Subskrybuj

Czy życie warte jest przekazywania?

Pytanie o wartość ludzkiego życia– jak przekonuje Rémi Brague– nie sprowadza się do refleksji nad twierdzeniem: czy życie warte jest przeżywania? Trzeba pójść o krok dalej i zastanowić się, czy życie warte jest przekazywania. Z jakiej przyczyny istnienie rodzaju ludzkiego miałoby być czymś lepszym niż jego nieistnienie lub zanik?

 

W roku 1942 mojemu rodakowi, francuskiemu pisarzowi i eseiście, który w 1957 roku otrzymał literacką Nagrodę Nobla, Albertowi Camusowi, błyskawiczną sławę przyniósł krótki esej zatytułowany Mit Syzyfa. Pierwsze zdanie eseju zapadło wszystkim w pamięć: „Jest tylko jeden problem filozoficzny prawdziwie poważny: samobójstwo” .

Camus od razu spieszy je wyjaśnić: czy życie warte jest przeżywania?

Nie był pierwszym, który zadał takie pytanie. Pod koniec XIX wieku zostało ono wręcz strywializowane.

Kwestia ta nurtowała wielu filozofów Zachodu. Pierwszym z nich był prawdopodobnie angielski pisarz i ekonomista William Hurrell Mallock. W roku 1879 zadał je w tytule swojej książki Is Life Worth Living? . Po drugiej stronie oceanu podobną tematyką zajmował się nie kto inny, jak sam William James. W maju 1895 roku w stowarzyszeniu YMCA na Harvardzie wygłosił wykład pod takim samym tytułem. Tekst został opublikowany, a później wznowiony w zbiorze filozoficzno-popularyzatorskich esejów Jamesa The Will to Believe .

To samo pytanie stało się również centralną myślą wielu książek, choć nie pojawiło się w ich tytułach w dosłownym brzmieniu. Zostało zastąpione pojęciem zasadności (worth) czy też wartości (value) życia.

W Niemczech młody Eugen Dühring w roku 1865 opublikował traktat Der Werth des Lebens (Wartość życia)4. Książka była cyklicznie wznawiana aż do roku 1922. Latem 1875 roku młody Fryderyk Nietzsche poświęcił jej rozległą, krytyczną recenzję na pięćdziesięciu stronach.

We Francji filozof Léon Ollé-Laprune, katolik działający na laickim uniwersytecie, opublikował w roku 1894 dzieło Le Prix de la vie (Cena życia). Jego ostatnie – pięćdziesiąte drugie – wydanie ukazało się dokładnie pół wieku po pierwszej edycji, czyli w roku 19445.

Z kolei w Niemczech Rudolf Eucken ze swoim Der Sinn und Wert des Lebens (Sens i wartość życia), opublikowanym w roku 1908, mógł się wydawać epigonem. A jednak to nie przeszkodziło w ośmiokrotnym wznawianiu jego książki – aż do 1921 roku6.

Ci wszyscy autorzy na tytułowe pytanie udzielili twierdzącej odpowiedzi. Nie stanowi to oczywiście zaskoczenia. Za chwilę powrócę jeszcze do tej kwestii i wyjaśnię dlaczego.

Dużo trudniej odnaleźć obrońców odpowiedzi przeczącej. A jednak natrafiamy na sztandarowy przykład jej orędownika w osobie amerykańskiego adwokata Clarence’a S. Darrowa, który przeszedł do historii dzięki swej sądowej obronie Leopolda i Loeba w roku 1924 oraz nauczyciela oskarżonego o darwinizm w tak zwanym „małpim procesie” (Monkey Trial), który odbył się rok później. W 1917, a następnie w 1920 roku, toczył on ze swymi kolegami po fachu dyskusję odnośnie kwestii, czy życie warte jest przeżywania? W obu przypadkach Darrow odpowiedział przecząco7. Jest to tym bardziej zaskakujące, że był on przeciwnikiem kary śmierci i podczas długiej kariery prawniczej udało mu się uratować przed krzesłem elektrycznym wielu ludzi.

