Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Transplantacje. Czy jest się czego bać?

Czas zmienić nasze podejście do przeszczepiania narządów. Nie musimy traktować dawców pośmiertnych jak herosów, dokonujących nadludzkich czynów. Wręcz przeciwnie: jest to forma pomocy, której nie wypada odmówić.

Anna Mateja: Zadam na początek pytania, które mogą wydać się banalne jak na dyskusję z cyklu „Jaskinia filozofów”. Wynikają one jednak z mojego doświadczenia dziennikarskiego – rozmawiałam bowiem zarówno z transplantologami, jak potencjalnymi dawcami bądź biorcami. Osoby z tej drugiej grupy często się zastanawiają: czy na pewno lekarze wiedzą, co robią? Czy nie popełniają błędów? Proszę Pana Profesora o przypomnienie warunków, wykluczających możliwość pomyłki przy orzekaniu śmierci osoby, od której mają być pobrane narządy do przeszczepień.

Marek Krawczyk: Regulacje są jednoznaczne. Istnieje obowiązek dwukrotnego potwierdzenia śmierci mózgu przez komisję złożoną z neurochirurga bądź neurologa oraz anestezjologa. Aby wykluczyć zaangażowanie lekarzy transplantologów prowadzących chorych oczekujących na przeszczepienie, które mogłoby wpłynąć na podejmowaną decyzję, do tej komisji nie mogą należeć transplantolodzy.

W 1996 r. powstał Poltransplant – instytucja, której zadaniem jest organizowanie w Polsce działań związanych z przeszczepianiem tkanek i narządów. W szpitalach pracują odpowiednio przygotowani koordynatorzy, którzy po stwierdzeniu przez zespół lekarski śmierci mózgu informują Poltransplant, że w danej jednostce znajduje się zmarły człowiek, od którego można pobrać narządy.

AM: Innymi słowy: od żywych nie pobierają. Kto jeszcze nie wypełnił deklaracji o zgodzie na pobranie narządów, powinien to zrobić i nosić ją w portfelu.

MK: W Polsce istnieje zasada zgody domniemanej. Jeśli ktoś nie zgłosił do Poltransplantu deklaracji, że w razie nagłej śmierci nie zgadza się na pobranie narządów do transplantacji, to zakłada się jego zgodę na takie działanie. Gdy koordynator zgłasza śmierć pacjenta, jest to pierwsza rzecz, którą się sprawdza. Czym innym jest natomiast zgoda wprost: każdy może wypełnić w Poltransplancie deklarację, że jego narządy po śmierci mogą być wykorzystane do ratowania życia chorego człowieka.

Mimo zasady zgody domniemanej lekarze zawsze rozmawiają z rodziną zmarłego. Informują najbliższych, że doszło do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu oraz o możliwości pobrania narządów do przeszczepień. Zadawane jest też pytanie, czy zmarły nie zadeklarował w jakiejś rozmowie braku zgody na oddanie narządów. Jeśli taka relacja zostanie przedstawiona, odstępuje się od pobrania. Podobnie zresztą – mimo zasady zgody domniemanej – w sytuacji sprzeciwu samej rodziny.

AM: Czyli zdanie rodziny bierze się pod uwagę, niezależnie od woli samego zmarłego.

Piotr Grzegorz Nowak: Z perspektywy etycznej z transplantacjami związane są dwie frapujące kwestie. Po pierwsze: od kogo można pobrać narządy? Czy tylko od tych, którzy się na to zgadzają, czy może od wszystkich, którzy się nie sprzeciwiają? Jak mówił prof. Krawczyk, w Polsce obowiązuje zasada zgody domniemanej – ewentualną odmowę oddania narządów można wyrazić albo pisemnie, albo w obecności dwóch świadków. Stąd potrzeba, żeby koordynator transplantologiczny porozmawiał z rodziną o ewentualnym sprzeciwie zmarłego. Osoby, które szkolą koordynatorów, podkreślają, że w rozmowie z rodziną należy pytać właśnie o wolę zmarłego, czy ten kiedykolwiek sprzeciwił się ewentualnemu pobraniu narządów, a nie o zgodę samej rodziny na taki krok. Sądzę, że jest to słuszne rozwiązanie.

Druga ciekawa kwestia dotyczy tego, na ile jesteśmy zobowiązani do dobroczynności.

Kiedy pomoc drugiej osobie nie jest czynem nadobowiązkowym? Kiedy – mówiąc wprost – przestalibyśmy być przyzwoitymi obywatelami, gdybyśmy komuś nie pomogli?

Nawiązując do rozważań Tomasza z Akwinu i do współczesnej etyki medycznej Toma Beauchampa i Jamesa Childressa, etycy starają się opisać warunki zobowiązujące nas do udzielenia pomocy. Taka sytuacja ma miejsce, np. jeśli jesteśmy w stanie niewielkim kosztem uratować kogoś przed poważnym uszczerbkiem na zdrowiu bądź utratą życia. W sytuacji dawcy-zmarłego możemy śmiało powiedzieć, że pomoc, której udziela on po śmierci, stanowi niewielkie wyrzeczenie. Jest to pomoc, której nie wypada odmówić.

