Wylewkę pod moją konstrukcję psychiczną położyli moi rodzice, których wylewkę położyli z kolei ich rodzice, itd. Jeśli się weźmie pod uwagę, że nikt z nich nie miał w tej sprawie doświadczenia, trudno się dziwić, iż bywam nieco chybotliwa.
Zakłócenia
Kryzysy pojawiają się nagle, jak glitch na zużytej taśmie wideo. Jadę sobie tramwajem albo kupuję bułki, albo właśnie jestem na wakacjach, jest pięknie i słonecznie, w oddali migoce bardzo niepolskie morze i nagle rzeczywistość wybrzusza się jak cerata, pod którą dostał się bąbelek powietrza ze mną w środku. Wszystko wokół jest niby bliskie, jednak lekko wykrzywione, jakbym patrzyła na świat przez odwróconą lornetkę. Zwinięty pod mostkiem lęk zaczyna rosnąć, podchodzi do gardła, rozlewa się po palcach. Próby jego opanowania są równie skuteczne, co upychanie zgniecionej paczki po czipsach w przepełnionym śmietniku – nawet jeśli przez chwilę wydaje się, że się udało, najdalej za kilka minut i tak wyskoczy na podłogę.
Najgorsze nie jest nawet to, jak się czuję, a to, że z zewnątrz wyglądam zupełnie normalnie. Ludzie pytają mnie o godzinę, opowiadają o wakacjach albo dzieciach, przypominają o planach na weekend. Prowadzę te rozmowy tak, jak odgrywa się scenki na kursach językowych: pytanie – odpowiedź; teraz ty pytasz; słuchasz; śmiejesz się z żartu; czekasz kolejkę. Zdania schodzą z języka płynnie, moje i obce zarazem, jak głos nagrany na dyktafon – nikt poza mną nie słyszy, jak dziwnie brzmią, nikt nie wie, że najchętniej połknęłabym je z powrotem, przeżuła, napchała się nimi, żeby nie było już miejsca na nic innego. Ale wtedy nie dałoby się już uciec od tłumaczenia, co się ze mną dzieje, czy wszystko w porządku, co się stało, czy chcę usiąść, szklankę wody może – całej tej szczerej, pełnej dobrych intencji, przytłaczającej troski, oferowanej mi w momencie, gdy marzę tylko o tym, by wtopić się w ścianę i zniknąć. Trudno tłumaczyć, co jest ze mną nie tak, gdy wszystko, co mówię, brzmi jak kiepsko wyuczona kwestia. Im gorzej się czuję, tym uporczywiej zmuszam się więc do zagadywania tego stanu, paplania jak najwięcej, by nikt nie zauważył wzbierającej we mnie paniki. Wyciąga to ze mnie wszystkie siły, lecz pozwala uniknąć konfrontacji.
To jak z butami biedaka – co z tego, że opłacałoby się kupić droższe, na wiele sezonów, skoro stać cię tylko na te, które rozpadną się po kilku miesiącach?
Automaty
„Problem z lękiem jest taki” – lubię tak zaczynać. Jakby całe to doświadczenie można było nie tylko nazwać i opisać, ale też podsumować w kilku punktach. Panie i panowie, zapraszam na prezentację o lęku: najpopularniejsze problemy, najmniej skuteczne strategie. Jakby życie z lękiem nie było nieustannym odkrywaniem nowych problemów ani wymyślaniem patologicznych rozwiązań.
Po angielsku lęk jest free‑floating, wolno płynący. Średnio trafne określenie, sugeruje szerokie rozlewiska lęku, niespieszne poruszenia, drobne zmarszczki. Wolałabym: lęk mokrego termometru. Temperatura mokrego termometru określa granicę, po której ciało człowieka nie jest w stanie skutecznie się ochłodzić: na zewnątrz jest zbyt gorąco i zbyt wilgotno; choćbyś pocił się jak wściekły, całe ciepło zostaje w środku. Z uogólnionym lękiem rzecz ma się podobnie – możesz racjonalnie analizować sytuację i mówić sobie, że nic złego się nie dzieje, możesz się zabezpieczać, wymyślać plany B i C, odgrywać w głowie zapasowe scenariusze. Możesz robić listy i harmonogramy albo zawiązać sobie na nadgarstku czerwoną wstążeczkę; ostatecznie będzie miało to tyle samo sensu co nierobienie niczego.
