Subskrybuj
Debiutowała powieścią Pustostany, za którą w 2020 r. otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia oraz Nagrodę Conrada.

Co mi zrobił patriarchat?

Bardzo trudno wyrasta się na kogoś, w kim jest siła i pewność siebie. To egzotyczne wartości, które skutecznie eliminuje wychowanie dziewczynek do bycia grzecznymi i ciągłe przywoływanie ich do porządku. Takie wychowanie sprawia, że codziennie chce się wyłącznie zniknąć.

W dzieciństwie byłam chłopcem. Przynajmniej częściowo. Miałam komplety sportowych ubrań z rysunkami rakiet kosmicznych i rakietek tenisowych, wzory na tyle uniwersalne, żeby pasowały na brata, kiedy z nich wyrosnę. Mój rower miał najwięcej przerzutek ze wszystkich dziecięcych rowerów, a moje ciało miało najwięcej strupków, które można było zdrapywać, i wtedy jak na moje standardy wyglądało to jeszcze bardziej elegancko, jak u prawdziwego wojownika. Miałam typową fryzurę lat 90. przeznaczoną dla dzieci: możliwie krótką i z krzywą grzywką skracaną nożyczkami przez matkę do takiej długości, żeby nie zasłaniała zbyt dużo czoła i żebym od niej nie oślepła. Ojciec mówił do mnie Dorek i z całą pewnością byłam jego ulubionym synem. Zabierał mnie do warsztatu, mogłam budować tam domy lub meble z drewna, używając przy tym wszystkich dostępnych narzędzi, nawet krajzegi, czyli stołowej piły tarczowej, chociaż tej akurat z niewielką pomocą. Wychodziłam sama z domu i nigdy nie miałam wyznaczonej godziny powrotu. Wieczorami poza domem pilnował mnie tylko duży czarny pies rasy seter szkocki (gordon), z którym mieliśmy najwięcej przygód, byliśmy władcami całego świata, nieustraszonymi i pewnymi siebie. Wiedziałam, że umiem dobrze wspinać się na ogrodzenia i że szybko jeżdżę na rowerze, daleko, aż do wielkiej szosy lubelskiej, więc wydawało mi się, że takie talenty wystarczą, żeby poradzić sobie jakoś w życiu. To była dobra perspektywa. Nie czułam się specjalnie ważna dla moich rodziców, ale byłam ważna sama dla siebie i to było dla mnie w sam raz.

Mogłam być, kim chciałam. Kiedy ktoś pytał mnie, kim chcę zostać, jak dorosnę, odpowiadałam, że psem, ale prawdę mówiąc, nigdy do końca nie wierzyłam, że uda mi się dorosnąć. To była odległa koncepcja filozoficzna, poza moim pojęciem, bo ja nie byłam za bardzo zainteresowana transferem z dziecka w prawdziwą dorosłą osobę; sam pomysł, że można zaplanować sobie przyszłość, wydawał mi się co najmniej głupi.

Czułam, że moje ciało to ciasny, ale jednak wystarczający domek zbudowany w odpowiedniej skali. Wszystko się w środku mieściło i działało jak trzeba. Było w nim wygodnie jak u Reksia w budzie. Oczywiście, gdyby nadarzyła się taka okazja, to mogłabym je wymienić na trochę ładniejsze ciało, np. ciało atomówki, która ma długie żółte włosy i może latać oraz uratować świat, ale mój wzrost i wiek wydawały mi się doskonałe, trafione w punkt. Nie chciałam ich gwałtownie zmieniać. Cieszyłam się, że ktoś mnie tak świetnie wymyślił, oraz z tego, że miałam w sobie wielką prędkość i supersiłę. Potrafiłam sama się sobą zaopiekować, wymyślałam wspaniałe historie i umiałam dobrze rysować wilki, a więc dorastanie nie było mi do niczego potrzebne. Nigdy nie uwierzyłam też do końca w to, że moi rodzice byli kiedyś dziećmi podobnymi do mnie. Wcale nie dawali tego po sobie poznać. Fakt, że ja byłam dzieckiem, był moją supermocą. Niestety, szybko się okazało, że nie wszystko układa się w życiu po mojej myśli.

