Jednym kojarzy się z niedojedzonym gofrem, drugim – ze smrodem, którego nigdy wcześniej nie poczuli, a jeszcze innym – z pozostawionymi butami, które na nikogo nie pasują. Takie śmiertelne rzeczy pozostają w człowieku na bardzo długo i powodują, że od czasu do czasu zalewa go fala bólu. Nawet kiedy pogrzeb już się skończy i wydaje się, że śmierć znowu nie istnieje, ona wraca w najmniej spodziewanym momencie, na przykład pod budką „Słodkie smakołyki u Marka”.
Róża wyraźnie czuła jej smak. Był jeszcze świeży. Po raz kolejny nie mogła dojeść gofra, chociaż miała na niego ochotę. Przecież nie mogła się oprzeć ich zapachowi od czasów, kiedy jeździła na kolonie. Teraz nadgryzała gofry i wyrzucała je do kubła. Starała się nie płakać, żeby nawet przed samą sobą nie przyznawać się, że tęskni.
Na pogrzebach rodziców nie rozmawiała z Trytkiem. Uznała, że po tylu latach nadal nie mają o czym. Jednak prawda była inna. Nie chciała go przeprosić za to, co mu zrobiła, i uznała, że on też nie miał na to ochoty. Złość leżała pomiędzy nimi i nikt nie jej nie ruszał, bo oboje uznawali, że to nie ich zadanie. Wszystkie kłótnie, które przeżyli w przeszłości, ożyły na nowo podczas pogrzebu. Żadne z nich nie miało ochoty na miłosierne przebaczenie (chociaż ojciec Tadeusz ze względu na wybraną drogę powinien mieć to w pakiecie zachowań dobrego ministranta). Ponieważ dzieci Halii były zajęte pielęgnowaniem starych urazów, a nie modlitwą za zmarłą, ona sama była zmuszona spacerować po zaświatach bez ich pomocy.
*
– Co to za ścieżka? Cała zaśnieżona. Trochę przypomina tę, którą chodziłam do szkoły. Tylko kiedy jej nie widziałam, wyglądała trochę inaczej. Ale liczba kroków się zgadza. Za tym wielkim dębem trzeba skręcić w prawo i już powinno być widać moją podstawówkę. Tyle że budynku nie ma. Gdzie on się podział?
Halia mówiła sama do siebie, tak samo jak sama do siebie widziała. Jej wzrok był ostry i niczym niezmącony, jednak nie wiedziała do końca, co z nim zrobić – pojawił się tak nagle. Był jak dodatkowy byt, który nie do końca mieścił się w jej ciele. Postanowiła jednak mu zaufać i dać się poprowadzić. Na drodze do nieba, piekła lub czyśćca poruszała się dosyć pewnie, tak jakby ją znała. Zawsze utykała jednak w tym samym miejscu. Kiedy chciała zobaczyć to, za czym tęskniła, droga zapętlała się i trzeba było wszystko rozpoczynać od nowa.
Za każdym razem, kiedy znów znajdowała się w punkcie wyjścia, Halia traciła wiarę. Robiło się coraz zimniej. Jej stopy zapadały się w lodowatym śniegu. Ciało robiło się sine. „Czyżbym znowu musiała umrzeć? Tego by już było za wiele”. W galowej trumiennej sukience znalazła zapałki. „To pewnie od Andrzejka – pomyślała czule. – On wszędzie je chował. Robił to w razie czego. Uważał, że mogą się przydać w najmniej oczekiwanym momencie, i jak się okazało, miał rację”.
Ostrą spinką do włosów Halia obcięła warkocz i położyła go sobie na klatce piersiowej. To było jedyne suche miejsce, na którym mogła rozpalić ogień, żeby się rozgrzać. Potarła zapałką o draskę. Nie pojawiła się nawet jedna iskra. Potarła następną i następną. Zielona siarka sypała się jej na brzuch, ale ogień nie chciał się zapalić. Wzięła wdech i dopiero wtedy to poczuła. „Tutaj nie ma tlenu. Spalanie jest niemożliwe. Więc jak ja oddycham?” To, co dostawało się do jej płuc, było bardziej jak wspomnienie niż życiodajne powietrze. Pierwszy raz poczuła, że wspomnienia mogą realnie na coś się przydać. Żyła tylko dzięki temu, że się nimi zaciągała.