Było kiedyś takie hasło promujące transplantologię: „Nie bądź sknerą, podziel się nerą”. Dobrze oddaje ono myśl, że nie musimy traktować dawców pośmiertnych jak herosów, którzy dokonują nadludzkich czynów.

Wojciech Bonowicz: Tak mi przyszło do głowy: „Bądź sobą, podziel się wątrobą”.
AM: Niewiele nas ta pomoc kosztuje, skoro udzielamy jej wówczas, gdy umieramy.

PGN: Albo raczej: udzielamy jej po śmierci – bo tak należy mówić, jeśli jesteśmy przekonani, że śmierć mózgu jest śmiercią człowieka.

AM: Skąd więc biorą się nasze opory? Dlaczego jesteśmy przywiązani do integralności ciała, które przecież zmienia się przez całe życie?

Barbara Chyrowicz SSpS: Moje ciało jest w pewnym sensie mną samym. Z punktu widzenia filozofii czy religii możemy powiedzieć, że człowiek nie jest tylko ciałem, ale przecież to ono mnie konstytuuje, wypowiadam się poprzez ciało, dzięki niemu rozpoznają mnie inni. Posiadanie ciała różni się od posiadania wszelkich innych dóbr, co sprawia, że ingerowanie we własną cielesność staje się moralnie relewantne.<!–widoczny:2020-10-01–>

Zwrócili Państwo uwagę, że oddanie narządu po śmierci niewiele nas kosztuje – można powiedzieć, że nic nas nie kosztuje. Po śmierci – o czym doskonale wiemy – nikomu z nas ciało nie jest potrzebne.

Materia naszego ciała jest nadto nader krucha – plastikowe butelki czy reklamówki okazują się znacznie trwalsze.

Śmierć jest wyrzeczeniem się ciała. Zrozumiała wydaje się stąd irytacja nieżyjącego już, wybitnego transplantologa, prof. Wojciecha Rowińskiego, któremu trudno było pogodzić się z faktem, że życia wielu ludzi czekających na narząd do przeszczepienia nie da się uratować, ponieważ w polskich warunkach bez zgody rodziny nie przeprowadza się takiej operacji, a rodzina często zdecydowanie się jej sprzeciwia.

Mimo iż, o czym mówił już mój przedmówca, bycie dawcą narządów nie jest heroizmem, uważam, że należy szanować zgodę bądź sprzeciw potencjalnych dawców. Jeśli respektujemy czyjeś zawarte w testamencie decyzje dotyczące własności materialnej, tym bardziej powinniśmy szanować rozstrzygnięcia dotyczące pośmiertnych losów jego ciała. Doskonale rozumiem też, że lekarze nie chcą spierać się z rodziną, której cierpienie po śmierci bliskiego nie pozwala zgodzić się na pobranie narządów z jego ciała.

AM: Można zapytać: dlaczego rodzina zmarłego tak jest przywiązana do jego ciała?

Bogdan de Barbaro: Kilka lat temu za namową wspomnianego prof. Rowińskiego wraz ze swoimi współpracownikami próbowałem zrozumieć, co w takiej sytuacji dzieje się w rodzinie. Okazało się, że dla rodziny, inaczej niż dla chirurga czy anestezjologa, śmierć bliskiej osoby nie jest oczywista. Pojawia się wiele różnych emocji, a także, mówiąc wprost: obawa, że lekarz nie mówi prawdy. Wielu uczestników badań wspominało o tzw. efekcie Ziobry.

AM: W lutym 2007 r. ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powiedział na konferencji prasowej o zatrzymanym przez CBA kardiochirurgu i transplantologu: „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Oskarżanie doktora Mirosława G. o uśmiercenie pacjenta było, jak dowiedziono sądownie, bezpodstawne. Niemniej na kilka następnych lat wyraźnie spadła liczba transplantacji z racji braku narządów.

BB: Spadła gotowość do wyrażania zgody, ponieważ w ludziach zmniejszyło się zaufanie do lekarzy. Było to dla nich bardzo bolesne. Okazało się, że owo dramatycznie „nie” ze strony rodziny, które respektowano, mimo że prawo tego nie wymagało, wynikało po prostu z tego, że nie wierzono lekarzom, iż bliski człowiek naprawdę nie żyje. W konsekwencji umierali zaś potencjalni biorcy.

AM: Czy szpitalny korytarz to jednak właściwe miejsce na tak dramatyczne dyskusje? Może kwestia potencjalnego dawstwa powinna być tematem publicznej debaty? Czy nieufność wobec lekarzy i niski poziom dawstwa w Polsce nie wynikają z tego, że w ogóle nie zajmujemy się tym problemem, dopóki życie nas z nim nie skonfrontuje

PGN: Na pewno myślenie o własnej śmierci nie należy do przyjemnych zajęć, a wszyscy zdajemy sobie sprawę, że dawcami narządów nie zostają ludzie, którzy umierają w wieku 80 lat, ale znacznie młodsi.

AM: Może zamiast mówić o byciu dawcą narządów, powinniśmy mówić o ratowaniu życia chorych osób? Czy zmiana retoryki nie byłaby dobrym pomysłem?

