Subskrybuj
Dziennikarz radiowej Trójki, pisarz i publicysta, członek redakcji kwartalnika „Więź”. Laureat Nagrody Kościelskich za zbiór opowiadań Wielościan (2001). Ostatnio ukazał się zbiór jego esejów Co Bóg zrobił szympansom?. Członek Rady Języka Polskiego PAN. Mieszka w Warszawie. Prowadzi blog www.jerzysosnowski.pl

Bezradność (nie tylko księdza)

Autorka walczy z laurkowym wizerunkiem „Jana od Biedronki” nie po to, żeby go potępić, tylko by pokazać, że był człowiekiem z krwi i kości, mającym swoje zalety i swoje wady. Niemniej – pokazując tę krew i te kości – obnaża go. Bo tego od niej oczekujemy.

Włodzimierz Bolecki, analizując twórczość Berenta, zwracał uwagę, że na historię składają się dwa całkowicie odmienne elementy: bios oraz logos. Ten pierwszy to – świadomie używam pleonazmu dla podkreślenia swoistości tego składnika – „żywe życie”, historia osobista jednostki, niepowtarzalna i ulotna, nieraz niezgodna z przyjętymi później interpretacjami, z doktryną, ze stereotypem, do którego biografia bywa sprowadzana. Ten drugi to z kolei ślad biosu: w postaci tekstów pozostawionych przez jednostkę, w których na rozmaite sposoby stara się ona zrozumieć swoją drogę, co znaczy niekiedy, że wpisuje ją w pewne ogólne przekonania, ale też interpretacje i wmówienia, przyjęte przez społeczeństwo, jeśli jednostka pozostała w pamięci bliźnich.

W przypadku pisarza ten podział jest jeszcze bardziej wyrazisty, a jak się za chwilę okaże: dramatyczny. Po jednej stronie – prywatna historia człowieka, któremu przydarzyło się odkryć w sobie talent czernienia papieru; po drugiej – jego utwory, opinie na ich temat, społeczny wizerunek autora. Konflikt polega na tym, że dziś wydajemy się bardziej zaciekawieni „faktem” niż „fikcją”: bądź dlatego że mistrzowie podejrzeń nauczyli nas nieufności do tego, co deklarowane i zewnętrzne, bądź dlatego że współczesne media wzmocniły w nas naturę plotkarzy. Przy tym z biosem utożsamiamy „fakt” , z logosem – „fikcję”. Być może właśnie przeczuwając to, Wacław Berent zniszczył przed śmiercią wszystkie swoje notatki, rękopisy utworów i dokumenty biograficzne. Śladem artysty miało być jedynie dzieło ukończone – nad nim panował i to chciał ludziom pozostawić – natomiast przeznaczeniem prywatności miało być rozproszenie w niepamięci, nieweryfikowalności.

Jednak sytuacja pisarza dzisiaj, ponad pół wieku później, jest znacznie trudniejsza. Berent umierał w czasie okupacji, prawie zapomniany – natomiast w czasie pokoju pojawia się natychmiast zapotrzebowanie na te właśnie informacje, których za życia artysta, o ile nie zdecydował się na karierę celebryty, skutecznie strzegł. Nietrudno dotrzeć do jego znajomych, przyjaciół, ale też, czemu nie, wrogów. Jeśli nie pozostawił rodziny, da się przejrzeć jego szuflady, piwnice i pawlacze. Wychodzą na jaw jego listy, intymny dziennik, tudzież karta zdrowia, której nie chroni już przysięga Hipokratesa. Przetrząsamy zawartość jego bieliźniarki, kosmetyczki, szafki z lekarstwami. W stosownej instytucji sprawdzamy, czy aby na pewno był tak przyzwoity, jak się wydawał, bo może jednak omsknął się raz czy drugi z moralnego gruntu i przyjmował wizyty esbeka? Lub nieświadomy, że znajduje się w jego towarzystwie, powiedział coś nieżyczliwego o opozycji w PRL, a ów to zapisał? Należy nam się – sądzimy – wiedza o tym wszystkim; a gdy ktoś zaprotestuje przeciwko tej praktyce, wskaże mu się zwyczaje Zachodu i stwierdzi, że zdradza się z prowincjonalnością kraju, który nie dość jeszcze tę kulturę naśladuje. Zasadą życia artysty ma być przejrzystość. Publikujesz, a nie podoba ci się ta zasada? Nie ma przymusu publikowania; zresztą zawsze możesz mieć nadzieję, że nie zdobędziesz wystarczającej sławy, by pięć minut po zgonie zajął się tobą jakiś samozwańczy detektyw.

Te refleksje wzbudziła we mnie książka sama w sobie dobrze napisana i uczciwa – Magdaleny Grzebałkowskiej Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego. Zaraz przejdę do jej zalet, bo przecież są, ale jeszcze przez chwilę chciałbym się zająć wykazaniem, że mogła zostać napisana jedynie w określonej sytuacji kulturowej – i to ta sytuacja, nie zaś praca reporterki, budzi mój protest.

Ksiądz Twardowski nie chciał za życia mówić o sobie. Nie tylko starał się, z większym lub mniejszym powodzeniem, rozdzielić role poety i kapłana – aż po zabawną zasadę: wiersze pisywał jedynie w czasie wakacji – ale robił też wszystko, by jego persona (publiczna, zewnętrzna strona osobowości, uformowana przez rolę społeczną duszpasterza) przesłoniła całkiem prywatność. Dla innych miał być ważny logos, słowo poety, i – przede wszystkim – Logos, Słowo, które było na początku, nie zaś przeżycia z dzieciństwa, data ukończenia gimnazjum, osobiste doświadczenia z lat okupacji czy całkiem prywatne przyjaźnie. Jeśli go o to wszystko pytano, mylił się i fantazjował. Celibat został tu najwidoczniej potraktowany radykalnie i rozszerzająco, jako wybór samotności, która tyleż chroni wrażliwą duszę, co przynosi cierpienie, pozostawiając wszakże pewien zakres spraw najintymniejszej relacji między tą duszą a Bogiem. I oto kilka lat po śmierci Jana Twardowskiego wydawnictwo zleca napisanie jego biografii sprawnej i błyskotliwej reporterce. Przyjaciele księdza zachowują w stosunku do niej daleko posuniętą rezerwę (zresztą chyba nie tylko i nie przede wszystkim ze względu na wolę Zmarłego, o czym dalej). Ale przecież to ciekawe, że ksiądz nosił tupecik, co zapewne zdradza jakąś próżność, i że przyklejał go do łysiny. I że desperacko pragnął bliskości kobiet, przyjaźnił się z nimi, a potem porzucał, być może zaniepokojony nadmierną,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Homoseksualista idzie do nieba