Subskrybuj
Pisarz, publicysta, felietonista. Debiutował na łamach czasopisma „Science Fiction”. Autor wielu opowiadań oraz powieści, m.in: Tracę ciepło (2007), Widma (2012), Szczęśliwej ziemi (2013), nominowanej do Nagrody Nike. W 2013 r. był nominowany do Paszportów „Polityki”...

Wyznania człowieka cielesnego

Przypuszczam, że nie cieszyłbym się sympatią Kierkegaarda. My, ludzie estetyczni, w jego oczach byliśmy jako te snuje, co szukają przyjemności i umykają ospale przed cierpieniem.

1. „Niech pan napisze coś o Kierkegaardzie”.
– Kierkegaard był kruchy.

2. Nazywam się Łukasz Orbitowski, mam trzydzieści sześć lat i jestem pisarzem. Moje książki odniosły jakiś tam sukces, mniejszy niż bym chciał, ale należę do ludzi, którym świat się nie zgadza – albo jest za duży, albo za mały, albo, albo – cieszę się doskonałym zdrowiem i nie pamiętam, kiedy odwiedziłem lekarza. Jestem bardzo silny fizycznie i gdy wracam nocą do domu, ludzie dają mi ognia z najwyższą niechęcią, jakby obawiali się, że zaraz poproszę o portfel. Moje piękno jest, przynajmniej odrobinę, pięknem orangutana.

Przejechałem Stany Zjednoczone z wybrzeża na wybrzeże i z powrotem. Wypiłem morze wódki. Biłem się po bramach, a teraz mocuję się z własnym synem, długo, nie czując zmęczenia. Z dziewczynami, najczęściej, szło mi doskonale, choć swoje przepłakałem. Jestem rozwodnikiem. Mam wielu przyjaciół i tabuny kumpli. Mój dzień dzieli się na kwadranse i jeśli mnie zapytacie, co będę robił za tydzień, w piątek o trzynastej dziesięć, natychmiast odpowiem. Nie kocham ruchu, ale ruch pokochał mnie, kursuję między Krakowem, Warszawą, Wrocławiem a moim domem w Kopenhadze. Dom zawsze jest kobietą.

Niewiele wiem, przemyśleń mam jeszcze mniej i w żadnym razie nie nadaję się na filozofa, choć właśnie takie studia skończyłem. Życie jest dla mnie piękną i straszną tajemnicą. Czasem straszniejszą, czasem piękniejszą, ale – jak sądzę – uodporniłem się nieco na zewnętrzność. Jak Pascal, mam swojej własne sztormy i cisze morskie. Wiem jednak, że jestem tylko ciałem, ta dziwaczna maszyneria, która właśnie w tej chwili wypluwa słowo za słowem to tylko produkt uboczny, pewien błąd mojej cielesności, w pełni od niej zależny. Ciałem żyję. Ciało pewnego dnia mnie pogrzebie. Żegnaj, Łukaszku! Kierkegaard nazwałby mnie człowiekiem estetycznym.

3. Obaj zostaliśmy przeklęci. Ktoś dawno temu wypowiedział straszne słowa i do tej pory trwam w ich cieniu. Czasem mam ochotę poprosić tę osobę, aby je odwołała. Myślę, że ów człowiek mógłby na to przystać, ale klątwa jest jak strzała z łuku, raz wypuszczona zmierza do celu i żadne prośby jej nie zawrócą.

Wyobrażam sobie teraz ojca Sørena. Ma dziesięć lat i pasie owce na wietrznej Jutlandii. Jego blade ciało pokrywają sińce szerokości pasa. Na pośladku odcisnęła się mosiężna klamra. Ojciec Sorena – tak jak go widzę – jest chudy, drobny, jeszcze nie wyrósł. Jutlandia to miejsce pochmurne i zimne, owce są krnąbrne, za zabawkę służy kijek i burczący brzuch. Tu moja nieudolna wyobraźnia się kończy. Pewnych tragedii nie umiem przywołać, na pewno nie w eleganckiej kawiarni na Frederiksbergu, gdzie teraz siedzę, popijając carlsberga, trzydzieści pięć koron za kufel. Wydaje mi się jednak, że pastuszek żyjący dwieście lat temu na Jutlandii nie jest nawet nieszczęściem, lecz całą garścią drobnych, uwierających nieszczęść. Złość i bezrozumny smutek zbierają się w chłopcu dzień po dniu niczym robaki w niezaleczonej ranie, wreszcie ojciec Sørena porzuca swoje owce, wspina się na pagórek porośnięty brązową trawą i gryzie wargi do krwi. Na szczycie unosi pięść ku sinym chmurom i przeklina Boga za los, który mu zgotował, przeklina z tą potworną nienawiścią właściwą tylko dzieciom. Nie ma nic straszniejszego, niż nienawiść dziecka. Więc ojciec Sørena wypowiada przekleństwo, rozkłada szeroko ramiona, czekając aż piorun wybawi go z wszelkich kłopotów. Nic takiego nie następuje, niebo jest dokładnie takie, jakim ja je widzę, obojętne i niezamieszkane przez nikogo. Ale ojciec Sørena uważa inaczej. Pojmuje, że piorun uderzy kiedy indziej, być może na raty, będzie piorunem kulistym i powędruje za nim przez życie, wypalając wszystko. Rozumiejąc, co uczynił, ojciec Sørena próbuje przeprosić Boga, na co jest już za późno. Nie zawróci strzały, którą wypuścił, więc umyka trwożnie ze wzgórza i nurkuje między swoje owce, próżno szukając pocieszenia w ich bezmyślnym wzroku.

