W świetle poniższych tekstów źródłowych napisz rozprawkę: „Przyczajeni romantycy, ukryte pozytywistki. Niewidzialna praca a płeć w drugiej i trzeciej dekadzie XXI w.”.
- Rozmowa prywatna matki z czteroletnim dzieckiem (29.10.2020).
„– Bo wiesz, kiedyś mężczyźni nie umieli nawet przewijać dzieci.
– Ale jak to? Nie mieli dzieci?!!
– Mieli, tylko uważali, że to kobiety powinny zajmować się domem, sprzątaniem i dziećmi.
– To co oni w ogóle robili?!!”
- Wystąpienie marszałka Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, Tomasza Grodzkiego (29.10.2020)
„To kobiety sprawiają, że nasze codzienne życie toczy się harmonijnie i gładko w sposób trochę jakby niezauważalny, a dopiero gdy nasza babcia, mama, żona, córka czy partnerka musi z jakichś powodów się wyłączyć, dostrzegamy, że bez kobiet nasza egzystencja staje się trudna, bezbarwna i irytująca”.
- Zofia Stanecka, Basia i gotowanie, w: tejże, Basia. Wielka księga przygód. 2, ilustrowała Marianna Oklejak, Warszawa 2014.
„W piątek po południu Tata wrócił z pracy bardzo zmęczony. Poszedł prosto do salonu, usiadł na kanapie i włączył telewizor. Po chwili dołączyli do niego Basia i Janek. Leżeli razem i w milczeniu wpatrywali się w ekran. Tak zastała ich Mama, kiedy parę minut później weszła do pokoju z obraną marchewką w ręku (…).
– No dobrze – powiedziała. – Mam tego dość.
– Czego? – zainteresowała się Basia.
Tata, wyrwany nagle z drzemki, usiłował spojrzeć na Mamę przytomnym wzrokiem.
– Wszystkiego – powiedziała Mama i machnęła znacząco marchewką. – Cały dzień pracowałam, a teraz siedzę sama w kuchni i szykuję jedzenie, podczas gdy moja rodzina patrzy bezmyślnie w telewizor. (…)
– Nie jesteś sama, Mamo – wtrąciła się Basia – Jest z tobą Franek [raczkujące niemowlę].
Tata popatrzył na Mamę uważnie. Przetarł oczy ręką, wstał z kanapy i zarządził:
– Dzieciaki, wyłączamy telewizor i idziemy do kuchni. Dziś my zajmiemy się gotowaniem.
– Jak to? – zdziwił się Janek. – Przecież Mama uwielbia gotować, bo bardzo nas kocha”.
- Teatrzyk Zielone Przedszkole ma zaszczyt przedstawić
Urodzinki
Występują:
Fuforon
Rodzic Fuforona 1
Rodzic Fuforona 2
Chat GPT
Pół Przedszkola – Rodzice
Pół Przedszkola – Dzieci
Kinderbale Przeszłości
Rodzic Fuforona 1
(organizuje Fuforonowi urodzinki: przygotowuje zaproszenia, zamawia zakupy, piecze tartę ze szpinakiem i fetą oraz tort czekoladowy na biszkopcie, zamawia gift bagi dla innych dzieci, bo to obowiązkowe w miejscowym zwyczaju)
Chat GPT
(cierpliwie wspomaga ten proces, odpowiadając na pytanie o potrzebną ilość składników, wkłady do gift bagów itp.)
Rodzic Fuforona 2
(cierpliwie wspomaga ten proces, doradzając w sprawie gift bagów, a w dniu urodzin nosząc tarty, rozkładając obrusy, dmuchając balony itp.)
Fuforon i Pół Przedszkola – Dzieci
(niosą radość, wrzask i zniszczenie z okazji urodzin Fuforona)
Rodzic Fuforona 1 i Rodzic Fuforona 2
(zbierają wszystkich i wnoszą przygotowany przez Rodzica 1 tort z wyraźnymi śladami home made’u)
Rodzic Fuforona 1, Rodzic Fuforona 2, Pół Przedszkola – Dzieci, Pół Przedszkola – Rodzice
(śpiewają)
Happy birthday to you
Happy birthday to you
Happy birthday, dear Fuforon,
Happy birthday to you
Fuforon
(zdmuchuje świeczki, cieszy się)
Wszyscy (bez Fuforona, Chata GPT)
(klaszczą i wiwatują)
Kurtyna
Za kurtyną, przez najbliższy tydzień:
Pół Przedszkola – Rodzice (do Rodzica Fuforona 2)
Ale ten Rodzic Fuforona 1 to jest dobry rodzic! Sam tartę upiekł! I tort!
Kinderbale Przeszłości (zorganizowane przez Rodzica Fuforona 2 w epoce sprzed Chata GPT) na stronie, do uszka, z zazdrością gromadki pominiętego rodzeństwa:
A w czym my jesteśmy gorsze?!!