Niezdarna kosmitka

Zmiany przychodziły stopniowo. Przyjmowałam je z dużą zgrozą, bo były niespodziewane i straszne. Wcale mi się nie podobało to, co się ze mną dzieje. Emocjonalnie znajdowałam się w otchłani rozpaczy albo na wyimaginowanym cmentarzysku słoni, gdzie pełno jest walających się kości i chichotliwych hien. Byłam tam całkiem sama, odłączona nawet od własnego ciała, bo to nowe ciało było już inne, nie było tak bardzo moje. Pojawiły się rzeczy, których nie mogłam uniknąć, i to było straszne. Na początku myślałam, że dam radę zatrzymać jeszcze zbliżającą się wstrętną starość, przez niektóre osoby nazywaną też dojrzałością. Wymyśliłam na nią różne sposoby. Miałam nadzieję, że jeśli będę na bieżąco wyrywać pęsetą włosy łonowe i zakrywać pachy, to wszystko będzie dobrze i nie trzeba będzie niczego zmieniać. A jednak było coraz gorzej. Najchętniej spędziłabym cały okres dojrzewania zamknięta w domu. Trwałoby to kilka lat, ale może łatwiej bym go zniosła i nie czułabym się taka zniszczona życiem wśród ludzi, którzy nie przestawali oceniać mnie przez pryzmat wyglądu i niespodzianek zmieniającego się ciała. Niestety, rodzice się nie zgodzili i musiałam chodzić do szkoły. Było to miejsce mało przyjazne do życia. A tak naprawdę to każde miejsce poza moim pokojem było takie samo: najgorsze.

Codziennie konfrontowałam się z osobami, dla których byłam przede wszystkim ciałem, nastoletnim i nie do końca udanym – a więc jeszcze nie prawdziwą osobą – i nie było to dla mnie łatwe. Odkryłam wtedy, że o ile małe dzieci zostały wymyślone w taki sposób, żeby mogły wzbudzać w dorosłych chęć zaopiekowania się sobą i czułej ochrony, o tyle nastolatki wywołują w dorosłych wyłącznie lekki wstręt. Wyglądają jak niezdarni kosmici, mają nieproporcjonalne ciała, ich twarze świecą się od zbyt dużej ilości sebum, ciągle się czerwienią, potykają się o swoje własne nogi, mówią dziwnym głosem, wydają się strasznie głupi i nie ma w nich żadnej słodyczy. Z tych powodów z trudem traktuje się ich z szacunkiem. Szczególnie jeśli są dziewczynami. Czasami ten okres rozciąga się na całe życie albo kończy się, ale pozostają po nim okropna niepewność oraz poczucie wartości na poziomie zero, ciągłe przekonanie, że jest się nieważną i śmieszną. Bardzo trudno wyrasta się na kogoś, w kim jest siła i pewność siebie. To egzotyczne wartości, które skutecznie eliminuje wychowanie dziewczynek do bycia grzecznymi i ciągłe przywoływanie ich do porządku. To wychowanie sprawia, że codziennie chce się wyłącznie zniknąć.

Miałam nowy zapach. Był szczególnie wyraźny po WF-ie, na którym robiłam niewiele więcej poza wstydzeniem się siebie w spodniach odsłaniających nogi albo nóg w leginsach. Każda wersja była najgorsza, a WF był największym koszmarem. Pod warstwą odzieży sportowej z lycry rosły czarne włosy. Była ich cała plantacja! Myślałam, że z takim ciałem wyglądam jak zwierzę. Trudno było o czymś takim zapomnieć i spokojnie ćwiczyć dwutakt, podczas gdy chciało mi się wymiotować ze wstrętu od samego patrzenia na nogi. Moje łydki znacznie różniły się od ciał pań z reklamy, które pozawijane w białe ręczniki, siadają na brzegu wanny w telewizorze i maszynką usuwają niewidzialne włoski z idealnie gładkich nóg po to, żeby były jeszcze bardziej idealne. Matka straszyła mnie, że jeśli zgolę włoski na nogach, to odrośnie ich dwa razy więcej, będą dwa razy dłuższe i dwa razy grubsze, a skóra zrobi się czarna jak na brodzie u mężczyzny i nigdy nie pozbędę się tego zarostu. Kilka razy odważyłam się zaryzykować, ale miałam kłopoty, kiedy matka zauważyła, co zrobiłam, i musiałam przysięgać, że więcej tego nie zrobię. Nie było tak łatwo stać się panią z reklamy.

