Subskrybuj
Krytyk filmowy i literacki. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Kinie” i „Tygodniku Powszechnym”. Z Katarzyną Borowiecką prowadzi w TVP Kultura magazyn W poszukiwaniu dobrego filmu.

Animowany koniec światów

Zasada praktycznie zawsze jest ta sama: jeśli w danym roku premieruje jakieś Ghibli, to prawie z automatu trafia do topki japońskich list sprzedażowych. Tak oto następuje przewrót na miarę kopernikańskiego: animacja zyskuje miano poważnego gatunku

Nerd, szaleniec, katastrofista. Do tego megaloman, okropny perfekcjonista i wrzód na ciele swoich bliskich. Czy to czarny charakter w absurdalnie przerysowanym filmie superbohaterskim? Nie, to tylko Hayao Miyazaki – ulubiony dziadzio japońskich dzieciaków i artysta ceniony przez kinofili na całym świecie za tworzenie animowanych światów pełnych wdzięku, koloru i woli życia. Czyli za wszystko to, czym nie sposób opisać samego reżysera.

Całkiem możliwe, że brodato-wąsaty wizerunek współzałożyciela Studia Ghibli kojarzycie głównie z memów. Najbardziej poniosły się te, na których słynny animator, z papierosem zwisającym z ust, odchyla się na krześle, łapie za głowę, przymyka oczy. To jeden z tych obrazków, które da się „usłyszeć” – brzmi jak głębokie westchnienie zmęczonego życiem człowieka. Na innych wiralowych zdjęciach, również podebranych z dokumentu 10 Years of Hayao Miyazaki, twórca narzeka, że napisał dopiero jedną stronę scenariusza, przeklina znój roboty, wieszczy koniec japońskiego studia. Nawet dobrze się zapowiadające zdanie wypowiedziane na tle bajecznie zachodzącego słońca: „To naprawdę piękne!”, kwituje swoim: „Po śmierci nie zobaczysz już żadnego zachodu”. Wykapany doomer, postać z innego mema, obrazującego rozczarowanie światem, ale zarazem pogodzenie z jego upadkiem.

Ta wersja Miyazakiego nadawałaby się na materiał do współczesnej kinowej tragedii o losie jednostki w pędzącej nowoczesności, pożeranej przez żądną krwi machinę kapitalizmu. W zasadzie mamy już niejedną animację na ten temat – odnoszę wręcz wrażenie, że spora część z filmów wyprodukowanych w Studiu Ghibli traktuje o doomerskich postaciach. Może tylko fakt, że te przy okazji są pluszowe albo mają wielkie, słodkie oczy, sprawia, że w pierwszym odruchu nie wejdziesz pod koc, by już nigdy stamtąd nie wyjść.

Smutno, ale stabilnie

Trochę tu, rzecz jasna, upraszczam – ani katastrofizm nie jest jedyną i najważniejszą treścią filmów Ghibli, ani los nie doświadcza wszystkich ich bohaterów tak dotkliwie. O różnorodność tematów i rejestrów zawsze dbała wielka trójca założycieli studia. Miyazaki razem z jego reżyserskim autorytetem Isao Takahatą i producentem Toshio Suzukim zaprzęgli jeszcze setki innych artystów
i artystek, a więc i setki osobnych wrażliwości, do pracy nad kolejnymi projektami. Od 1984 r. (jeśli liczyć film Miyazakiego Nausicaä z Doliny Wiatru, ukończony rok przed formalnym startem studia) ich długie godziny przy deskach kreślarskich zmaterializowały się w 25 pełnych metrażach spod szyldu Ghibli.

Na pierwszy rzut oka prawie wszystkie są o przyrodzie, zwykłych ludziach, pysznym jedzeniu, magii albo lataniu w przestworzach. Dopiero przyglądając im się bliżej, wyłuskamy z tych animacji spory ładunek egzystencjalizmu. Stąd moje upominanie się o sprawiedliwość dla mniej przyjemnych wątków w scenariuszach studia.