Rodzic Fuforona 2
(łącząc uprzejmą dociekliwość z niewinnie stoickim spokojem)
Ale co niby specjalnego jest w fakcie, że rodzic przygotowuje urodzinki swojemu dziecku? Przecież każda z nas robiła to wiele razy.
Kto zorganizuje urodzinki?
Gdyby ta ostatnia scena miała cokolwiek wspólnego z moim życiem, i tak byłaby świadectwem olbrzymiego postępu w kwestii „wyobrażenia płci i urodzinki”. Pierwszy raz, kiedy w sytuacji kompletnego wypalenia niewidzialną, niezauważalną, nieopłacaną i niedocenianą społecznie pracą przekazałam organizację imprezy współrodzicowi mężczyźnie, ten wiekopomny „przewrót kopernikański” zakończył się porażką. Nie dlatego, że T. nie stanął na wysokości zadania, wymigiwał się, stosował wyuczoną bezradność. Ani nie z powodu mojego braku zaufania, perfekcjonizmu, nieumiejętności delegowania zadań czy obsesyjnego zainteresowania kolorami serwetek. Po prostu na moment przed drukiem zaproszeń zaproponowałam, by obok jego numeru telefonu umieścić również mój (nie ma co ludziom utrudniać życia, część z nich ma mój kontakt). Efekt był taki, że cała komunikacja poszła do mnie: do niego nie napisał nikt.
Dało mi to wiele do myślenia. Łatwo byłoby uznać, że oto inni zadziałali zgodnie ze stereotypem, spod którego nam się udało „wyemancypować”. Ale przecież wiem, że gdybym to ja dostała takie zaproszenie, też najprawdopodobniej odpowiedziałabym na telefon z podpisem mum, nie dad – bo pewnie jej numer miałabym w kontaktach, pewnie z nią wcześniej załatwiałam organizację spotkań. I nawet jeśli potrafię ten wzorzec zobaczyć, złapać go na gorącym uczynku i nazwać, wciąż bardzo trudno mi działać wbrew niemu.
W moim przypadku podział pracy opiekuńczej wpisuje się w mechanizmy społecznych nierówności, choć jest też konsekwencją moich wyborów niewynikających z ideologii płci – obstawanie przy pisaniu, a więc pracy z sensem, oznacza słabo płatne freelancerstwo i prekarność. Gdy urodziło się pierwsze dziecko, ekonomicznie „oczywiste” było to, że przejęłam lwią część niewidzialnych zobowiązań opiekuńczych, podczas gdy na drugiej stronie spoczywał tradycyjny ciężar utrzymania domu. To ja zarywałam noce, spędzałam z niemowlęciem 10 godz. dziennie sama, nie mając siatki społecznej, organizowałam opiekę, żeby móc jednak trochę pracować, chodziłam po lekarzach, gadałam z mami itp., itd. T. tymczasem dojeżdżał do pracy ponad godzinę w godzinach szczytu (zapchany pociąg, kolejki na zejściu do metra, kolejki w oczekiwaniu na windę), pracował osiem i wracał kolejną – by niemal na progu dostać dziecko od przeciążonej opieką mnie. Potem, gdy pisałam pierwszą książkę, młode poszło na trzy dni do przedszkola i w jeden dzień weekendu tata je gdzieś zabierał, żebym mogła klepać swoje literki. Gdy urodziło się drugie, trwał COVID i T. pracował zdalnie. Spowodowało to znaczne wyrównanie podziału pracy domowej, jemu odpadł stres dojazdów, jednak nie zmieniło to dziecięcej hierarchii bytów. Dla nich wciąż nie było wątpliwości, kto jest Kosmicznym Kokonem, Wyrocznią Sprawiedliwości, Plastrem na Wszystkie Bolączki Świata i Wielką Gniotką.
Ta nieustanna żonglerka (praca intelektualna, side job, praca w domu, tony pracy emocjonalnej) odcisnęła na mnie głębokie, niewidzialne – a więc trudne do nazwania i skonceptualizowania – piętno („Dlaczego nie mam energii?”, „Dlaczego od rana fantazjuję o momencie, kiedy będę mogła obejrzeć wieczorem serial?”, „Dlaczego muszę powstrzymywać łzy, gdy któryś dzień z rzędu przygotowuję zestaw przegryzek?”). Zarazem dała wspaniały antropologiczny wgląd w to, jak w III dekadzie XXI w. wygląda podział niewidzialnych obowiązków w heteroseksualnych związkach (w tym takich, w których oboje partnerzy sprzedają swój czas pracodawcom w pełnym wymiarze godzin). Bo niby wzorzec surowego karzącego ojca jest wypierany przez zaangażowanego tatę, który i pieluchę zmieni, i butelką nakarmi, a mama uznaje swoje prawo do „czasu dla siebie” i emocji wynikających z „macierzyństwa non-fiction”, ale wystarczy tylko trochę poskrobać, by okazało się, że „anioł ogniska domowego” nigdzie nie odleciał.
