Subskrybuj
Nadmorski krajobraz z rowerem stojącym na piaszczystej ścieżce. Na pierwszym planie widoczny jest ciemny rower oparty na podpórce, ustawiony bokiem do obiektywu. Ścieżka prowadzi w kierunku kamiennego budynku z okrągłym dachem, stojącego na niewielkim półwyspie lub wysepce, połączonej z lądem kamiennym przejściem. Wokół budowli znajdują się grupy ludzi spacerujących i siedzących. Dalej widoczna jest spokojna woda zatoki, skaliste brzegi oraz niskie wyspy. Tło wypełnia pochmurne niebo z grubą warstwą chmur
Autor m.in. Podkrzywdzia i Bez. Ostatnio wydał Dom ojców, opowieść o uprawie ziemi i prehistorii. Mieszka w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Rowerem po Europę

Nowoczesną Europę definiuje rower. To miejsce, gdzie nieczynne trasy kolejowe przerabia się na spektakularne szlaki prowadzone przez stare tunele i wiadukty. Drogi bez bandytów za kierownicą. Bez tysiąca banerów i krzykliwych ofert. Bez galerii i Żabek, które przysłaniają świat

Dawno nie widziałem tak dziwnej granicy. Jechałem rozpędzony ścieżką rowerową, kiedy zobaczyłem przed sobą dwa głazy w granicy między Niemcami a Czechami. Miejsce to znajduje się we wsi Herrenwalde w pobliżu Waltersdorf. Po drugiej stronie, w jednym ciągu zabudowy, jest czeska miejscowość Dolní Podluží. Kamienie znajdują się na wąskiej szosie, przy znakach granicznych. Podejrzewam, że wstawiono je po to, by auta nie przekraczały tu granicy. Świetnie ilustrują obecną sytuację polityczną na kontynencie: ruch jest jeszcze swobodny, ale pojawia się coraz więcej przeszkód.

Historia rozgrywa się w mało znanym rejonie – w Górach Żytawskich. Jeśli ktoś ma teraz dostęp do mapy, choćby na telefonie, to proszę spojrzeć. Terytorium Czech wcina się niczym półwysep w Niemcy, tworząc skomplikowany układ, w którym, podróżując bez nawigacji, można się pogubić. Załóżmy, że zostawiamy auto na parkingu w polskim Zgorzelcu. Jedziemy rowerem pięknymi lasami na południe, w kierunku niemieckiego Zittau (Żytawa), dalej przez kurort Oybin i wjeżdżamy do Czech, by za parę godzin, omijając graniczne głazy, znów wjechać do Niemiec.

Typową dla całego kontynentu różnorodność wyrażają tu napisy w języku czeskim, niemieckim i górnołużyckim. Góry Żytawskie są ciemne i puste. Panuje tu szczególna odmiana ciszy właściwa nagle opuszczonym miejscom. Po stronie czeskiej mijałem stare sady w lesie i fundamenty. Należały do Niemców przed wojną. To kontynent w soczewce. Nigdy nie trafiłbym tu, gdyby nie rower. To wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że nie ma dziś lepszego sposobu, by dotknąć Europy.

Nie do ukrycia

Niewykluczone, że dziś świat daje się już poznać wyłącznie z zaskoczenia. Daj mu czas, a skryje prawdę.

Tymczasem rowerem nakrywasz świat na gorącym uczynku. Na uboczu, na tyłach świata, gdzie chroni się rzeczy przed wzrokiem obcych. Pojawiasz się za zakrętem i zastajesz ludzi w pół gestu, w kłótni, z palcem w nosie. Rower zawsze kojarzył się z wolnością.

W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwości wyszydzony jako symbol ekologii, pozostaje znakiem europejskich wartości, do niedawna powszechnie podzielanych. Rower stoi bowiem na końcu opowieści, która prowadzi przez czyste środowisko, rozwiniętą infrastrukturę publiczną i gwarancję czasu wolnego. W związku z tym rower może stać się, jeśli prawo siły zwycięży, niepożądany. Reżimy nie tolerują podróżników, ponieważ pochodzą z przeciwnego porządku: robią zdjęcia, zaglądają w dziury.

Czy zatem są w Europie miejsca, które władze chciałyby przed cyklistą ukryć? Domyślam się, że np. Viktor Orbán chętnie ograniczyłby wjazd na pogranicze ze Słowacją na południe od Koszyc po stepy Parku Narodowego Hortobágy. Straszna bieda! Aż trudno uwierzyć, jeden sklep na trzy bielone wsie, z koralikami w futrynie. Faceci z flaszką pod drzewem. Jak inny świat, mimo że tylko z 400 km od Krakowa. Taka przejażdżka unaocznia mechanizm, który trzyma przy władzy węgierskich eurosceptyków. Państwo i samorządy ewidentnie nie umieją wykorzystać środków unijnych, skoro mija 20 lat od akcesji do Unii i nie widać tu zmian. Ludzie nie mają dostępu do niezależnych mediów. Rząd wini Brukselę. Bruksela wstrzymuje środki. Z perspektywy lokalsów z Brukseli płyną tylko zakazy. Wszystko stoi jak w tych wsiach.