Ghibli znalazło jeden prosty trik na sprzedawanie trudnych tematów w ramach filmów dla młodego widza: traktowanie go serio. Ta rewolucyjna strategia sprawia, że np. Mój sąsiad Totoro Miyazakiego jest, owszem, o tytułowym włochatym stworze, ale tak naprawdę przecież o rodzinie mierzącej się z ciężką chorobą matki. Albo Szopy w natarciu Takahaty – opowieść o zwierzakach broniących swojego siedliska – pokazuje w gruncie rzeczy, jak współczesna deweloperka niszczy krajobraz japońskich miast i lasów. Nie mówiąc już o metaforach konsumpcjonizmu jako świniaczego żarcia w Spirited Away czy o rozważaniu etyki konstruktorów maszyn bojowych w Zrywa się wiatr. W przypadku obu tytułów Miyazaki ani myśli gryźć się w język, żeby przypadkiem nie zgorszyć jakiegoś niewinnego serduszka.

To tylko najbardziej spektakularne przykłady, lecz i w stonowanych obyczajówkach studia znalazło się miejsce na poważne sprawy. Moim ulubionym scenariuszem pod tym względem pozostaje Powrót do marzeń. Sposób, w jaki Takahata ogrywa tam motyw wyjazdu na wieś w poszukiwaniu „autentycznej” tożsamości dla mieszczuchów, mógłby rozruszać niejedną z dzisiejszych dyskusji
o nowoczesnych trajektoriach klasowych. Nawet polski tytuł animacji zachęca do konfrontowania jej z eribonowskim Powrotem do Reims – rzucam gotowy pomysł na debatę dla działu programowego w jakiejś progresywnej instytucji kultury.

W Ghibli nic nie klika

Zanim ktoś powie, że no tak, czyli Ghibli to taki japoński Disney – coś dla dziecka, coś dla rodzica – proponuję jeszcze raz przemyśleć sprawę. Oba studia łączy chyba tylko fakt, że to drugie swego czasu wykupiło prawa do dystrybuowania kaset tego pierwszego. Dla weryfikacji różnic w strategiach gigantów proponuję test: należy wziąć głównego bohatera albo bohaterkę z dowolnej animacji
i nazwać ich podstawową cechę charakteru. W przypadku Disneya najczęściej ta jedna informacja wystarczy, żeby przewidzieć, jaką naukę przyswoi na koniec dziecięcy widz. Jeśli Mulan boryka się z niedopasowaniem, a Simba nie umie brać na siebie odpowiedzialności, to masz jak w banku, że w toku fabuły posłużą oni za dydaktyczne egzempla dla uśrednionego młodego widza. Chińska wojowniczka będzie musiała zrozumieć, że jej inność jest źródłem siły, a małe lwiątko – nauczyć się, czym jest obowiązek wobec wspólnoty. Metoda czytelnej cechy i jej stosownego skalibrowania musi kliknąć, bo opiera się na schemacie starym jak świat, perfekcyjnie edukacyjnym, czyli bezpiecznym dla tabelek z wymogami wielkiego studia produkcyjnego.

Tymczasem w Ghibli trochę jakby nic nie klika. Zapomnij o prostej linii demarkacyjnej między dobrem a złem, o opozycji okrutnego potwora i prawego wojownika. Po pierwszym akcie Księżniczki Mononoke (być może opus magnum Miyazakiego) widownia wychowana na importach z zachodniej kultury spodziewa się, że San stanie się jednoznaczną strażniczką natury, wcieleniem moralnej racji przeciw przemysłowej chciwości. Tymczasem bohaterka urasta do rangi fanatycznej obrończyni lasu, po drodze gubi się w odwetowej logice, a ostatecznie zadaje pytanie, czy w ogóle da się współistnieć w świecie, w którym wszyscy mają krew na rękach. Natomiast założę się, że wielu z tych, którzy nigdy filmu nie widzieli, nadal myśli, że to rzecz wyłącznie o dobrej przyrodzie i złych ludziach.

