Subskrybuj
Historyk sztuki, kulturoznawca, doktorant w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych Wydziału Polonistyki UJ, kurator w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Obecnie współpracuje przy organizacji festiwalu Warszawa w Budowie. Publikował m.in. w „Didaskaliach”, „Obiegu”, „Szumie”.

Głód. Mało charyzmatyczny skandal

Głód był zawsze, ale kiedyś nie mogliśmy sobie z nim poradzić. Teraz tego nie robimy, bo nam się nie opłaca. Można więc powiedzieć, że przyczyny współczesnego głodu są jeszcze straszniejsze od ich skutków. Głód to nie brak żywności, ale brak etyki.

Szymon Maliborski: W swojej praktyce skupiasz się na kwestii głodu i opracowujesz ją za pomocą różnych środków artystycznych. Nieczęsto obcujemy z problemem tak trudnym do określenia, a jednocześnie tak wyrazistym. Czy przekonuje Cię to, co pisze w Głodzie Martín Caparrós: „Utrzymujący się głód to pierwotny stan, w którym funkcjonował człowiek, a ulga świadomości, że nie będzie trzeba szukać godzinami pożywienia, jest najważniejszą zdobyczą kulturową. Im bardziej jesteśmy syci, tym bardziej jesteśmy ludźmi. I tym bardziej jesteśmy ludźmi, im mniej czasu musimy poświęcać na nasycanie się pokarmem”?

Karolina Brzuzan: Trudno się z Caparrósem nie zgodzić. Ponoć mózgi naszego gatunku zaczęły się szybciej rozwijać, kiedy znaleźliśmy czas na zabawę, czas wolny od zaspokojenia potrzeby jedzenia. Szkoda tylko, że nie potrafimy tego naszego człowieczeństwa lepiej wykorzystać. Pomyślmy tylko: całe masy ludności zajęte codzienną walką o przetrwanie zyskują czas na przemyślenia i odmawiają pracy za głodowe pensje. Kto wtedy by na nas pracował? Czytałam ostatnio o tym, że podczas głodu w Bengalu, stworzonym pod rządami imperium brytyjskiego, Hindusi nie wzniecili powstania tylko dlatego, że byli za bardzo zajęci próbami znalezienia pożywienia.

Caparrós stworzył inną, bardzo ciekawą według mnie myśl, definicję skrajnej biedy jako stanu, w którym nawet nie uświadamiasz sobie, że twoje życie może być inne.

 

Konfrontujesz się z tym tematem jako artystka, co może budzić podejrzliwość i obawy przed prostą estetyzacją tematu. Jak postrzegasz swoje działania w kontekście funkcji praktyki artystycznej?

Świadomie podjęłam decyzję, że będę używać sztuki jako narzędzia. Nie jest więc ona celem samym w sobie. Myślę, że nigdy nie była. Sztuka zawsze do czegoś wołała lub do czegoś się odwoływała. Przestało być dla mnie istotne, czy definiuję siebie jako rzeźbiarkę, artystkę interdyscyplinarną czy artystkę w ogóle – to nudne. Ważne jest dla mnie raczej, jak korzystać z tych narzędzi sztuki. Narzędzie z samej zasady ma działać. Ze sztuką jednak sprawa się komplikuje. Cała gra polega na znalezieniu granicy między funkcjami utylitarnymi przy jednoczesnym zachowaniu tego, co w sztuce najlepsze, czyli całej „strefy irracjonalnej”. To bardzo delikatna materia, którą nieustannie muszę wyważać. Ze względu na temat, jakiego się podjęłam, potrafi spędzać sen z powiek. Jeśli chodzi o estetyzacje, no cóż, każda rzecz posiada formę. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek pozwoliła sobie na zbędny dekor. Zajmuję się raczej tworzeniem znaczeń, estetyka to jedynie tkanina, z której szyję. Jednocześnie to za jej pośrednictwem buduje się znaczenia.

 

Czy chodzi Ci o balans pomiędzy dbałością o formę i wartość autoteliczną Twoich prac a faktem, że są tworzone dla kogoś i z myślą o tym, że powinny zostać odczytane?

Tak. Bardzo ważna jest dla mnie komunikacja z publicznością. Choć łatwo tu wpaść w kolejną pułapkę. Jeżeli moje działania mają być odczytane, to wolałabym, aby traktowano je bardziej jako literaturę niż publicystykę. No, może literaturę faktu…

Bardzo ważna jest dla mnie wiedza, to ona jest pierwszą materią, z której tkam. Zaczynam od gromadzenia informacji. Dopiero później przeprowadzam te dane przez całe „artystyczne szaleństwo” , odrzucam wiele rzeczy, tak by z tego procesu wyciągnąć spójny sens. Kolejną materią w moim procesie jest jedzenie. To bardzo interesujące tworzywo rzeźbiarskie. Bierzemy je do ręki, co już samo w sobie jest gestem związanym z praktyką rzeźbienia. Oddziałuje ono na inne zmysły niż wzrok, spożywanie jedzenia jest bezpośrednim przeżywaniem materii.

 

Sztuka nie jest najciekawszą rzeczą, jaka może nam się przytrafić w rzeczywistości, nie jest również najważniejszą, ale nadaje się do tego, by mówić o sprawach ważnych w sposób ciekawy. Jak sprawić, by wartość merytoryczna, informacje, od których wychodzisz, odbierane przez konkretny obiekt artystyczny, dały nam inną możliwość poznania niż przeczytanie krótkiego tekstu? W kontekście podejmowanego przez Ciebie tematu głodu jest to istotna sprawa.

