Tak jak w zdaniu opisującym kalkulację strat żołnierzy podczas bitwy pod Verdun: według jednych źródeł zginęło tam prawie 700 tys. żołnierzy, a według innych liczba ta była jednak bliżej 800 tys. martwych. W pewnym sensie nie widzę w tym różnicy. W języku naukowych książek historycznych panuje bowiem niezbędny i nieznośnie profesjonalny dystans, taki jaki był na twarzach generałów przesuwających na makiecie frontu małe klocki oddziałów, a większe – dywizji. 100 czy 200 tys. są liczbami tak ogromnymi, że aż niewyobrażalnymi dla kogoś, dla kogo jedna zabita w wojnie osoba to już za dużo. A jak to przeżywać i co myśleć, gdy będzie to dotyczyło nie ludzi, ale zwierząt albo inaczej: naszych niewinnych przyjaciół? Czy w ogóle stać nas będzie na coś więcej, kiedy nie umiemy płakać, myśląc o ludziach?
Wspomnienia wojny
Rozmawiałam niedawno z ponad 80-letnim człowiekiem, który jako dziecko przeżył sowiecki nalot i atak na ludność cywilną pod Wołominem. Szli drogą, szły też konie, psy i kury, nagle samolot zniżył się i zaczął do wszystkich strzelać. Pocisk odciął koniowi głowę. Jego kadłub i nogi stały przez chwilę, by zaraz runąć w piach. Zwróciłam uwagę na ten obraz, że się wcale nie skończył i trwa u tego człowieka w całej fizyczności rysunku detali. Zapewne była to jedna z tych wielu migawek koszmarnych wspomnień wojny, które od czasu do czasu wyłaniają się z pamięci. Być może żyje ona dlatego, że dotyczyła zwierzęcia, istoty z natury bez skazy, bez przyczyny uczestniczącej w tych ludzkich jatkach, a mimo to równie jednoznacznie w nich rżnięta.
O tych zapomnianych istotach myślących i współczujących – o zwierzętach – współbraciach naszych pierzastych i kopytnych, z którymi dzielimy życie, większość genów i wspólnych przodków, a które wtłoczyliśmy w wojnę, naszą I wojnę światową, jest książka Érica Barataya Zwierzęta w okopach. Zapomniane historie.
Czytamy tu o psach, koniach, gołębiach werbowanych, szkolonych i wrzuconych na front, gdzie same nie walczyły, tylko miały służyć ludziom w realizacji ich planu jak najszybszego wybicia innej grupy ludzi, zwanej wrogiem. Dźwigały je, węszyły dla nich w ziemi, dostarczały wiadomości powietrzem wedle swoich instynktów, jak zawsze – byle tylko żyć. Autor już we wstępie zaznacza kilkakrotnie, że będzie to wyłącznie rzeczowy spis faktów, wrysowanie w historię roli zwierząt, o której zapomnieliśmy, bez antropomorfizacji i emocji. Wcale się to jednak nie udało, bo udać się nie mogło. Już sam podział na rozdziały i podrozdziały, jak m.in.: Zwerbowane wbrew woli, Wymuszona nauka maszerowania, Oddani pomocnicy, Cierpienia zwierząt gospodarskich, Oblicza śmierci, Ciężar poświęcenia, pozwala co prawda wyodrębnić opowieści świadków, fragmenty listów, danych odnalezionych w kartotekach ewidencji, ale one wszystkie pękają od bólu.
Wielkie liczby, pojedyncze historie
Czytamy, że podczas I wojny światowej zwerbowano ok. 11 mln koniowatych, 100 tys. psów, ok. 200 tys. gołębi. Mimo że służyły wszystkim na wojnie, to trudno jest mi postawić tę przeogromną, bezimienną armię po jakiejkolwiek stronie konfliktu. Wyrwane były przecież z królestwa zwierząt i postępowały tak, jak ewolucja je do tego królestwa przystosowała. Zredukowano je zaś do narzędzi dla człowieka. Z książki tej nie dowiemy się jednak, ile zwierząt uciekło w czasie wojny z opuszczonych domów, ile zginęło z głodu, czekając na swojego opiekuna, jak wiele zostało skradzionych, przepędzonych lub zjedzonych, by ratować ludzkie życie. Nie wiemy też, jaka część z nich została rozstrzelana, wysadzona w powietrze, a jaka uduszona gazami bojowymi. Te statystyki są bardzo niedokładne, przez wielu niezauważalne, nieważne, wpisane tylko w zakurzone tło jedynie ludzkiej wojny. I znowu pewnie te ogromne liczby powinny nas zdystansować od istoty problemu i współodczuwania. U mnie się to jednak nie wydarza, bo właśnie te liczby zostały w książce Barataya podzielone na całkiem małe, pojedyncze historie, które zaraz same uderzają z całym impetem, tak jak dzieje się to w przypadku indywidualnych świadectw i przejść ludzi, tu zaś koni z francuskich wsi, koni sprowadzanych statkiem z Ameryki, szczurów z okopów pod Verdun czy psów w Belgii, które ciągnęły karabiny maszynowe do zabijania wszystkiego.
Czytanie tej opowieści nie tyle otwiera oczy na koszmar wojny, bo to przecież znane, tak bez końca powtarzane i do powtórzenia na pewno znów, ile sypie w te oczy piach i sól niebywale drażniącego wstydu, że to właśnie my jesteśmy gatunkiem, który wprowadził inne w środowisko, do jakiego całe miliardy lat adaptacji w ogóle go nie przygotowywały. Miało być przecież zupełnie inaczej.
Z tej książki dowiadujemy się więc o wielkiej zdradzie człowieka wobec zwierząt.
Tylko zwierzę?Kiedy tysiące lat temu udomawialiśmy psy czy konie, przekupując je spokojnym spaniem i garścią karmy za ich towarzystwo czy siłę mięśni, nie było mowy o rozstaniu, nie było mowy o oddaniu na wojenną rzeź. Baratay poświęca cały rozdział rozstaniom zwierząt domowych z ludźmi. Otwartość, dobro i zaufanie koni wobec właściciela buduje w nich więź na całe życie. Naturalnie, jest to rodzaj atawizmu, typowego dla zwierząt stadnych, o czym autor także wspomina, tłumacząc, że relacja z bliskimi jest dla nich ważnym sposobem budowania hierarchii i przywiązania, ale według mnie, czy jest to ekspresja instynktu, czy jest tam też coś więcej – nie ma przecież najmniejszego znaczenia. Bo ważne jest to, że ta mimo wszystko szczególna więź między opiekunem i koniem zostaje w punkcie werbującym brutalnie przerwana i jednoznacznie zapieczętowana wypalonym znakiem ewidencyjnym w skórze. Skończyły się porządek, spokój codziennego rytuału. Zaczynają się prawdziwy lęk, panika, a przede wszystkim nowa rola:…