Dziś bluźnierstwo należy niemal do dobrego tonu i z tej perspektywy trudno mi pojąć, co wydarzyło się na tym wzgórzu. Lepiej byłoby dla ojca Sørena, gdyby nigdy się nie narodził. Doskonale go rozumiem i gdybym był pastuszkiem na Jutlandii, dwieście lat temu, również powiedziałbym Bogu to i owo. Ale nie mogę pojąć, czemu ojciec opowiedział o tym swojemu najmłodszemu synowi. Powinien zatrzymać dla siebie tę tajemnicę, tak aby nie skrzywdziła nikogo poza nim samym. Co mu z tego przyszło? Czy poczuł się lepiej? Nie sądzę. Mógł oczywiście uznać, że jego syn ma prawo wiedzieć, że powinien poznać przyczynę wszystkich nieszczęść czekających na niego w przyszłości. Widzę w tym jednak bezmyślne okrucieństwo, jakąś niemal nieludzką nienawiść do Sørena, już wtedy kruchego i z pewnością nieco szalonego. Jak to było? Wziął go na kolana i powiedział: „Wiesz, synu, jesteśmy przeklęci”? A może wysyczał tę prawdę pośrodku zimnej, bezsennej nocy, gdy światło lampy naftowej zmieniło jego starą twarz w oblicze potwora? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Wolę pozostać bezradny wobec tego wyobrażenia.

Klątwa oczywiście działa i w oczach Sørena Bóg mści się za to, co usłyszał na wzgórzu. Bracia umierają jeden po drugim, gaśnie sam ojciec i Søren coraz mocniej czuje, że odkupienie, którego poszukuje, znajduje się poza jego zasięgiem. Pomiędzy nim a życiem wznosi się mur, młody filozof jest dzieckiem klątwy, tkwiącym pomiędzy światami, gdziekolwiek pójdzie, ma starotestamentowego węża u nogi. Pije, włóczy się z kumplami, tak jak ja piłem i się włóczyłem. Z burdelu umyka przerażony. Znam parę burdeli i przynajmniej w tej kwestii doskonale rozumiem Kierkegaarda.

4. Spoglądam na zdjęcie Reginy Olsen. Tak, na fotografię. W kopenhaskim muzeum – prócz rękawiczek, biurka, paru innych drobiazgów należących do Kierkegaarda – mają niewielki portret tej kobiety. Nie zdołałem kupić reprodukcji, i teraz, przygotowując się do pisania tego tekstu, po prostu wpisałem „Regina Olsen” w wyszukiwarce grafiki. Prócz zdjęć wspomnianego obrazu, znalazłem rysunek przedstawiający filozofa z narzeczoną w kawiarni, kilka innych gryzmołów oraz zdjęcie dziewczyny, która w żadnym razie nie może być Reginą Olsen. Zrobiono je współcześnie. Dziewczyna jest jednak podobna i właściwie otagowana. Ma pełne usta, nieco pucułowate policzki i cofnięty podbródek, nos, stanowczo za duży, dodaje przez sam rozmiar zawadiackiego uroku. Dziewczyna puszcza oko do aparatu fotograficznego, czyli, w tym akurat wypadku, do mnie, ale gdyby Kierkegaard zerknął mi przez ramię, puściłaby je do niego.

W komentarzach poświęconych Kierkegaardowi łatwo natrafić na wulgarną myśl – porzucił ją, gdyż przerażała go perspektywa współżycia; mówiąc językiem współczesnym, filozof miał w spodniach tylko bojaźń i drżenie. Do diabła z takimi komentatorami! Nie zgadzam się na to, gdyż wierzę w słowa Kierkegaarda, gdy mówi, że chciał ocalić Reginę przez sobą samym. Codzienność z tym człowiekiem, z tą mieszaniną arogancji i uniżoności, kompleksu i egotyzmu, wielkiej inteligencji i całkiem sporego obłędu, musiała być torturą. Sam chciałbym być innym oszczędzony, choć nie jestem ani tak inteligentny, ani tak obłąkany jak Søren. Gdyby Bóg mnie przeklął za przekleństwo ojca, nie skazywałbym nikogo na współuczestniczenie w tej klątwie i nie płodziłbym dzieci, których obecności niewątpliwie oczekiwałaby Regina. Za to robiłbym wszystko, żeby przekleństwo zatrzymało się na mnie, na mojej samotności. Trędowaty idzie do wieży i nie oczekuje tam towarzystwa, zgadza się na rolę osobliwości, znajdując w tym równie osobliwą przyjemność. Sam jestem przeklęty, lecz moja klątwa jest klątwą na miarę XXI wieku, świecką klątwą zawiedzionej miłości, dotyczy tylko mnie i zgaśnie wraz ze mną.

5.Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego Kierkegaard porzucił Reginę. Ta przepełniona zmysłowością, bardzo ziemska dziewczyna miała konkurenta w postaci szaleństwa Kierkegaarda. Sokrates z Kopenhagi z pewnością nie uznawał się za obłąkanego, a w swoich tekstach stanowczo prosił, aby go za takiego nie uważać. Co z tego? Będąc z Reginą, podjąłby wyzwania zarezerwowane dla człowieka etycznego i musiałby poświęcić lwią część swojego…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zamknięci w ideologiach