Najgorsze było przebieranie się na zajęcia w strój sportowy w szatni pełnej ciał i to, że nie było się gdzie ukryć. Kilka razy przebierałam się w toalecie, ale utopiłam tam telefon, który w kabinie wyślizgnął się z kieszeni, więc później odpuściłam ten sposób i starałam się tylko przebierać jak najszybciej, zanim mnie ktoś zobaczy. Najgorsze było też to, że zajęcia prowadził nauczyciel, który chętnie pocieszał swoje uczennice. Kiedy nie wyszedł nam dobrze skok wzwyż albo coś innego, to czy tego chciałyśmy czy nie, mocno nas do siebie przyciskał, to było przytulanie na pocieszenie. Raz dziewczyny ze starszych klas zapytały nas w szatni, z kim mamy lekcję. Ktoś wymienił nazwisko, a starsze dziewczyny odpowiedziały: o nie, przecież one są jeszcze małe! Pamiętam, że jednego dnia ktoś poskarżył się po godzinie wychowawczej naszej wychowawczyni i powiedział jej, że jesteśmy za bardzo przytulane na lekcjach, ale nic się nie wydarzyło, poza tym że pan od WF-u strasznie się na nas obraził. Kazał nam później biegać za karę w kółko przez cały WF i opowiadał innym nauczycielom, jakie z nas kłamczuchy. Wszyscy byli oburzeni, że miałyśmy czelność coś takiego wymyślić, nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak możemy popsuć komuś życie, i że gdyby coś takiego działo się naprawdę, to oni by o tym wiedzieli. To bardzo wyraźne wspomnienie i świetna lekcja życia.

Rola przyszłej matki

Ale oczywiście to nie koniec zmartwień. Moje ciało przysparzało mi ich milion. Raz zapomniałam z domu podpasek i wstydziłam się je pożyczyć, więc ćwiczyłam przez cały WF z rolką papieru toaletowego w majtkach. Jakieś dziecko powiedziało mi też na boisku, że z moich pryszczy można chyba wycisnąć całe wiadro ropy, i byłam prawie pewna, że ten chłopiec (oczywiście, że to był chłopiec!) może mieć sporo racji. Pryszcze pojawiały się nawet w uszach. Matka zabierała mnie do kosmetyczki, wyłam tam z upokorzenia i bólu, ale niewiele to pomagało. Nie dostałam żadnych poważnych leków, bo pokutowało wtedy myślenie, że jak zacznę brać antybiotyk na trądzik, to nie będę mogła mieć dzieci albo urodzę chore, które całe życie będzie się przeze mnie męczyć. Była to ostatnia rzecz, którą przejmowałabym się jako zasypana wągrami dziewczynka. Ale z jakiegoś powodu nikt nie brał za bardzo pod uwagę mojego zdania. Wtedy poczułam przedsmak tego, że w ogóle nie liczę się ja jako osoba – liczy się tylko wyimaginowana koncepcja macierzyństwa, a inna rola niż przyszłej matki dziecka w ogóle nie jest dla mnie przewidziana w planach świata. Już w klasach 4–6 musiałam robić wszystko dla dobra dziecka, mimo że nigdy nie zamierzałam żadnego urodzić. Macierzyństwo było wszystkim, co miało mnie czekać w przyszłości, jedyną perspektywą sukcesu. Jednocześnie byłam przekonana, że i tak nikt nie chciałby się ze mną rozmnażać, bo czułam się jak potwór i nienawidziłam swojej twarzy. Raz myślałam, że mam złamany nos. Tak bardzo bolał mnie w jednym miejscu, że poszłam do pielęgniarki, żeby to zgłosić. Okazało się, że to tylko kolejny wyrastający pryszcz. W tym czasie jedna dziewczynka rzeczywiście zaszła w ciążę. Chodziła ze mną do klasy i dostawała stypendium dla najlepszego sportowca w gminie. Miała pójść do szkoły sportowej w Warszawie, ale nic z tego nie wyszło, bo urodziła dziecko, drugą taką samą dziewczynkę jak ona, tylko trochę mniejszą. To było na początku gimnazjum. Chyba musiała zmienić klasę. Byłam zbyt wysoka, druga co do wzrostu w klasie. Dlatego nikt nie wiedział do końca, jak się do mnie zwracać. Nie byłam jeszcze dorosła ani nie byłam już dzieckiem. Byłam zbyt duża, ale nadal zbyt młoda i ze szczeniacką twarzą. Nie było jasne, czy wypada mówić do mnie jak do kobiety, czy jak do dziewczynki, którą niby byłam, ale w ciele, które przerosło już własną matkę. Wydawało mi się, że zajmuję sobą zbyt dużo miejsca. Dlatego zaczęłam specjalnie się garbić, żeby nie było mnie tak bardzo widać i żeby przynajmniej trochę zniknąć. Efekt był bardzo słaby, ale byłam zdesperowana, a później nie mogłam…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zniszczyć patriarchat w sobie