Wstała. Odcięte włosy upadły na śnieg. Otrzepała sukienkę i po raz kolejny ruszyła drogą w kierunku szkoły.
– Czym są nasączane te nasze urny, żeby wywoływać takie absurdalne wizje? Może to lakier albo ten cholerny butapren, którym je kleją? Już dawno powinni go wycofać z użytku – mruczała pod nosem, uznając to wszystko za halucynację, i maszerowała dalej. Z każdym krokiem zapadała się w coraz głębsze śnieżne zaspy.
– …
W oddali zamajaczyła jakaś postać.
– Halo, człowieku! Zatrzymaj się! Kurwa, nie odchodź!!!
Wiatr (lub raczej wspomnienie wiatru) chlasnął ją po twarzy. Na ziemi Andrzej czasami sprzedawał jej taki cios. Ten jednak różnił się od mężowskiego uderzenia tym, że nie czuła się upokorzona. Cios na chwilę ją otrzeźwił i znowu zaczęła krzyczeć do nieznajomego. Wyglądał, jakby zbliżał się w jej stronę. Ponieważ zadymka śnieżna nadal trwała, Halia krzyczała, żeby się nie minęli.
– Dobry człowieku! Spójrz w moją stronę! Kurwa, tutaj jestem!!!
Kolejne chlaśnięcie.
„Czyli dostaję po twarzy, kiedy przeklinam” – pomyślała. Znowu na chwilę ją zamurowało. A po tej chwili po raz kolejny. A po tej chwili jeszcze raz. Stała jak słup soli. Człowiek, którego nawoływała, był już metr od niej.
– Czego się drzesz, idiotko? Przecież widzisz, że idę w twoją stronę.
– Bardzo pana przepraszam, ale…
– Pana? Jakiego pana?
Halia przyjrzała się twarzy nieznajomego raz jeszcze. Czuła, jakby go znała, i jednocześnie nie miała pojęcia, kto to jest. Czasami kogoś się nie poznaje, bo pojawia się w miejscu, w którym zupełnie się go nie spodziewaliśmy.
– Rozum ci odjęło, dziewczyno? To ja, twój ojciec Waldek.
– Ojcze!
– Przestań wrzeszczeć i zejdź mi z szyi. Jesteś zimna i przemoczona. Są trzy rzeczy, których nie lubię: hałas, mróz i wilgoć. No, może cztery, bo oprócz tego nie znoszę kobiet. Więc dzisiaj mam kumulację. Wszystko, co najgorsze, zwaliło mi się na głowę. Odzwyczaiłem się od tylu nieszczęść naraz.
– Ale ojcze, przecież ja jestem twoją córką.
– I co z tego? Jesteś również kobietą.
– W rodzinnych opowiadaniach byłeś miły, szlachetny i szarmancki. Co się z tobą stało?
– Właśnie tak wyglądały moja miłość i szarmanckość. Człowiek po śmierci się nie zmienia. Ludzie wymyślają te durne opowiadania, żeby wybielać ludzi. Łatwiej się im żyje, kiedy myślą, że udało im się spędzić czas z kimś wartościowym. Dziwi mnie, że w to uwierzyłaś. No, ale cóż, widocznie nie odziedziczyłaś inteligencji po mnie.
– To ty jesteś imbecylem!
– Za moich czasów dziewczyny były głupsze od chłopców. I w związku z tym, że nie przesadza się starych drzew, pozwól mi w to nadal wierzyć. Przecież jestem twoim ojcem. Powinnaś być mi coś winna. Przynajmniej szacunek.
– Jesteś okropny.
– Podobnie jak ty. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Do tego jesteś strasznie brzydka. Po kim ty odziedziczyłaś te mongolskie rysy?
– Może po jakimś Mongole. Może to jego geny mam, a nie twoje.