PGN: Zmiana retoryki dalej musiałaby się wiązać jednak z uświadomieniem sobie możliwości swojej tragicznej śmierci, np. w wyniku pęknięcia tętniaka mózgu albo zewnętrznego urazu czaszki. Niełatwo zachęcić ludzi do takich rozmyślań. Z tego powodu jestem gorącym zwolennikiem obowiązującej regulacji braku sprzeciwu. Uważam, że można ją poprawić nieco z tej perspektywy, o której mówiła s. Chyrowicz, czyli perspektywy zgody i szanowania autonomii. Celowo powiedziałem, że niewiele nas kosztuje oddanie narządów po śmierci, bo uważam, że istnieje jednak coś takiego jak szkoda pośmiertna. Jeśli ktoś postąpi z moim ciałem niezgodnie z moją wolą, można powiedzieć, że mój dobrostan na tym cierpi: nie dobrostan zwłok, które po mnie pozostały, ale mnie jako osoby, która była kiedyś żywym człowiekiem. To nie jest, jak sądzę, strata druzgocąca, ale trzeba ją brać pod uwagę. Być może należałoby więc udoskonalić obowiązującą regulację na wzór propozycji sformułowanej kiedyś w Holandii, według której każdy obywatel w pewnym momencie życia – np. składając wniosek o prawo jazdy – powinien mieć szansę odpowiedzieć na pytanie, czy chce być dawcą. Brak odpowiedzi uznaje się za milczącą zgodę osoby, która po prostu woli nie myśleć o swojej śmierci.

MK: Uważam, że mówienie, iż ktoś chce być dawcą, to ogromne uproszczenie. Czy ktokolwiek chce umrzeć? Chcielibyśmy żyć zawsze w dobrej formie.

Na pewno ważna jest umiejętność dobrania odpowiednich słów w rozmowie z rodziną zmarłego. Musimy zrozumieć jej dramat, by jej nie dotknąć, nie sprawić bólu tą rozmową.

Około 10% rodzin odmawia pobrań od swoich bliskich zmarłych. Jednakże sytuacja w 2007 r. wyglądała katastrofalnie: przeszczepialiśmy tylko u chorych w sytuacjach naglących, bo dla planowych przeszczepień nie było w ogóle wystarczającej liczby pobranych narządów. I nikt nie poniósł odpowiedzialności za tę sytuację.

AM: To chyba najbardziej demoralizujący aspekt całej sprawy.

BC: Chciałabym nawiązać do wątku, który pojawił się w wypowiedzi prof. Krawczyka: myślę, że kontekstem debaty nad zwiększeniem liczby dawców nie musi być problem śmierci. Kwestię transplantologii można po prostu włączyć w edukację szkolną, dokładnie: w lekcje biologii człowieka. Wyjaśniając funkcje poszczególnych organów, należy wytłumaczyć, czym jest transplantologia i że godząc się na bycie dawcą, można uratować komuś życie. Oswojenie od dziecka z problemem transplantologii mogłoby sprawić, że wyrażanie zgody na pobranie po śmierci organów nie miałoby charakteru nadzwyczajnego ani heroicznego.

AM: Możemy też przeczytać fragment encykliki Evangelium vitae, w której mowa o dawstwie narządów jako najwyższej formie miłości bliźniego.

BC: Tak, tylko że encykliki czytają niektórzy, a biologii uczą się wszystkie dzieci.

WB: Pojawiło się pytanie z publiczności dotyczące właśnie roli Kościoła. Skoro w codziennej modlitwie wyznajemy wiarę „w ciała zmartwychwstanie”, powstaje problem etyczny: czy zmarły zmartwychwstanie bez nerki, serca, wątroby itd.? Można się śmiać, ale dotykamy tu rzeczywistego problemu: w końcu wyobraźnia religijna żywi się często dosłowną interpretacją.

PGN: Cieszę się, że takie pytanie padło, bo widać świadomość religijną osoby, która je zadała i która zauważyła, że katolicy wierzą w ciała zmartwychwstanie: jak więc pogodzić tę wiarę z oddawaniem narządów? Ta sprawa była poruszana przez Tomasza z Akwinu, który wprawdzie nie musiał borykać się z problemem transplantacji, ale rozważał problem poniekąd analogiczny: co się stanie z ciałem człowieka, który zostanie zjedzony przez kanibala? Czy i w jaki sposób ono zmartwychwstanie? Oczywiście Tomasz pisał, że moc Boża zadziała w takich przypadkach i ciało zjedzonego zmartwychwstanie. Co więcej, Kościół do dziś podkreśla, że ciało będzie przemienione, doskonalsze niż to, w którym żyjemy przed śmiercią. Problem przeszczepień nie powinien więc rodzić obaw wśród katolików. Jeśli głoszę jakieś herezje, proszę s. Chyrowicz o korektę…

BC:Jeśli chodzi o zmartwychwstanie, nie mam za sobą żadnych doświadczeń… Cóż, czytamy w Piśmie Świętym: „w proch się obrócisz”. Ciało człowieka obraca się w proch…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Harari. Czy możemy mu zaufać?