźby rozwodu, krew w garnku, ujadające na klatce schodowej psy.

Gdy regał zaczął się chwiać, dołączyłam do kryjówki Marty. Przeglądałyśmy razem książki o rekinach, z której dowiedziałyśmy się, że jako jedyne ryby posiadają one powieki.

Artykuł pojawił się w numerze: Zodiakary, tarociary i gnostycy