– Twoja matka była głupia i wierna. Dlatego nie można jej było niczego zarzucić. Z tego wynika, że płynie w tobie również moja krew, i nie da się temu zaprzeczyć. A teraz jeszcze jak ja wylądowałaś na tym pustkowiu. Widzisz, jesteśmy skazani na ten sam los. Rodzinne klątewki.
– A gdzie my właściwie jesteśmy?
– Cholera wie.
– Przecież musi stąd być jakieś wyjście.
– Może i jest, ale odkąd zginąłem, nie udało mi się go odnaleźć.
– Przez tyle lat nic nie znalazłeś?
– Przez ile? Jesteśmy tu tyle samo czasu.
– Jak to? Przecież ja dopiero co umarłam.
– To nieprawda. To znaczy może i prawda, jeżeli chodzi ludzkie przyzwyczajenia, lecz tutejsze realia są inne, bo nie ma tu czasu. Tak więc i ty, i ja jesteśmy tu dokładnie tak samo długo.
Halia patrzyła na ojca i nie mogła uwierzyć, że dzieje się to, co się dzieje. Myślała, że po śmierci nie będzie już żadnych zaskoczeń, a tu proszę – taka niespodzianka. Patrzyła na niego z politowaniem. Przecież źli ludzie też umierają i robienie z tego tajemnicy tylko pogarsza sprawę, bo jak widać, można ich spotkać i zweryfikować kłamstwo.
– Wiesz, ojcze? Tak zupełnie na spokojnie i bez emocji chciałam ci powiedzieć, że żałuję naszego spotkania. Wolałbym, żeby nigdy się nie wydarzyło.
– Prawdę mówiąc, ja też żałuję. Przykro mi, że wyrosłaś na taką, na jaką wyrosłaś. Widać, że w twoim wychowaniu brakowało ojca.
– Mnie niczego nie brakowało. Za to tobie brakowało mnie, żeby się przyzwyczaić do tego, że masz dziecko.
– Miło się gawędzi smarkulo, ale muszę spadać.
– A dokąd masz zamiar iść?
– W tamtym kierunku.
– Dlaczego akurat tam?
– Bo ty idziesz w przeciwnym. Trzymaj się.
– Chciałabym powiedzieć „do zobaczenia”, ale mam nadzieję, że już się nie spotkamy.
– Ja również. Gdybyś po drodze spotkała jakiegoś przystojnego chłopca, to podeślij go do mnie. Niech idzie po śladach. Kiedy mnie dogoni, na pewno zazna ze mną niebiańskich rozkoszy.
– Przestań żartować… tato.
– Ja nie żartuję. Przecież widzisz, że to zimne miejsce, a w takich najlepiej szuka się miłości, bo bardziej się ją docenia. Rozumiesz to? Tutaj naprawdę mamy szansę być tu i teraz. W tym chujowym tu i teraz.
W tym momencie wiatr strzelił Waldemara z liścia. Mężczyzna się zaśmiał. Widocznie już znał ten zwyczaj. Halia nie pomachała mu na odchodne. Ruszyła przed siebie po jego śladach, tyle że w przeciwnym kierunku. Palcami delikatnie stawała w miejscach, gdzie wcześniej była jego pięta. Dzięki temu jej galowe buty nie przemakały tak szybko. Dziwiła się, że idąc w tak trudnych warunkach, nie jest zmęczona. „Może to adrenalina po spotkaniu z ojcem trzyma mnie ciągle w kupie” – myślała.
Nieoczekiwanie pojawiły się przed nią drzwi. Prawie uderzyła w nie głową. Były tak samo chropowate jak te w jej domu. Poznawała każde wgłębienie, tak jakby czytała palcami alfabet. Serce jej szybciej zabiło, a może się zatrzymało. Do końca nie wiadomo. Wszystko działo się nad wyraz szybko.
– Może za tymi drzwiami jest niebo? – pisnęła z nadzieją.
– Takiego miejsca nie ma – odezwał się znajomy głos nie wiadomo skąd.
Obróciła się, a za nią znowu stał jej ojciec.
– Co za koszmar.
Najwyraźniej w takich miejscach zawodzą: zdrowy rozsądek, przypadek, kompas i niedawno podjęte postanowienia.
