Mój wybór to Blady ogień Vladimira Nabokova: książka tajemnicza, a nawet nieco irytująca, jak kryminał, który nie znajduje swojego rozwiązania. To porównanie nie jest przypadkowe: Pale Fire bowiem to kryminał, tyle że metafizyczny. W porządku wszechrzeczy pojawia się zaburzenie, za które coś lub ktoś jest odpowiedzialny, i to samo pytanie, które zadaje sobie detektyw – whodunit?, „kto to zrobił?” – pada także tu, ale nie znajduje odpowiedzi. Coś się popsuło w platońskim „wieczystym kręgu”, łączącym świat podksiężycowy ze sferą świętych wzorców.
Wszystkie główne toposy, łącznie z tytułem, Nabokov zapożyczył z tradycji chrześcijańskiego neoplatonizmu. Poznał go dobrze w paryskim emigracyjnym towarzystwie, do którego należeli także Władimir Łosski i Siergiej Bułgakow. Pale fire to termin opisujący odbite światło księżycowe, którym żyjemy tu, na ziemi: to jedynie słaby poblask prawdziwego źródła światłości. Idea „wieczystego kręgu”, pierwotnie sformułowana przez Pseudo-Dionizego Areopagitę, pojawia się już we wcześniejszej powieści, Skośnie w lewo. Tu po raz pierwszy ulega on zaburzeniu, poddając się niszczącej sile historii, którą wyzwala przewrót niwelistów. „Materia zdobyła przewagę” – medytuje główny bohater, Adam Krug, przekonany, że to wielkie Wydarzenie, które zepchnęło świat w grząskie błoto, zerwało na zawsze metafizyczną łączność świata z jego transcendentnym ideałem. Jak wiadomo, Krug, inteligencka ofiara niwelistycznej rewolucji, a zarazem reprezentant starego świata, na koniec ginie, lecz tuż przed kaźnią litościwy narrator zsyła nań dar szaleństwa. Książkę kończy pamiętna scena. Narrator, Bóg swojego świata, kreśli ostatnie słowa w słabo oświetlonym pokoju. To jedyne światło w mrocznej nocy, wśród której krążą błędne, obijające się o szyby ćmy: Bang! A good night for mothing, pisze, wiedząc w istocie, że nie o „ćmienie” (moth to ćma) tu chodzi, tylko o nothing, straszliwą nicość bezgruncia – utraty podstawy – którą w jego świecie wywołał Big Bang rewolucji.
Sceneria Bladego ognia, napisanego kilka lat później, w Ameryce, jest już posttraumatyczna: to świat po Wydarzeniu, wytrącony z kolein, pogrążony w grząskiej otchłani bezgruncia i odrealnienia, której symbolem staje się Zembla.
Jej status ontologiczny jest nader niepewny, bo być może jest tylko złudzeniem, czyli semblance. To ziemia-złuda, którą pamięta tylko jej ostatni przeżywiec: Kinbote, emigrant podający się za jej króla na uchodźstwie. I to on pisze enigmatyczny komentarz do dzieła swego przyjaciela, poety Shade’a, z którego wyczytuje on alegorie historii Zembli, jaką mu na swej emigracji opowiedział. Samej Zembli już nie ma, a może nigdy jej nie było: ta „wspaniała kraina” świeci już tylko bledziutkim światłem w poemacie Shade’a-Cienia, który – jak twierdzą niektórzy – traktuje w ogóle o czymś zupełnie innym. Wcale nie o upadku zaginionego w odmętach rewolucji starego świata, lecz o relacji poety z córką, która popełniła samobójstwo. Kinbote jednak uparcie wpisuje w jego poetyckie świadectwo prywatnej traumy inne przesłanie, dotyczące innej utraty, i choć nikt nie traktuje go poważnie, on, szaleniec, trwa przy swoim. Wie, że jest tylko komentatorem pozbawionym iskry geniuszu, dlatego też robi wszystko, by wielki poemat Shade’a (w tym Nabokova, a poemat to aluzja do Lolity) stał się opowieścią o Zembli, ziemi-złudzie, o której nikt poza nim już nie pamięta. Opowieść ta, zaklęta i zaszyfrowana w genialnym dziele, uczyniłaby Zemblę wieczną, utrwaloną w platońskim empireum idei.
To, rzecz jasna, ironiczny autokomentarz, bo Nabokov z góry wie, że jego Blady ogień też będzie czytany w ten sposób: jako książka o wszystkim, tylko nie o Wydarzeniu, które rzuciło świat w odśrodkowy wir błota, magmy i złudy. Wydarzeniu, które – jak pisze w posłowiu do Lolity – było jego „prywatną tragedią”, ale które mimo to zaszyfrował w każdej powieści, szczególnie zaś w Pale Fire. To absolutna utrata: „Utrata mojego naturalnego idiomu, mojej nieokiełznanej, bogatej i nieskończenie słodkiej ruszczyzny”, wywołana utratą „tamtych brzegów” Rosji jego dzieciństwa, mocno zarysowanego „kręgu” świata, który wydawał się mieć sens. Nabokov całe życie bronił się przed polityczną lekturą swoich dzieł – najlepszym dowodem jest tu późny wstęp do Bend Sinister, gdzie wściekle odpiera jakiekolwiek porównania swojej powieści do twórczości Orwella, Koestlera, a nawet Kafki – jednak to właśnie ta walka z politycznym redukcjonizmem uczyniła go arcymistrzem w literackim przedstawieniu świata po rewolucji: świata wygnańców, zbłąkanych ogników-cieni, którym rządzi mroczne świecidło utraty. Utrata ta powoli zagraża także ich pamięci, ostatniemu blademu płomieniowi, który przechowuje blask oryginału.
Nabokov słusznie zatem odrzucił interpretacje nachalnie polityczne, bo udało mu się coś znacznie więcej: przenieść swoją „prywatną tragedię” z dziedziny polityki w metafizyczny wymiar, gdzie stała się ona oskarżeniem pod adresem całego bytu.
Oskarżeniem niemal gnostyckim, w którym wszystkie pewniki „wieczystego kręgu” lecą na łeb na szyję, pozostawiając nas, biedne ćmy z zakończenia Skośnie w lewo, w otchłannej nocy stworzenia – prawie bez światła, oprócz tego bladego ognia, którym jest wysiłek twórczy, pod nieobecność Boga wnoszący namiastkę ładu w ową night good for nothing. Wyobrażam sobie, że młody Nabokov w Paryżu, otoczony natchnionymi rosyjskimi ezoterykami, nie mógł znieść ich opowieści o platońskich „zwierciadłach” i „wieczystych kręgach” funkcjonujących nadal bez szwanku, tak jakby nic się nie stało. A przecież stało się, wydarzyło – i popsuło na zawsze. Popsute kręgi i otchłanne zwierciadła Nabokova to jego własna zbuntowana metafizyka, mocniejsza niż wszystkie traktaty nadal tworzone przez teologów
Vladimir Nabokov Blady ogień tłum. Michał Kłobukowski, Stanisław Barańczak, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994, s. 396