Michałowi Zakrzewskiemu, akwareliście
Gdy niedawno złożyłem do druku artykuł, czujna redaktorka (gatunek skądinąd niemal na wymarciu) zaniepokoiła się: w co drugim przypisie – a było ich prawie 100 – jako miejsce publikacji figurowało Zwolle. Obawy okazały się jednak na wyrost – Zwolle to siedziba wydawnictwa Waanders mającego w Holandii monopol na książki o sztuce i katalogi wystaw. Jego firmowa księgarnia mieści się w wielkim gotyckim kościele dominikańskim Broerenkerk. To zresztą żaden wyjątek: w Maastricht w podobnej średniowiecznej budowli również znajdziemy księgarnię, słynną niemal w całym świecie Boekhandel Dominicanen, raz po raz pojawiającą się w rankingach najpiękniejszych miejsc dla bibliofilów, zaś w Zutphen – bibliotekę. Kościół jako świątynia czytania – to i tak nieźle, wziąwszy pod uwagę fakt, że gotycki zabytek w Maastricht przez lata służył jako magazyn, stajnia i rzeźnia, a w samym Zwolle w XIV-wiecznym Bethlehemkerk jada się teraz sushi.
Zważywszy postępującą laicyzację, pewnie i w Polsce staniemy niedługo przed podobnym dylematem: restauracja czy biblioteka?
Nie tak dawno temu w Krakowie mówiło się o desakralizacji uroczego barokowego kościoła pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny przy ul. Kopernika, który, niczym kukułcze jajo, stał się własnością miasta jako część zespołu budynków nabytych od Szpitala Uniwersyteckiego. Kuria nie była zainteresowana zapłaceniem 24 mln zł za zabytkową świątynię, którą odwiedza tylko garstka wiernych, prawicowe media podniosły zaraz raban, zaś aktywiści „Kolektywu Wesoła” zwracali uwagę, że na tej samej ulicy stoją przecież jeszcze trzy inne kościoły.
Córka i siostra Ter Borcha
Zwolle, hanzeatyckie miasto ulokowane na bezpiecznym wzniesieniu opływanym przez cztery rzeki (IJssel, Vecht, Aa i Zwarte Water), w XVII w. znane było z handlu bławatnego, nie zaś sztuki. W 1997 r. w tamtejszym Stedelijk Museum widziałem przekrojową wystawę Zwolle in de Gouden Eeuw. Cultuur en schilderkunst (Zwolle w Złotym Wieku. Kultura i malarstwo) i, proszę mi wierzyć, nie za bardzo było się czym pochwalić. Z jednym, rekompensującym jednak wszystko wyjątkiem: żyła tam i tworzyła wielka artystyczna rodzina Ter Borchów. Zaczęło się od Gerarda ter Borcha starszego (ok. 1582–1662), zręcznego malarza i złotnika, który przez osiem lat mieszkał w Rzymie i w Neapolu, gdzie namiętnie szkicował starożytne rzeźby i ruiny. Po powrocie z Italii specjalizował się głównie w tematach mitologicznych i biblijnych (zachował się tylko jeden jego obraz, Ofiara Abrahama), szybko jednak porzucił sztukę, by zająć się sprawami bardziej prozaicznymi i intratnymi – zaczął piastować w Zwolle wysokie publiczne funkcje i urzędy. Pieniądze były mu niewątpliwie potrzebne, w trzech małżeństwach doczekał się bowiem aż trzynaściorga dzieci. Pozostał jednak wierny pasjom, do końca życia rysował i kolekcjonował dzieła sztuki. Trzech synów odziedziczyło po ojcu talent i początkowo uczyło się pod jego okiem malarskiego fachu. Najstarszego z nich Gerarda ter Borcha młodszego, nie trzeba chyba przedstawiać: to jeden z czołowych holenderskich malarzy XVII w., twórca tzw. Ojcowskiego napomnienia (będącego de facto sceną w burdelu), Traktatu pokojowego w Münster, wzruszającego portretu dwuletniej Heleny van der Schalcke, przed którym przystaje w Rijksmuseum chyba każdy, oraz niezliczonych scen rodzajowych. Gerard, po odbyciu zagranicznych wojaży do Anglii, Włoch i Hiszpanii, osiedlił się w pobliskim Deventer, ale utrzymywał intensywne kontakty z rodziną w Zwolle. Drugi syn, Harmen, zostawił po sobie świetne rysunki (głównie scenki rodzajowe z udziałem dzieci, żołnierzy i pasterzy) oraz obrazy tworzone pod wpływem wybitnego starszego brata. Gdy zmarł ojciec, przejął część jego państwowych obowiązków i tak jak on kiedyś zapomniał o pędzlach, kredkach i ołówkach. Z kolei Moses był rysownikiem i portrecistą, zapowiadającym się równie dobrze jak Gerard. Skrzydeł jednak nie rozwinął – w wieku 20 lat, w czasie drugiej wojny angielsko-holenderskiej, zaciągnął się do marynarki wojennej i zmarł w 1667 r. na skutek ran odniesionych podczas oblężenia Landguard Fort nieopodal Harwich.
