Niejasna formuła rządzi tym, kiedy, skąd i dlaczego zjawiają się w naszym życiu pisarki i pisarze, o których mówimy później, że byli ważni, a nawet – najważniejsi. Oczywiście to często dzieło przypadku. Impulsywny wybór podjęty w bibliotece czy antykwariacie, spontaniczna wycieczka ścieżką przypisu, samo brzmienie nazwiska autora, okładka. Jedna sekunda – i oto jest.
Zdarza się, że świadomość ta przyrasta latami. Będzie wtedy rezultatem długiej, pracowitej refleksji nad dziełem pisarza z początku niekiedy ledwie zajmującego bądź zajmującego co najwyżej przez wzgląd na epokę, w której tworzył, szczególną technikę narracyjną, środowisko – już to „barwne”, jak zwykło określać się utalentowanych, płodnych hedonistów, już to unicestwione przez rozliczne żywioły XX w. Są w końcu i cudze fascynacje, od których zajmuje się – niczym ogniem albo chorobą – nasz umysł i serce. Lecz ze mną i Franzem Kafką było jeszcze inaczej.
Historia klęski
Moje pierwsze z nim kontakty to historia klęski. Wprawdzie Proces przeczytałem jako bodaj 18-latek w liceum doby transformacji, czyli pośród ogólnego zamętu, ale wyłącznie z edukacyjnego obowiązku. Przyznam szczerze, iż wówczas bardziej zajmowała mnie kwestia zupełnie praktyczna, mianowicie czy charakterystyka Józefa K. może być tematem maturalnym, niż tragiczny los skazanego bez sądu człowieka i kunszt pisarski Kafki. Na studiach podjąłem też dobrowolną próbę lektury Zamku, a w moim domowym księgozbiorze znajduje się Ameryka w leciwym czytelnikowskim wydaniu, którą również zarzuciłem po kilkudziesięciu stronach. Tylko nie pamiętam, w jakim stanie ducha – znudzony, zbyt obojętny, pokonany? Ponadto widzę siebie w bibliotece przy ul. Miłej w Łodzi. To stamtąd wypożyczyłem Dzienniki. Oba tomy obłożone nieporęczną, sztywną okładką z celofanu, pod którą dostały się kurz, okruszki, włókna tytoniu, relikwie poprzednich użytkowników, naturalne ślady czasu. Wynotowuję – ja, pozujący na cynika bezrobotny absolwent polonistyki – jego słynne zdanie z 2 sierpnia 1914 r. o popołudniowych zajęciach pływania w dniu, gdy „Niemcy wypowiedziały Rosji wojnę” (tłum. J. Werter), którym odtąd będę posługiwał się wyniośle i z ostentacją w sytuacjach powszechnego wzmożenia moralnego i wezwań do grupowych działań.
Właśnie tak za młodu obcowałem z Kafką, z którego to okresu wyniosłem niewiele więcej nad pojedyncze frazy, powidoki, biograficzne klisze.
Owszem, nie poznałem Kafki, nosiłem w sobie natomiast pewne o Kafce wyobrażenie. Pozwalało mi ono symulować w mowie i piśmie zarówno znajomość Procesu, Ameryki i Zamku, jak i rozumienie tego, co oddawano za pomocą terminu „kafkowski”. Na szczęście terminem „kafkowski” oddawano zgoła wszystko. Współczesny teatr, społeczeństwo i problemy bieżące, nieodwołalnie stechnicyzowaną przyszłość i przeszłość. Zwłaszcza tę naszą, wschodnioeuropejską, komunistyczną, postkomunistyczną, prekapitalizm. Kafkowskie były esbeckie archiwa, procedury lustracyjne i prawicowi paranoicy, Stan Tymiński i stetryczały postpezetpeerowski aparat, niekończące się korytarze instytucji państwowych, tchnące potem i alkoholem poczekalnie dworcowe, przychodnie, wydziały kosztów, administracje nieruchomości, opustoszałe blokowiska i przepełnione szpitale, w których kona się cicho i anonimowo. Za kafkowskie uważano słowa „petent”, „władza” i „akta” oraz ich materialne ekwiwalenty. Kafkowska, rzecz jasna, była i biurokracja w każdym swoim przejawie, ta dzisiejsza, uaktywniająca się w trakcie, powiedzmy, zakładania firmy, i tamta, mająca za siedziby liczne socrealistyczne gmachy wzniesione w centrach miast wojewódzkich. Zasadniczo PRL był kafkowski (w tych chwilach gdy akurat nie widziano w nim dystopii wprost z Orwella bądź Zamiatina), ówczesne zasady współżycia społecznego i dominująca aura – jakby miniona epoka składała się wyłącznie z urzędników niższego szczebla, którzy drepcą w kółko ulicami pod zestalonym burym niebem i czekają na wyrok.