Aniołowie i ludzie
Czasy jednej Smurfetki na wioskę smurfów, sprowadzonej do zseksualizowanego stereotypu kobiecości, zdecydowanie wyszły z mody.
W „postępowych” książkach, kreskówkach, serialach skierowanych do młodego odbiorcy aż roi się od silnych aktywnych postaci dziewczęcych. Zalewowi przebojowych dziewcząt nie towarzyszy jednak wysyp chłopców zaangażowanych w pracę emocjonalną i opiekuńczą.
I nawet te przekazy, które mają przedstawiać dorosłe relacje partnerskie, w których wychowanie i troska są dzielone, pozostają zaskakująco głęboko osadzone w tradycyjnych wyobrażeniach o płci.
W serii o Puciu Marty Galewskiej-Kustry – jak na polskie standardy inkluzywnej i postępowej, z sympatycznym ogarniętym tatą biorącym współodpowiedzialność za prowadzenie domu i wychowanie – tenże tata, mieszczuch na feriach, łamie nogę, ścigając się na nartach z wujkiem góralem. Mama, która go przed tym pomysłem ostrzegała, bez słowa irytacji otacza go czułą opieką. Nie ma żadnych pretensji o to, że cała rodzina musi wcześniej wrócić do domu, a ona ma więcej roboty i nie pojeździ sobie więcej na łyżwach. Podobnie w podbijającej świat kreskówce Bluey. Bandżi, mimo olbrzymiego, mądrego i twórczego zaangażowania w wychowanie córeczek, ma osobowość wykraczającą poza bycie tatą: bywa zadziorny, złośliwy – wiadomo, że prześladował swojego młodszego brata – lubi ukradkiem scrollować komórkę. Natomiast jego partnerka, Chilli, jest niemal idealną mamą, a wszystkie jej „dorosłe” problemy są związane z niewidzialną pracą i troską o kogoś (niemożność relaksu na wakacjach, ambicja związana z porównywaniem dzieci w przedszkolu, lęk o starzejącego się ojca). W kultowej w Wielkiej Brytanii Śwince Peppie Tata Świnka, „ekspert od wszystkiego”, wykazuje się tyleż pocieszną, co bezbrzeżną głupotą, przed której konsekwencjami nieustannie asekuruje go idealnie łagodna Mama Świnka (friendly reminder: codzienne tolerowanie męskiej głupoty i wkładanie wysiłku – emocjonalnego, organizacyjnego itd., by demonstrująca ją osoba wyszła z tego z twarzą, jest jednym z mechanizmów podtrzymujących nierówność).
W każdej z tych „równościowych” relacji troskliwym tatom daje się prawo do odrobiny egoizmu, osobistej ambicji, przewrotności, głupoty – czyli cech i zachowań ludzkich. Matki przedstawia się natomiast jako istoty zawsze opiekuńcze, praktyczne, nieskończenie cierpliwe i nieustannie myślące o innych. Ich marzenia, ambicje, dążenia nigdy nie są w konflikcie z interesami i dobrem rodziny, a już w szczególności dzieci. Mamy nie zaczną głośnej zabawy w środku nocy. Nie trzeba za nie świecić oczami. Nigdy nie zrujnują ferii dlatego, że ciocia im weszła na ambicję, a poza tym tak tęsknią do tego pędu powietrza, uczucia wolności, że – mimo słabego fizycznego przygotowania, długiej przerwy – rzucają się w dół, śmigiem, niepomne na krzyki troskliwych partnerów, którzy potem – gdy są już w gipsie – czule przynoszą im herbatkę, pakują rodzinę do samochodu i wracają do domu, w którym przecież dobrze się czują.
Na tym tle cytowana wyżej seria o Basi Zofii Staneckiej odznacza się realizmem. Ukazuje frustrację i walkę mamy, która próbuje połączyć ambicje zawodowe (pisze podręcznik), wychowanie trójki dzieci i samorealizację (taniec) z funkcjonowaniem w tradycyjnym układzie, gdzie tata jako lekarz ma ważną pracę, a jej codzienna tyrka zostaje utożsamiona z miłością („Przecież Mama uwielbia gotować, bo bardzo nas kocha”). Na seksistowskie uwagi mechanika, patriarchalne oczekiwania i odruchy taty (gdy np. po jej powrocie do pracy zawodowej on czepia się, że jest bałagan w domu i że ona chodzi w dresie), reaguje mniej lub bardziej bezsilnym buntem. W porównaniu z mamą Pucia, Bluey i Świnki Peppy jawi się jako mniej „równouprawniona”, ale zarazem najmniej anielska, najbardziej ludzka. Jako jedyna „pozwala sobie” na zaburzenie „emocjonalnej harmonii” domu frustracją, osobistą ambicją i kobiecym gniewem.
Mężczyzna opiekun to bohater
No, ale wiadomo, to fikcje dla dzieci……