Domowe archiwum Ter Borchów przekazywano w rodzinie z pokolenia na pokolenie aż do 1887 r., gdy zakupiło je amsterdamskie Rijksmuseum. Pośród listów, dokumentów, prac obu Gerardów, Mosesa i Hermana, laurek i szkiców ukazujących ich życie (wspomnę tylko przejmujący rysunek Gerarda starszego przedstawiający leżącą w trumience dziewczynkę i opatrzony podpisem kwerendę w bibliotece i gabinecie rycin Rijksmuseum, zawsze zamawiam je sobie na biurko w czytelni, mimo że nie są mi one przecież do niczego potrzebne (tylko raz bodajże przywołałem jedną z nich w książce). Chodzi tylko o samo przeglądanie i podziwianie kart, wpatrywanie się w sceny, śledzenie duktu pędzelka i wchodzenie w intymne, barwne uniwersum malarki. Jeśli również chcielibyście ten świat poznać, skorzystajcie, proszę, z Internetu – czarno-białe reprodukcje w „Znaku” nie są w stanie nas nawet do niego przybliżyć.
W biografii Gesiny jak w soczewce skupiają się życiorysy niezliczonych, zapomnianych artystek amatorek, talentów, które nie mogły w pełni zaistnieć i rozbłysnąć ze względu na płeć. Kobiet, o których wiemy zbyt mało, by opierając się na zachowanych danych archiwalnych, dało się napisać o nich więcej niż jedynie kilka stron. Virginia Woolf we Własnym pokoju posłużyła się parabolą hipotetycznej „siostry Szekspira”, fikcyjnej Judith, zapowiadającej się na genialną poetkę i żądną podobnych przygód, których doświadczył jej wielki brat William. Życie takiej Judith skończyłoby się zapewne w sposób tragiczny; nie stworzyłaby ona zresztą żadnego dramatu ani sonetu – konkluduje autorka Pani Dalloway.
Córka i siostra Ter Borchów przynajmniej zostawiła po sobie olśniewające prace. Wpierw znali je tylko rodzina i wąski krąg przyjaciół – niektórzy z nich poświęcili nawet Gesinie konwencjonalne i przesadne panegiryki, w których porównywano ją do… Apellesa, największego malarza starożytności.
Co więcej, artystka doczekała się uznania w Holandii i na świecie. Tyle tylko że przyszło ono dopiero po 1988 r., kiedy to Alison McNeil Kettering opublikowała katalog zbiorów Rijksmuseum pt. Drawings from the Ter Borch Studio Estate (Domowe rysunki z atelier Ter Borchów).
Gesina urodziła się w Deventer 15 listopada 1631 r. jako szóste dziecko Gerarda i jego trzeciej żony Wiesken Matthys. Ochrzczono ją w Zwolle miesiąc później. Rodzinnego miasta i domu przy Sassenstraat nie opuszczała do końca życia (zmarła w nim 16 kwietnia 1690 r., mając 59 lat), z wyjątkiem przejażdżek do okolicznych wsi i miast oraz krótkiego odwiedzenia siostry w Amsterdamie. W rodzinnym archiwum zachowały się szkice dzieci Gerarda starszego, które ojciec datował i opatrywał uwagami. W przypadku trzech synów, rysujących już od siódmego roku życia, robił to niemal nieustannie, zaś rysunki Gesiny skomentował zaledwie dwa razy, tak jakby z góry uznał ją za dyletantkę-amatorkę, nie potraktował jej poważnie i poniekąd od razu spisał na straty. Zaczęła zresztą tworzyć późno, w wieku 17 lat. Wcześniej, podobnie jak większość holenderskich dziewcząt, mogła jedynie spełniać się artystycznie, szyjąc i haftując (na jej późniejszych pracach od razu rzuca się zresztą w oczy drobiazgowe odwzorowywanie modnych strojów, faktury tkanin i pasmanteryjnych detali) oraz doskonaląc się w kaligrafii.