– Ja też nie jestem zadowolony z naszego ponownego spotkania. Widocznie nasze losy muszą się splatać.
– Co jest za tymi drzwiami? Niebo?
– Jest tam coś, co nie przypuszczasz, że w ogóle istnieje.
– Czyli co?
– Właśnie to, co ci powiedziałem.
Halia szarpnęła za klamkę. Drzwi nawet nie drgnęły. Popatrzyła przez dziurkę od klucza. Było to zachowanie dziwne, bo przecież mogła obejść drzwi dookoła i zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Pewnie liczyła, że to portal. W tej sytuacji było namacalnie widać, że opowiadania science fiction wprowadzają ludzi w błąd. Czytają te głupoty i później zachowują się równie idiotycznie. Drzwi wyglądały tak, jakby ktoś postawił je na tym pustkowiu dla zabawy.
– I co, nie miałem racji?
– Tam jest to samo co u nas. Ta sama zima, ta sama przestrzeń, ta sama pustka.
– Czyli miałem rację. Nie spodziewałaś się, że to zobaczysz. A tu proszę, niespodzianka.
Ojciec zaśmiał się po raz drugi w niedługim odstępie czasu. Pomyślałem, że być może kiedy zaśmieje się po raz trzeci, wszystko się zmieni. Skąd miałem takie przypuszczenia? To proste. Przecież podobnie było z biblijnym kurem. Za trzecim kukuryku Piotr wyparł się Jezusa. Trzy to magiczna liczba dla ludzi.
Halia też nie traciła nadziei. Błąkała się w tę i we w tę, a krok za nią wlókł się jej tata. Był jak cień, którego nie potrzebowała.
– Posiedzisz tu tyle co ja, to będziesz taka sama! – krzyczał za jej plecami.
„Jak to możliwe, że znalazłam się w takim miejscu? – pytała sama siebie. – Być może ten, kto nie wyspowiadał się ze swoich grzechów na ziemi, nie może zostać zbawiony? Tylko jak ludzie mają je wyznać, skoro czasami nie wiedzą, że grzeszą? Może dziesięć przykazań, siedem grzechów głównych i cztery grzechy wołające o pomstę do nieba to nie wszystko. Może było jeszcze trzynaście grzechów niezbyt mocnych albo cztery przykazania najczęściej zamiatane pod wycieraczkę, albo niewielki grzech, który nie pozwala przejść przez ucho igielne? Może Mojżesz coś zgubił po drodze albo zapomniał przekazać?”
Słowo „może” nabiera innego znaczenia w zaświatach. Jest samodzielnym wyrazem, a wręcz samodzielnym zdaniem, które pozbawia wiary, nadziei i miłości.
– Już od niepamiętnych czasów nic nie powiedziałaś. O czym tak myślisz?
– O niczym. Zresztą to nie twoja sprawa.
– Wiem, gdzie się plączą te twoje chore myśli. Zastanawiasz się, jak stąd wyleźć.
– Prawdę mówiąc, tak, ale to tylko połowa mojego problemu.
– A jaka jest druga połówka?
– Jak się stąd wydostać, ale bez ciebie.
*
„Co za koszmar. Jeżeli będzie następne życie, na pewno odrodzę się jako upierdliwa zmarszczka na twarzy jakiegoś celebryty, umrę specjalnie dla niego, zabita botoksem, i dostanę się do innego, lepszego nieba. Nieba dla zmarszczek, śmieci, kurzu i innych rzeczy niepotrzebnych”.
Nie da się ukryć, że Halia przy ojcu dostawała obłędu. Nie mogła się na niczym skupić. Cały czas słyszała za plecami mamrotanie. Kiedy na chwilę przestawała myśleć, wyraźniej słyszała nie swoje kroki stawiane na zmrożonym śniegu.
– Może pójdziesz przodem i teraz ty będziesz ugniatał to białe coś, a ja pójdę po twoich śladach?
– Nie wygłupiaj się, przecież jestem starszy. Nie mam tyle siły co ty.
– Niestety, w tym miejscu jesteśmy w tym samym wieku i mamy dokładnie taką samą ilość pary. Więc nie chodzi tutaj o konwenanse, tylko o sprawiedliwość. Gdzie, jak nie tutaj, miałaby zapanować?