W każdym razie problem z lękiem jest taki, że przez większość życia funkcjonujesz w dwóch trybach: udajesz, że nie istnieje, albo dajesz się przygnieść
Jak w automacie, do którego wrzuca się monety tak długo, aż jedna z nich spadnie w odpowiedni punkt i srebrny stos wysypie się na zewnątrz. Tylko że ten automat jest oklejony folią albo bannerem reklamowym i nikt z zewnątrz nie widzi rosnącego stosu. To dlatego ta laska z waszego biura potrafi nic nie mówić przez tydzień, a potem nagle zrobić awanturę o ślady po kubku w kuchni; dlatego niepozorni księgowi niespodziewanie dla siebie stają na czele strajków, a rzutcy, pewni siebie przedstawiciele handlowi równie nagle nie są w stanie wstać z łóżka. I dlatego kompletnie obca osoba nagle opowiada wam historię swojego życia z uwzględnieniem traum, kryzysów w związku, diagnoz psychiatrycznych, stanu konta i jakości orgazmów. Po prostu akurat wasza moneta przeważyła i pach, drobne rozpryskują się wokół butów.
Wytrzeszczam oczy, gdy moja terapeutka pyta, czy może podzielić się czymś z superwizorem. „Wie pani, ja to wszystkim mówię” – odpowiadam.
Jolka
„Dlaczego właściwie tak to panią martwi?” – przerywa mi facetka. Skąd mam wiedzieć dlaczego, nie mam czasu się zastanawiać, bo jestem kompletnie pospinana ze zmartwienia i to pytanie wcale mi nie pomaga. To znaczy pomaga, bo mam ochotę udusić swoją terapeutkę, i faktycznie zajmuje mnie to na tyle, że przestaję się martwić. Na chwilę. Martwię się, że jestem złą córką, przyjaciółką, dziewczyną. Martwię się, że brzydnę. Martwię się, że pod sympatią kryje się litość.
Martwię się, że wszystkie niedopałki, jakie kiedykolwiek rzuciłam na ziemię, zamiast trafić do śmietnika, spłynęły do oceanu i właśnie teraz dławią się nimi żółwie.
Martwię się, że w przeszłości dokonałam złego wyboru i bezpowrotnie weszłam na ścieżkę przegrywu, a w dodatku nigdy się nawet nie zorientuję. Martwię się, że mój chłopak umrze przede mną i będę musiała wyrzucać jego stare bilety, notatki ze studiów, płyty DVD i wszystkie inne szpargały, które trzyma nie wiadomo po co.
Najbardziej jednak martwię się, że jestem głupia.
Budowałam swoją tożsamość raczej na wiedzy niż na wyglądzie. Nie miałam szlachetnych pobudek. Nie zawsze byłam ładna, za to całe życie chciałam być mądra. Wiedziałam, że nie ma się co skupiać na wyglądzie, gdy twoje ciało gra przeciwko tobie. Nawet jeśli jeszcze tego nie widzisz, włókna kolagenowe trzeszczą i pękają, skóra grubieje i wyciąga się, wypełnione tłuszczem fragmenty ciążą ku ziemi, dziąsła miękną, skóra wokół ust marszczy się w niesmaku. Wszystko jest tylko kwestią czasu.
Nie byłam na tyle mądra, by zrozumieć, że mózg należy do tej samej drużyny: on też się zużywa i wyciera, część połączeń neuronalnych więdnie, inne neurony na zmianę stykają i przerywają jak stary kabel do ładowania. Można fundować sobie mentalny botoks, karmić mózg wywarami z żeńszenia, łykać piracetam, rozwiązywać krzyżówki typu „Jolka”, codziennie wieczorem powtarzać tabliczkę mnożenia i alfabet od tyłu, może i uda się w ten sposób co nieco spowolnić, ale ostatecznie i tak większość z nas pożre mgła. I dobrze. Najsmutniejsze nie jest jednak to, że nasz świat zmieni się w smoothie z przeszłości, teraźniejszości, powieściowych wątków i telenowel, lecz fakt, że nie będziemy już mogli docenić zalet tego stanu. Całe to starzenie się i umieranie to nie są eleganckie sprawy, za mało w nich metafizyki, za dużo fizjologii, krępujących wycieków, męczącej zadyszki. Dużo łatwiej oglądać je z dystansu, nie do końca świadomie, bez wpatrywania się w detale.
