Od ośmiu lat naukowo zajmuję się pamięcią kulturową. W skali akademickiej to wprawdzie niewiele, jednak wystarczająco długo, by zaobserwować pewne ciekawostki i powtarzające się zjawiska. Kiedy piszę o rewolucji francuskiej, powstaniu styczniowym albo II wojnie światowej – nikt się nie dziwi. Natomiast gdy piszę o powstaniu warszawskim, pojawia się konsternacja. Czy nie chodzi aby o Powstanie Warszawskie? Niekiedy korekta w dyskretny sposób zamienia „powstanie” na „Powstanie”. Innym razem dostaję e-mail z zapytaniem w tej sprawie. Nie upieram się przy „powstaniu” – choć gdy zależy to ode mnie, to w dyskursie naukowym i publicystycznym staram się konsekwentnie stosować małe litery, a wielkie zachować dla mów okolicznościowych bądź tekstów pamiątkowych. To na pozór błahe zagadnienie skłoniło mnie do napisania tekstu o znaczeniu marginaliów i drobnych szczegółów w polityce pamięci.
Walka o język
„Kwestia ortograficzna” niekiedy pojawia się przy okazji spotkań z ludźmi, którzy „znają mnie tylko z czytania”. Małe litery w zapisie powstania sugerują wbrew mojej intencji negatywny stosunek do wydarzenia. Tymczasem zgodnie z regułami ortografii to…