– Nie mam pojęcia, jestem tu chyba za krótko, żeby zrozumieć tutejsze zasady.
– Na wszystko znajdziesz odpowiedź taką, żeby było ci wygodnie.
– A jaką według ciebie powinienem odnaleźć? Mam poszukać w głowie czegoś, żebym się źle poczuł? Nie jestem Jezusem, żeby męczyć się za innych. Jestem zwykłym człowiekiem.
„Zgubiłam drogę tylko po to, żeby pierwszy raz w życiu móc być prowadzoną przez to, co powinno mnie prowadzić. Oddałam się w ręce opatrzności, bo chciałam poczuć coś miłego, a dostałam upierdliwego ojca, którego nie uważam za swojego tatę. Czy to nie śmieszne? Nie, to nie jest ani odrobinę zabawne. Dostałam brak wzruszeń wtedy, kiedy wszyscy powinni być wzruszeni nowym istnieniem. Co to właściwie za odmiana i gdzie ja właściwie się zgubiłam?”
Zabłądzić ciałem to prosta sprawa, jednak kiedy zaczynają błądzić uczucia, wszystko wokoło wydaje się nie do ogarnięcia. Halia wyobrażała sobie, że tak mógł czuć się Andrzej przed śmiercią. Teraz pierwszy raz zrozumiała go i doświadczyła jego cierpienia.
– Czy mogę włożyć ręce do twojej kieszeni, tato? Jest strasznie zimno.
– Chuja możesz włożyć. – Tutaj rozmowa na sekundę milknie, bo Waldek dostaje z liścia i chociaż się śmieje, bo zna ten zwyczaj, to jednak rozciera twarz z bólu.
– Nie idź za mną. Znajdź sobie kogoś innego do męczenia. Już nie jestem twoją córką, a ty nie jesteś moim ojcem. Próbowałam być miła. Próbowałam się zbliżyć, ale wszystko… spaprałeś.
– Co cię ugryzło?
– Ty.
Sina od mrozu Halia obróciła się i ruszyła przed siebie. Jej ojciec stał chwilę oszołomiony, a później zaczął krzyczeć.
– Tak to jest z babami! Nigdy nie można ich zrozumieć! Jesteś taka sama jak wszystkie inne! A myślałem, że spłodziłem kogoś wyjątkowego! Jednak myliłem się! Chyba że to nie jest prawda! Jeżeli zatrzymasz się i wrócisz po mnie, będę myślał o tobie inaczej. Zatrzymaj się! To ja jestem dla ciebie przepustką do lepszego świata. Jeżeli nie zabierzesz mnie ze sobą, już na wieki zostaniesz w tym koszmarze! Halia, do kurwy nędzy. Opanuj się!
Nie oglądała się za siebie. Szła prosto jak pług, rozgarniając śnieg, który sięgał jej teraz do pasa.
– To nie jest zgodne z żadnymi przykazaniami, ale czasami warto zostawić kogoś w potrzebie, żeby zmądrzał. Albo żeby zgłupiał. W przypadku takich ludzi jak mój były ojciec to nie ma znaczenia – mamrotała pod nosem i brnęła w coraz wyższe zaspy.
Patrzyłem na nią i nawet przez chwilę było mi jej żal. Nie dlatego, że być może po raz drugi zginie. Było mi smutno bez wyraźnego powodu.
– Czy nie widziałam dlatego, żeby nie widzieć rzeczy takich jak te, które teraz przeżywam, Boże?
Bóg jak to Bóg, nie odzywał się i nie pomagał jej rozwiązać dylematów. Jedyne, co wiedział, to że musi sobie poradzić sama. To nie była jego historia. On już swoją napisał. I to sporo do przodu. Halia stawiała krok za krokiem, oglądając się za siebie, czy ojciec jej nie śledzi. Nie mogła się pogodzić z tym, że po wszystkim, co jej zrobił, nadal chciała, żeby za nią poszedł.
Fragment najnowszej powieści Gdyby nie czerń, która ukaże się we wrześniu nakładem Wydawnictwa Znak