Jeśli samotny przykład Księżniczki Mononoke nie wystarcza, proszę bardzo, mam więcej. O tragicznym paradoksie natury, którą musimy jednocześnie chronić i ogołacać z zasobów, podczas gdy ona sama potrafi być zabójcza także dla nas, opowiadają – z mniejszą lub większą intensywnością – jeszcze przynajmniej trzy filmy Miyazakiego (Nausicaä z Doliny Wiatru, Laputa – podniebny zamek, Ponyo) i Szopy w natarciu Takahaty. Seanse kolejnych produkcji japońskiego studia potrafią nieźle wkurzyć – nie żeby było z nimi coś nie tak, nie boli mnie punktowanie okrucieństw tego świata. Po prostu nagle się orientuję, jak dużo kreskówek ze Stanów skutecznie zaszczepia nam iluzję, że zachodni paradygmat opowieści – z jego zerami i jedynkami, czernią i bielą – to ten jedyny właściwy.

Wielkie żarcie

Miyazaki miał świetną intuicję, obdarzając swoje najmłodsze bohaterki specyficzną dla dzieciństwa zdolnością widzenia otwartego, bez wstępnych założeń, intuicyjnego i emocjonalnego – zdolnością, która wraz z wiekiem jest tłamszona przez wychowanie, ideologie, kulturę. Myślę, że nieprzypadkowo okno w jego pracowni wychodzi na boisko szkoły podstawowej, a żelaznym rytuałem dnia jest spotkanie z przedszkolakami w trakcie ich spaceru po okolicy. Wołają na niego „dziadek od żelków”, bo zawsze ma w zanadrzu słój kolorowych słodyczy. Za ileś lat zdadzą sobie sprawę, że to był niezły fart – mieć za sąsiada mistrza animacji. Jak dla mnie jednak w tym układzie równie dużo czerpie sam reżyser, dosłownie mając za oknem żywe źródło inspiracji.

Tylko dzieci mogłyby pomyśleć idealną utopię, zdaje się mówić Miyazaki. Ale dopiero jego rywal Takahata uchwycił sedno tej myśli w pojedynczej scenie filmu. Mam na myśli fragment Powrotu do marzeń, w którym odrabianie zadania domowego konfrontuje 10-letnią Taeko z szaleństwem obowiązków narzucanych przez dorosłych. Trudno mi z nią nie sympatyzować, bo chodzi o dzielenie ułamków. Dziewczyna dostaje ścisłe wytyczne: tu masz licznik, tu mianownik, odwracasz dzielnik, mnożysz i masz. Brzmi to jak język obcy, bo w zasadzie tak widzi abstrakcyjne ludzkie klasyfikacje Takahata – jako systemy do porządkowania rzeczywistości, co w praktyce znaczy zwykle: do pozbawiania jej realnej wagi. Dlatego Taeko odpowiada na durną potrzebę wykucia matematycznej sekwencji na blachę w najbardziej swoisty dla Ghibli sposób. Zamiast poddawać się abstrakcji liczb, po prostu przekraja jabłko, żeby sprawdzić, ile jednych ósmych zmieści się w jednej czwartej. Coś mi mówi, że z podobnych powodów w filmach Ghibli tak często kroi się różne owoce.

Druga sprawa to niewątpliwa atrakcyjność samej czynności – pod warunkiem że animuje to zespół geeków, którzy najpierw wyrysują dziesiątki szkiców, żeby w końcu wybrać ten jeden jedyny, który odda autentyczną fakturę ananasa (Powrót do marzeń), mięsistość melona (Księżniczka Kaguya), lepkość arbuza (Marnie. Przyjaciółka ze snów) albo inne niezauważalne bez lupy właściwości jedzenia. Pewnie obeszlibyśmy się bez takich drobiazgów, ale animatorzy nie chcą ryzykować – gadzi mózg na pewno by nas świerzbił, że skórka chleba wcale nie ugina się w taki sposób. W tym szaleństwie ewidentnie jest metoda, bo znam ludzi, którzy regularnie wracają do konkretnych scen jedzenia z Ghibli (jajka z bekonem w Podniebnym zamku Hauru, udon w Szepcie serca, wypieki w Podniebnej poczcie Kiki), i całkowicie ich rozumiem. Gotowanie i pochłanianie posiłków jest najlepszym dowodem kunsztu animatorów – dowodem na to, że przywiązanie do detalu naprawdę robi różnicę. Patrząc na te obrazy, doskonale odczuwam konsystencję, temperaturę i zapach…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Pułapki samorozwoju