W gruncie rzeczy to samo można powiedzieć o życiu.
Krzyżówki
Być może jestem niesprawiedliwa, czepiając się teraźniejszości. Większość psychologów zgadza się, że moja historia nie zaczęła się wraz z narodzinami (ani nawet z poczęciem). Wylewkę pod moją konstrukcję psychiczną położyli moi rodzice, których wylewkę położyli z kolei ich rodzice, itd. Jeśli się weźmie pod uwagę, że nikt z nich nie miał w tej sprawie doświadczenia, trudno się dziwić, iż bywam nieco chybotliwa.
Zwłaszcza że rodziny mojego ojca i mojej matki zupełnie nie były do siebie podobne. Moja matka też miała sztućce z monogramem. Wielkie i nieporęczne, trzymane razem z wazą do zupy, ręcznie malowanymi salaterkami ze złotym brzeżkiem, widelczykami do ciasta i całą resztą tego ostentacyjnie pięknego mieszczaństwa, które na ogół leżało w kredensie, czekając na święta. Smaruję jajka majonezem, a ona grzebie w pudełku. „Czekaj – mówi – te nie, ZF to babcia ojca, te też nie, o, AR, to te, szabrowane”.
Matka wierzyła w edukację tak, jak wierzą w nią tylko dzieci, które jako pierwsze w rodzinie zdobyły tytuł magistra. Pochłaniała wiedzę, by potem przekazać ją nam, jak zwierzę, które karmi młode przetrawioną papką: nie przepuściła żadnej okazji, by dać nam miniwykład o fotosyntezie, freskach w Kaplicy Sykstyńskiej albo układzie trawiennym; poinformować, że domofon w naszym bloku gra melodię Dla Elizy, pouczyć, że siniak nie jest na nodze, tylko na rzepce albo na kości piszczelowej (przysięgam, mówiła „kość piszczelowa”). Gardziła wszystkim, co uznawała za pospolite: japońskimi kreskówkami i komiksami z Kaczorem Donaldem, cekinami, białą czekoladą, transmisją z Eurowizji i stacjami radiowymi niebędącymi Trójką. Nigdy nie czytała Bourdieu, ale wyczuwała jego tezy bezbłędnie: gust to kamuflaż, jedna z niewielu rzeczy, które są za darmo, a pozwalają poczuć się jak człowiek z wyższej półki.
Matka mojej matki, ta, która po wojnie poszła do technikum nauczycielskiego, była córką dziewczyny ze wsi i pielęgniarza. Poznali się w tym samym szpitalu psychiatrycznym, w którym lekarzami byli moi drudzy dziadkowie. W przeciwieństwie do nich po wejściu Niemców nie mieli dokąd uciekać, więc pradziadek został i chodził do pracy, a potem przychodził do domu i nie spał, tylko całą noc krążył po pokoju, paląc papierosa za papierosem.
Ojciec mojej matki był powodem, dla którego mój pradziadek ożenił się z moją prababcią, co sprawiło, że jego rodzice nie żywili do niego przesadnej sympatii. Za okupacji skończył siedem klas, zanim posłali go do pracy, i do końca życia mylił „i” „j” i „y”, przez co chyba nigdy nie udało mu się rozwiązać krzyżówki panoramicznej, a wypełniał je przez całe moje dzieciństwo. Matka przewracała oczami, poprawiając po kryjomu nijak do siebie niepasujące hasła: „epilepsia”; „Jeti”; „proletaryat”. Kłócili się rytualnie i bez większej złości, czasem o pryncypia, czasem o telewizor, w którym dziadek słuchał przez satelitę niemieckich piosenek, bo kojarzyły mu się z dzieciństwem.
Matka oprócz sztućców z cudzymi inicjałami dostała też od dziadków całkiem porządną wylewkę: dorastanie w domu, gdzie rodzice dobrze się ze sobą bawią, a dzieci się nie tresuje, co na tamte czasy było sporym osiągnięciem. Miłość szła w jej rodzinie po kądzieli. Podobnie jak stawianie na swoim.