Definiuję praktykę artystyczną jako język, którym możemy się posługiwać, kiedy słowa nie wystarczają. Gdy werbalny język się kończy, możemy od czasu do czasu uciec się do wizualnego, choć istnieje pewnie jeszcze kilka innych. Okazuje się wówczas, że inaczej doświadczamy danego problemu. Możemy go wtórnie przetłumaczyć na język słów, ale zawsze się coś wytraca. W rozmawianiu o głodzie i związanych z nim kwestiach ekonomicznych oraz politycznych uważam sztukę za przydatne narzędzie. To niewygodny temat. Wstyd go poruszać, jeśli nie kandyduje się w wyborach o tytuł Miss [śmiech]. Jak więc o tym mówić? Potrzebujemy nowych języków, bo stare się nam znosiły.

 

Skąd wiesz, że komunikacja z publicznością nastąpiła? Że przyniosła oczekiwany efekt?

Na podstawowym poziomie wiem, że taka reakcja nastąpiła, gdy po obejrzeniu prac ktoś podchodzi i mówi, że nie wiedział, iż coś takiego miało miejsce, a teraz wie bądź że nie rozumiał, a teraz rozumie. Pojawia się zawsze pewne poruszenie. Człowiek poruszony jest skłonny spojrzeć na rzeczy inaczej.

Ostatnio np. podczas wizyty na francuskiej prowincji niedaleko Calais i „dżungli” (obozu dla uchodźców niszczonego przez francuskie władze), gdzie prezentowałam kilka moich działań dotyczących głodu, odnoszących się wprost do sytuacji uchodźców, bardzo się zdumiałam. To region, który w ostatnim czasie stał się ultraprawicowy, większość wyborców popiera Marine Le Pen. Niczego sobie nie obiecywałam po tym spotkaniu, gdy nagle okazało się, że widzowie wszystko zrozumieli: przyszli do mnie i powiedzieli: „Właśnie zdaliśmy sobie sprawę, że to wszystko dotyczy nas, że uchodźcy to my sami tylko w innym czasie, trochę innym miejscu”. Zaczęli utożsamiać się ze sprawą. Przełączyli się.

 

Co wówczas dokładnie prezentowałaś, do jakich działań zaprosiłaś mieszkańców?

Pokazywałam dwie rzeczy. Rzeźbę bardzo abstrakcyjną i w gruncie rzeczy hermetyczną. Była to moja reakcja na doświadczenie wizyty w obozie dla uchodźców pod Calais. Praca składała się z kilku elementów. Zainspirowałam się m.in. dozownikami na sól umieszczanymi obok karmników zimą w lasach. W nich zamiast soli umieszczona była bryła o kształcie słynnego z tego regionu sera. Pobawiłam się trochę w alchemika, „zmieniając mleko w kamień”. Kolejnym elementem była ciecz nienewtonowska, umieszczona w kontenerze, którego kształt również został zaczerpnięty ze świata form tworzonych przez człowieka dla zwierząt. Płyn nienewtonowski w zależności od siły, z jaką na niego działamy, zachowuje się jak ciecz albo jak ciało stałe. Pod wpływem nacisku staje się oporny, sztywnieje. Można nawet po nim przebiec, byle szybko i bez wahania. Kiedy jednak traktuje się go delikatnie, to otwiera się i zachowuje się jak ciecz. Całość została umieszczona przy obiekcie przypominającym schronienie. To rekonstrukcja szkieletu domów budowanych przez uchodźców w „dżungli”.

Poprosiłam o współpracę Anoura, młodego Sudańczyka, który przybył klasyczną drogą uchodźczą z Afryki przez Libię i morze do Francji. Pomógł mi w rekonstrukcji swojego schronienia. Był to czas, gdy systematycznie palono „dżunglę”. Anour, posługując się językiem francuskim, którego właśnie się uczył, stał się też przewodnikiem dla miejscowych po mojej wystawie. Opowiadał o sposobach radzenia sobie podczas urządzania schronienia, przyprowadzał również ludzi do stołu z przygotowanymi przeze mnie głodowymi potrawami. Talerze i znajdujące się na nich potrawy łączyły historie głodu z przeszłości, z okresów wojen światowych, ze współczesnymi przypadkami głodowych przepisów np. z Syrii i z własnych doświadczeń Anoura. Ważny był moment, gdy przyprowadzeni ludzie mówili, iż zawsze umiejscawiali głód w Afryce, myśleli o nim za pomocą fotografii dzieci z wydętymi brzuszkami. Głód obecny poprzez klisze, z którymi już nie sposób się identyfikować. Nagle ci ludzie zyskują przekonanie, że głód panuje tak blisko, przypominają sobie, że dwa pokolenia temu był również ich udziałem.

 

Słyszy się, że głód jest stanem wyjątkowym. Gdy przyglądam się historii lub czytam statystyki, to dochodzę do zupełnie innego wniosku. Mam wrażenie, że to stan powszechny, a w Europie łatwo zatraciliśmy przekonanie o powszechności tej historii.Ludzie lubią mówić o głodzie, że był zawsze, a teraz jest go mniej niż w przeszłości. „To więc duży sukces, że udało się go w znacznej mierze opanować”. Ta popularna opinia mija się z prawdą. Głód wciąż istnieje i rośnie. A ponieważ jest często tam, gdzie żywności nie brakuje, możemy śmiało nazwać…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Przepis na głód