Miniatura i miłość
To właśnie kaligrafia stała się motywem przewodnim pierwszego szkicownika Gesiny, liczącego 29 stron Materi-Boeck, do którego wracała w latach 1646–1649. Sam tytuł wymaga objaśnienia. W XVII-wiecznej Holandii istniał szeroki, skierowany do dzieci i wyspecjalizowany rynek wydawniczy, zaś materi-boecken były pomocami szkolnymi, rodzajem drukowanych zeszytów ćwiczeń, za pomocą których uczniowie uczyli się pisania, wdrażali do obywatelskich cnót i umacniali w wierze. Gesina stworzyła własną, rękopiśmienną wersję takiego zeszytu. Początkowo skupiała się na mistrzowskim wręcz naśladowaniu różnych krojów pisma, z czasem jednak do kaligrafowanych starannie biblijnych cytatów, aforyzmów, popularnych wierszy i pieśni zaczęła nieśmiało dodawać ilustracje, niewielkie, malowane akwarelą scenki: dziecko grające na skrzypkach, wytworne damy, całującą się parę czy kawalera zawiązującego ukochanej trzewik. Było ich w sumie sześć. Gdy patrzymy na karty szkicownika, zauważymy natychmiast, że Gesinę szybko przestała interesować schoonschriftkunst (sztuka pięknego i eleganckiego pisania), a zaczął zajmować obraz, pictura. Nie bez znaczenia jest tu sam rozmiar ilustracji – miniatura, w owym czasie format uważany za jedyny stosowny dla kobiet ośmielających się w ogóle sięgać po farby i pędzle. Tak jakby początkująca artystka niemal automatycznie weszła w przypisaną jej społeczną i genderową rolę.
Drugi szkicownik, niemający tytułu i nazywany obecnie Het Poëzie-album, albumem poetyckim, a będący de facto śpiewnikiem, zaczęła tworzyć 18 listopada 1652 r., trzy dni po swoich 21. urodzinach, i z przerwami pracowała nad nim przez osiem lat. Całkiem spory tom (jego karty mierzą 30 × 20 cm), oprawiony w białą, pergaminową okładkę z wytłoczonymi i złoconymi inicjałami GTB zachował się w niemal idealnym stanie, czas nadgryzł jedynie spinające go zielone wstążki. Niewykluczone, że Gesina dostała pusty album w prezencie i zaraz potem zaczęła wpisywać do niego wiersze i pieśni, zarówno religijne, jak i świeckie, tworząc w ten sposób własną, złożoną z 90 utworów antologię. Pierwsze strony zostawiła początkowo puste, następnie namalowała alegoryczną scenę Hołd złożony sztucez siedzącym przy sztalugach malarzem i unoszącą się nad nim w powietrzu boginią Famą. Na kolejnej wolnej stronie po latach dodała swój autoportret. W sumie w ciągu życia sportretowała siebie aż cztery razy, nigdy jednak przy pracy, z ołówkiem, sztalugami czy pędzlem, co robiły wówczas prawie wszystkie malarki aspirujące do bycia kimś więcej niż tylko amatorkami. Kolejność stron w śpiewniku budzi jednak pewne wątpliwości, niewykluczone bowiem, że został on po kilku latach rozłożony i zszyty na nowo. Gesina pozwoliła również kilku osobom na własnoręczne wpisanie na kartach wierszy, ale o tym za chwilę. W albumie tym utwory literackie wydają się już tylko pretekstem do tworzenia ilustracji, bardzo przy tym różnorodnych. Mamy kłócących się i zadających sobie razy małżonków, pasterzy w betlejemskiej…