Moja prababcia miała kilka starszych sióstr, które posłano na służbę. Wiedziała, co przytrafia się tam młodym i ładnym dziewczynom. Uparła się, że jej się nie przytrafi, a szpital szukał akurat dziewcząt do pracy. Tak samo ciężkiej, fizycznej i niewdzięcznej, tylko zamiast pana byli wariaci. Prababcia wybrała w mgnieniu oka i przysięgła sobie, że choćby nie wiem co, żadnej córki na służbę nie pośle. A potem poznała pradziadka i jakoś już poszło, bo on był pielęgniarzem dyplomowanym i nawet jak zwalniali, to pracę miał. Nie wiem, czy dyplom odgrywał tu jakąś rolę, ale podobno pradziadek strasznie się denerwował, jak ktoś mówił „wariaci”. „Wariaci – powtarzał – to chodzą po ulicach, tu są chorzy”.
Pradziadkowie dali miłość babci, babcia mamie. A potem matka poznała w liceum mojego ojca, najmłodsze dziecko w rodzinie, rozpieszczane i wychuchane. A później już jakoś poszło.
Myszy i ludzie
To wersja optymistyczna – ta, którą opowiadam sobie, gdy wierzę, że wszystko będzie dobrze. Historię mojej rodziny można jednak też opowiedzieć od drugiej strony. Bo wylewka, którą dostajesz od rodziców, to nie gładka tafla. Raczej lastryko, kolorowe odpryski w spajającej je masie. Gapię się na nią, szukając wzorów, powtarzających się układów. Nie tylko tego, co dobre. I nie tylko tego, co wypowiedziane.
Można więc i tak: ojciec matki przez pół życia chodził głodny, bo dzieci było dużo, a jedzenia mało. Potem przyszła wojna i dziadek poszedł pracować w fabryce butów. Miał czternaście lat i nie nadążał, majster na niego krzyczał i prawie pojechał na roboty do Reichu, ale go wzięli gdzie indziej i tam już nadążył. Potem wojna się skończyła, a on pojechał w Polskę, bo co miał właściwie robić. Dojechał aż na tereny poniemieckie, choć akurat wtedy poniemieckie to było w tym kraju wszystko: miasteczka, domy, talerze, dzieci i traumy. Czy dziadek miał traumę? Nie wiem, czy znał to słowo. Na pewno miał pecha, bo w tym poniemieckim miasteczku przyuczył się na operatora kina i trochę mu za dobrze szło, więc poszedł donos i dziadka wysłali do kompanii karnej zajmującej się kopaniem węgla. Tam sobie posiedział jeszcze dwa lata.
Traumę z pewnością miała ta babcia, która słuchała, jak jej ojciec nie śpi. Jedną z pierwszych rzeczy, których nauczyłam się jako dziecko, było to, że do babci nie można się nigdy spóźnić, co w praktyce równało się konieczności bycia u niej kwadrans przed czasem, żeby się nie denerwowała, co z kolei znaczyło, że denerwowała się mniej i krócej. Drugą – że nie wolno pytać jej o wojnę. Czasem tylko, między ścieleniem łóżka, obieraniem ziemniaków a karmieniem nas lodami, nagle wypadały z niej strzępki: jacyś zastrzeleni ludzie, jakieś groby, najeżona spółgłoskami nazwa miejscowości. Dużo później zaczęłam przypisywać je do większej opowieści o tym, co działo się w czasie wojny w szpitalach psychiatrycznych. O Lesie Szpęgawskim, tuż pod miastem, masowych grobach, wywózkach, zabijanych dzieciach.
Czy mój drugi dziadek miał traumę? Nie mam pojęcia. Kiedy go poznałam, zajmował się głównie siedzeniem na kanapie i oglądaniem Wielkiej gry, gdy zmarł, pisałam jeszcze w zeszycie w podwójne linie.
Na pewno całkiem długo dziadek miał szczęście – do 1944 roku siedział z babcią w Kańczudze, leczył zapalenia płuc i odbierał porody: większość cudzych i jeden babci. No, ale w końcu przyszła Armia Czerwona i zabrała go na Berlin.