Później tytułowe pytanie pozostawało niemalże nietknięte w sposób systematyczny. Być może dlatego, że stało się ono częścią naszego intelektualnego wyposażenia.

Schopenhauer jako źródło

Nie ma potrzeby, abyśmy zatrzymywali się przy powodach, dla których obie strony zajmowały takie, a nie inne stanowisko w sporze. Istotny jest natomiast fakt, że pytanie o wartość życia zostało uznane za godne filozoficznego ujęcia.

Do rangi poważnej, filozoficznej zagadki urosło ono wraz z pojawieniem się arcydzieła niemieckiego filozofa Artura Schopenhauera Świat jako wola i przedstawienie, które po raz pierwszy zostało opublikowane w roku 1819, ale popadło w zapomnienie na kilka kolejnych dziesięcioleci. Odkryto je ponownie we wczesnych latach pięćdziesiątych. Stało się ono wówczas najbardziej wpływowym dziełem filozoficznym i pozostało nim aż do pierwszej wojny światowej, a nawet dłużej.

Dla ścisłości należy dodać, że myśl Schopenhauera tak naprawdę nigdy nie była poważnie traktowana przez zawodowych filozofów. Oczywiście mieli oni swoje racje. Schopenhauer stroił sobie z nich żarty wystarczająco często, by stali się skłonni do zemsty. Co więcej, istniały również powody techniczne: Schopenhauerowska próba objaśnienia wszystkiego za pomocą prostego zestawu pojęć była trochę „grubo ciosana”.

A jednak Schopenhauer był chętnie czytany przez intelektualistów wszelkiej maści: poetów, malarzy, muzyków z całej Europy. Do jego najzagorzalszych stronników należeli: niemiecki filolog, który stał się filozofem, Fryderyk Nietzsche, angielski pisarz polskiego pochodzenia Joseph Conrad, Thomas Hardy, niemiecki kompozytor Richard Wagner, pisarze Lew Tołstoj z Rosji, Tomasz Mann z Niemiec, Marcel Proust i Louis-Ferdinand Céline z Francji, a z bardziej współczesnych Samuel Beckett czy Jorge Luis Borges, jak również wielu innych. Niech wolno mi będzie polecić wspaniałe omówienie recepcji Schopenhauera w dziele zbiorowym pod redakcją Anne Henry, żony Michela Henry’ego, francuskiego filozofa, który życie uczynił centralnym tematem swojej twórczości8.

Schopenhauer ukształtował intelektualną atmosferę, w której wszyscy wzrastaliśmy. Niewykluczone, że nadal w znacznej mierze, pośrednio i nieświadomie znajdujemy się pod wpływem jego światopoglądu.

Problem samobójstwa

Samobójstwo nie zaprzątało myśli Schopenhauera. Wiódł on spokojne życie człowieka zamożnego, działał jako niezależny intelektualista i zmarł we własnym łóżku w wieku siedemdziesięciu dwóch lat.

Jako myśliciel nie akceptował samobójstwa, co więcej, żarliwie je zwalczał. Twierdził, że jest ono złudnym rozwiązaniem. Nie może przynieść nic poza pozornym wyzwoleniem. Wola życia powinna zostać unicestwiona, samobójstwo zaś wcale od niej nie uwalnia, lecz jedynie ją potęguje. Kto popełnia samobójstwo, tak naprawdę pragnie życia, tylko nie jest zadowolony z warunków, w których przyszło mu żyć. Samobójstwo może unicestwić wyłącznie pojedynczy i czasowy przejaw woli, tzn. ciało podlegające czynowi samobójczemu, a nie samą jej istotę9.

Praktyczna postawa zalecana przez filozofa, którą on sam zachowywał w swoim życiu (co zresztą dobrze o nim świadczyło), była tym, co starożytni nazywali enkratyzmem: obejmowała abstynencję seksualną, niechęć wobec małżeństwa, a przede wszystkim odmowę prokreacji.

A jednak niektórzy spośród czytelników Schopenhauera popełnili samobójstwo. Jeden z jego najbardziej oddanych uczniów, Philipp Mainländer, powiesił się w 1876 roku, tego samego dnia, w którym opublikowana została jego Philosophie der Erlösung (Filozofia zbawienia)10.