No i sam Franz Kafka, którego znałem ze słynnego zdjęcia wykonanego na rok przed śmiercią. Jakiż ten Kafka był kafkowski! Pokaźne wampirze uszy, wysokie czoło, ciemny garnitur i zapadnięte policzki bojaźliwego proroka przeświadczonego o nieodległym rozkwicie totalitaryzmów. W jego przypadku literatura zamieniała się miejscami z życiem. Bo można by wręcz rzec, iż to Józef K. opuścił na godzinkę fabułę Procesu i wstąpił do któregoś z praskich atelier. Ów wizerunek pasował idealnie do mojej powierzchownej znajomości jego biografii. Gruźlik, samotnik, męczennik, stary kawaler, biuralista, tłamszony syn filistra sadysty Hermanna, pisujący do szuflady literat, który w obliczu rychłej śmierci poprosił swojego jedynego przyjaciela, Maksa Broda, o zniszczenie rękopisów.
Kafka żywy
Pierwszym wyłomem w murze ignorancji i stereotypu, który odgradzał mnie od Kafki – Kafki żywego, Kafki prawdziwego – był wykład Vladimira Nabokova o Przemianie. W połowie lat zerowych wielbiłem Nabokova niczym boga – omal każdego dnia w ramach czegoś na kształt filologicznej modlitwy odczytywałem sążnisty fragment a to z Bladego ognia, a to z Lolity, a to z rozczulającego Pnina, tej dwustustronicowej pieśni o bólu wygnania, czy Pamięci, przemów, rekonstrukcji przedrewolucyjnej idylli ulokowanej między Petersburgiem a Wyrą. Znałem oczywiście wszystkiego jego książki, jakie ukazały się po polsku. Oszałamiała mnie ich misterna konstrukcja – złożony z morderczą precyzją mechanizm, w którym żaden element nie był przypadkowy ani zbędny. No i styl, efekt nie tylko samego talentu, ale mozolnego, katorżniczego przepracowywania frazy za frazą. Nabokovowskie zdanie przypominało sakwojaż, do którego Mistrz z Montreux zapakował aliteracje, gry słowne, piętrowe aluzje literackie, komizm, Puszkina i brzmienie opuszczonej na zawsze Rosji.
Tom Wykładów o literaturze z wnikliwymi analizami arcydzieł Flauberta, Joyce’a, Prousta, Dickensa, Stevensona, Austen i Kafki zdobyłem oczywiście z powodu Nabokova, po to by podziwiać jego erudycję i zmysł krytyczny w działaniu, sycić się niepowtarzalną okazją, gdy oto geniusz interpretuje geniuszy. Struktura i niuanse formalne omawianych tytułów intrygowały mnie dalece mniej. To była scena. na której prestidigitator wykonuje swoje numery. Myliłem się. Dopiero lektura tych komentarzy i wiwisekcji uzmysłowiła mi wielkość Ulissesa i Pani Bovary. Nabokov zapuszczał sondę przez kolejne poziomy omawianej powieści lub noweli, by uświadomić, dokąd sięga głębia. W pierwszej jednak kolejności przekonywał, że winniśmy odsunąć na bok zasłony utkane z modnych „izmów”, teoryjek oraz szkół, bo tylko dzięki temu zobaczymy w książce precyzyjnie skonstruowane dzieło rąk i umysłu wybitnego rzemieślnika, po prostu artysty, a nie akwizytora idei. Podobało mi się również to, że Nabokov się nie certolił i za nic miał uznane sławy.