Druga babcia miała więc pecha, bo jak dziadka Ruscy brali na Berlin, to jej córka miała dwa lata, ona znowu była w ciąży, a Kańczuga właśnie okazywała się nie najlepszym miejscem do życia. Nie żeby reszta Europy była wówczas świetnym miejscem do życia, ale chyba nawet najbardziej energiczny i zmotywowany pracownik działu promocji regionu nie byłby w stanie wypromować wycieczki w Bieszczady w 1944.
Jakoś ci wszyscy dziadkowie przeżyli, co można uznać za sukces (choć, wiadomo, to tylko kwestia czasu). A potem zrobili to, co większość osób w ich sytuacji: zaczęli przekazywać życie dalej.
Część naukowców wierzy, że przebyta trauma odciska się na genomie; pod wpływem przeżyć rodziców dochodzi do metylacji cytozyny, części łańcucha DNA i RNA, co zmienia ekspresję genów u potomka. Brzmi to bardzo mądrze, póki człowiek nie wie, że doszli do tych wniosków, dając myszom do wąchania miętę i rażąc je prądem. Z myszami jest łatwiej niż z ludźmi, bo krócej żyją i mniej myślą. No i nikt nie wytacza ci procesów, kiedy razisz je prądem, choć chyba powinien.
Z ludźmi nigdy nie wiadomo. Za dużo komplikacji, zakrętów, opowieści, mitów i manipulacji: czy zapach mięty wywołuje u ciebie niepokój, bo twój dziadek chował się nad rzeką przed ludźmi z bronią, czy może dlatego, że przeczytałaś kiedyś taką scenę albo coś ci się przy‑ śniło, albo swego czasu zaczepił cię na dworcu jakiś facet żujący miętową gumę i niby nic się nie stało, lecz wzdrygasz się do dziś. A może w ogóle nie chodzi o miętę, tylko o światło padające pod specyficznym kątem albo piosenkę, która leci w taksówce. I jaki udział w naszym samopoczuciu może mieć dziadek w mięcie w obliczu topniejących lodowców, późnego kapitalizmu oraz wyrobników Doliny Krzemowej zastawiających na nas dopaminowe sidła?
Ale jeśli nawet dziadek w mięcie, to przecież nadal nie wiesz, czy to kwestia genów, czy tego, że dziadek od zapachu mięty robił się nerwowy i krzyczał na twoją matkę, która potem nie znosiła miętowej herbaty.
Na szczęście nie musisz tego wiedzieć: niezależnie od tego, czy traumę przekazujemy sobie w genach, czy poprzez wychowanie, robimy to bardzo skutecznie. I tak dwie pary straumatyzowanych ludzi stworzyły kolejnych ludzi, a oni kolejnych i kolejnych. Zresztą, umówmy się, moi dziadkowie i tak mieli mnóstwo szczęścia, w olimpiadzie cierpienia mogliby najwyżej siedzieć na trybunach – i to daleko od miejsc honorowych. Cały ten kraj wypełniają historie podobne i gorsze. Przeciętnego polskiego millenialsa od piekła oddziela jedno pokolenie. Jak tak o tym pomyśleć, to zaczyna być człowiekowi głupio, że się czepiał rodziców, bo jak na bycie pokoleniem buforowym większość z nich poradziła sobie naprawdę nieźle. A że czepianie się rodziców jest prawem człowieka, to lepiej nie myśleć. Tak samo jak o tym, czemu mój ojciec obudzony z drzemki podskakuje nerwowo i przez kilka sekund ma w oczach absolutne przerażenie. I dlaczego ja budzę się tak samo.
Potraktujcie to jak swoje dziedzictwo, coś jak brytyjski imperializm albo niemiecką poprawność. Język polski słabo sobie radzi z erotyką i z niepewnością, nie umie się pozbyć binarnych podziałów i nie jest najlepszy, gdy chcesz kogoś pocieszyć, ale niech no tylko wpadnie temat cierpienia i śmierci, a słowa nagle zaczynają do siebie pasować, rytm sam układa się na języku i wszystko brzmi jak poezja. Na przykład tak: „Czerwone skrzepy pośmiertne świadczą o nagłej śmierci, zaś białe i bursztynowe (bez czerwonych krwinek i hemoglobiny) o długim konaniu”. To z Wikipedii, przysięgam.
Fragmenty pochodzą z książki Jak płakać w miejscach publicznych Emilii Dłużewskiej, która ukaże się 22 lutego nakładem Wydawnictwa Znak Literanova