Kwestię samobójstwa analizowano już w starożytności. Niemniej szczególny wzrost zainteresowania tą materią nastąpił w życiu intelektualnym Europy dopiero w XIX wieku. Dostojewski poświęcił jej krótki esej w swoim Dzienniku pisarza z roku 187611. Jego refleksję sprowokowała rzeczywista, choć może tylko rzekoma, fala samobójstw w Rosji, a w szczególności tragiczna śmierć córki Aleksandra Hercena. Samobójstwo stało się (cytując tytuł monografii pewnego rosyjskiego naukowca) „instytucją kulturową”12.

Dostojewski był geniuszem powieściopisarstwa, ale kiepskim filozofem. Roztropnie zdecydował wyrazić swe przemyślenia w formie narracyjnej, w postaci samobójczego listu. Autor skarży się w nim na okrutny eksperyment przeprowadzany przez nieznaną ślepą siłę, która pozostaje tak bardzo anonimowa, że nie sposób jej nawet przekląć. Część czytelników uwierzyła, że są to osobiste poglądy literata. Z tego powodu musiał on w późniejszym wydaniu Dziennika pisarza opublikować swego rodzaju wyznanie wiary, które zatytułował Afirmacja bez dowodów13.

Na kredo Dostojewskiego składa się kilka interesujących spostrzeżeń, na przykład takie: wiara w nieśmiertelność jest warunkiem koniecznym, abyśmy mogli żyć. Nie jest to wcale pielęgnowanie jakiegoś eskapizmu, wiara ta skłania nas wręcz do umiłowania ziemskiego życia.

Od jednostki do gatunku

Powróćmy do Alberta Camusa. To, co następuje po jego apelu o rozważenie kwestii samobójstwa, nie czyni zadość głębi postawionego pytania. Camus pisze: „Orzec, czy życie jest, czy nie jest warte trudu, by je przeżyć, to odpowiedzieć na fundamentalne pytanie filozofii”14. Dziś pytanie, czy życie warte jest, aby je przeżyć, zadawane jest zbyt łatwo. Jeszcze łatwiej przychodzi na nie odpowiadać.

Książka Hurrell Mallocka, którą wspomniałem powyżej, skłoniła współczesnego satyryka do pewnej żartobliwej uwagi, która stała się tak sławna, że William James rozpoczął od niej swój wykład: „Czy życie warte jest przeżywania? To zależy, jaką kto ma wątrobę…”15. Powyższa gra słów nawiązuje do nastroju, w jaki wprawia nas stan naszego zdrowia. W ten sposób zadane pytanie zostaje zdegradowane ze spirytualnych kwestii do spraw spirytusu. Poza tym odpowiedź ta ma głębszy sens, nawet gdy słowo „liver” zinterpretujemy jako „osobę, która żyje”. Pytając, czy życie warte jest, by je przeżyć, nigdy nie jesteśmy bezstronni; z konieczności przychylamy się do odpowiedzi twierdzącej. Dzieje się tak z dwóch powodów – jeden z nich jest teoretyczny, drugi praktyczny. Po pierwsze, wiemy, co to znaczy być żywym. Znamy życie od środka. Natomiast o tym, co oznacza nie żyć, nie mamy nawet najbardziej mglistego pojęcia. Po drugie, aby wybrać życie, wystarczy po prostu robić to, co dotychczas. W końcu i tak już jesteśmy żywi. Naszego trwania strzegą proste, biologiczne mechanizmy. Instynktownie oddychamy. Jemy i pijemy, ponieważ odczuwamy głód oraz pragnienie. Zagrożenie dla życia sygnalizuje nam ból. Ustąpienie bólu wywołuje uczucie przyjemności. Życie jako takie jest raczej przyjemne. Wszystkie te czynniki umożliwiają jednostce przeżycie. Z kolei przetrwanie gatunku zapewnia mechanizm nieco bardziej skomplikowany, który funkcjonuje…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Piękni dwudziestoletni idą po władzę