„Tacy poeci jak Rilke czy powieściopisarze jak Tomasz Mann są w porównaniu z nim [Kafką – przyp. Ł.N.] karłami (…)” (tłum. Z. Batko).
I dalej: „Chcę się przede wszystkim stanowczo sprzeciwić twierdzeniu Maksa Broda, że aby zrozumieć pisarstwo Kafki, należy rozpatrywać je wyłącznie w kategoriach świętości, a nie według kryteriów literackich. Kafka był przede wszystkim artystą i choć można się upierać, że każdy artysta jest w kimś w rodzaju świętego (ja sam zdecydowanie się tak czuję), nie sądzę, żeby można było wpisywać w geniusz Kafki jakiekolwiek implikacje religijne”.
Znakomity był też jego wywód o tym, w co właściwie przepoczwarzył się Gregor Samsa. Nabokov, zawodowy entomolog specjalizując się w motylach, odrzucił tak nieprecyzyjne określenia jak „robak” czy „karaluch” i w formie, w której uwięziony został biedny komiwojażer, rozpoznał żuka.
Przemianę rozpisał na sceny, opowiadał o niej za pomocą rozkładu mieszkania Samsów, a nie kompleksów edypalnych ani też odniesień do czczonego w starożytnym Egipcie skarabeusza, pokazał, że kompozycję utworu organizuje liczba trzy: „W pokoju Gregora jest troje drzwi. Jego rodzina składa się z trojga ludzi. Trzy służące pojawiają się w toku akcji. Są trzej sublokatorzy z trzema brodami. Troje Samsów pisze trzy listy”.
Rozpoznał także kluczowy dla całego pisania Kafki motyw drzwi i ich dwuznacznej natury – dwuznacznej, bo umożliwiają wprawdzie ucieczkę z pułapki, lecz zarazem ułatwiają natrętom i oprawcom dostęp do ofiary.
Ale już bez przesady. Skłamałbym, gdybym dzisiaj oznajmił, że po lekcji Nabokova rzuciłem się w mig na książki Kafki. Otóż – nie rzuciłem. Z perspektywy czasu rozumiem jednak, że to od tego wykładu wszystko się zaczęło, że to wtedy obluzowały się cegły w rzeczonym murze, dzięki czemu z tamtej strony, strony prawdy o Kafce, jego życiu i artyzmie, przesączyło się światło.
Podróż po śmierci przez wszystkie kraje świata
Za kolejny etap mojego dojrzewania do Kafki odpowiedzialny jest natomiast inny wybitny pisarz. Studiując książki W.G. Sebalda, którego obsesyjnie czytam od ponad dekady, co rusz trafiałem tam na intensywną obecność Kafki. Sebald nie tylko napisał o jego twórczości kilka znakomitych esejów – sam Zamek doczekał się aż dwóch obszernych omówień – ale i czynił go bohaterem swoich niepowtarzalnych opowieści, tych dwugłowych hybryd fikcji i faktu, próz autobiograficznych o podróżach, widmach, postępującym zniszczeniu i umarłych.
Na przykład w Campo Santo omawia książkę Kafka idzie do kina pióra Hannsa Zischlera, rzecz o tym, jak duży wpływ na sposób obrazowania i narrację Kafki miały ówczesny film i wizyty w kinematografach, oraz prezentuje wariację miniaturę Via Szwajcaria do burdelu. Kafki dzienniki z podróży, gdzie na kilku stronach zademonstrował swoją niepowtarzalną metodę narracyjną – płynne i efektowne przejście między dygresjami, a te za treść mają holenderską znajomą Sebalda, która w pociągu relacji Praga–Norymberga oddaje się lekturze DziennikówKafki i raptem doświadcza tego, o czym przed chwilą przeczytała: współpasażer grzebie sobie w zębach wizytówką, wspomnienie „mojej pierwszej podróży, w 1948 roku, z W. do dziadków do Plattling” (tłum. M. Łukasiewicz), uwagi o…