Monfalcone nie jest turystycznym miastem, choć leży w popularnym regionie, pomiędzy Triestem a Wenecją, nad Adriatykiem. Jeśli jednak ktoś obierze ten kierunek za cel rowerowej wyprawy, np. pięknym, ale też popularnym szlakiem Alpe Adria z alpejskich przełęczy prosto nad morze (niezła jazda) czy też wzdłuż wybrzeża z Triestu w kierunku Laguny Weneckiej, to może tu trafić. W ciągu kilku lat liczba pracowników z Azji, głównie z Bangladeszu, wzrosła aż do jednej trzeciej całej 30-tysięcznej populacji miasta, które w dużej mierze utraciło dawny charakter, z czym nie mogą pogodzić się Włosi. Burmistrz weszła w ostry spór z muzułmanami, poszło o meczety. Atmosfera jest gęsta.

Z roweru widać więcej. Puste wsie Hiszpanii i Niemiec. Blaszaki zamieszkane przez Romów w rolniczo-przemysłowej strefie na północ od Kadyksu w Andaluzji, parę kilometrów od miasteczek jak z baśni. Te wsie leżały w pobliżu zakładów, chyba ferm. Śmierdziało tam tak, że można było się udusić. W tym smrodzie żyją ludzie.

Tych jednak, którzy wieszczą rychły upadek Niemiec, zabrałbym do Saksonii. Styk trzech państw jest zjeżdżony przez rowerzystów, bo ścieżki prowadzą przez skandalicznie piękne góry Saksońskiej Szwajcarii. Dla cyklistów z Dolnego Śląska to rzut beretem. Gdy tylko minąłem graniczne głazy, zacząłem odliczać kilometry, aż znów wjadę do Niemiec. Stwierdziłem, że zrobię, ponad siły, 80 km, byle spać po tamtej stronie. Zdumiewające, jak różni się niemiecka część wsi od czeskiej.

Ta sama ulica i przyroda. A jednak po czeskiej stronie wszystko jest zaniedbane i jakby porzucone. Z pochyłych płotów sterczą druty. Na widoku leżą śmieci. Z jak głębokich źródeł czerpie siła tego bezwładu? Po niemieckiej stronie, dosłownie metr dalej, jest schludnie i czysto. Trasy są starannie oznaczone i logicznie poprowadzone – zresztą kraje niemieckojęzyczne słyną z imponującej sieci ścieżek tylko dla rowerów. Na kawę i piwo zaprasza przytulny ogródek. W Czechach trasa rowerowa sprowadzała się do znaków na słupach, które prowadziły wzdłuż szos, dróg polnych albo prawie nieprzejezdnych dróg leśnych. Podobnie jak większość szlaków w Polsce, rowerowych wyłącznie z nazwy.

Nowoczesną Europę definiuje rower. To miejsce, gdzie nieczynne trasy kolejowe przerabia się na spektakularne drogi prowadzone przez stare tunele i wiadukty, jak Vias Verdes w Hiszpanii czy wspomniana Alpe Adria. Dlatego, od wielu lat, wybieram się na Zachód. Wyczekuję jego ciszy i spokoju. Dróg bez bandytów za kierownicą. Bez tysiąca banerów i krzykliwych ofert. Bez galerii i Żabek, które przysłaniają świat. Przestrzeni, w której ład urbanistyczny zdradza szacunek do przyrody. Do czystych rzek i starannie segregowanych śmieci. Miast, w których na co drugiej sklepowej półce nie stoi małpka. Do wypielęgnowanych kempingów, gdzie kładąc się spać, mam pewność, że nie obudzą mnie pijani ludzie. Pociągów, w których nie słyszę bluzgów. Kiedy usiądę na rynku w Zittau na kawę, to kilka razy usłyszę serdeczne pozdrowienie. Tak, to gest, może pozór, który skrywa demony narodów budzące się na kontynencie – skrajny nacjonalizm i wrogość do obcych. Tym bardziej niesie ważną treść, bo w ten sposób ludzie komunikują: siedź sobie, nie zrobimy ci krzywdy. To robi dużą różnicę. Wyznacza pewien styl, który zasadniczo będzie mi towarzyszył aż do Portugalii.

Na krawędzi języka

Graniczne głazy sygnalizują, że Excel i pozycja w rankingu PKB to nie wszystko. Tak zresztą uczyły idee zrodzone w Europie, wypisane podniosłym tonem w traktatach, wkuwane na egzaminach. Obecnie coraz częściej kwestionowane, w tym przez młodsze pokolenie, które stawia uzasadniony zarzut: dyskusję o Europie wypełniają ogólniki. Najczęściej powtarzanym jest ten, że Unia znajduje się w największym kryzysie w historii. Christophe de Voogd w eseju Czym jest polityczny projekt europejski? (z tomu Historia świadomości europejskiej, red. A. Arjakovsky) twierdzi, że teoretyczne wywody na temat Europy już jej nie służą. Lepiej już, pisze autor, przyjrzeć się, pragmatycznie i konkretnie, jak działa w praktyce.

Za tempem zmian nie nadąża jednak język ułożony w innych czasach. Pełna sloganów jest mowa europejskiej lewicy, często bezradnej wobec polityki brutalności zaprowadzonej przez hegemonów, Stany, Rosję i Chiny, czy wyzwań imigracji, jak w Monfalcone, lub na polskiej granicy, gdzie o szczytne idee trudniej w obliczu agresji podsycanej ze Wschodu. W banał, do tego pełen fałszu, stacza się każdy wojujący eurosceptyk, powtarzając w kółko historie o złym Niemcu i OZE-sroze. Awersja do truizmów oddala od spraw najwyższej wagi, które się za nimi kryją. Jeszcze silniejsza wydaje się ona w Europie Środkowej, wrażliwej, za sprawą historii, na komunały, co wyrażali i Kundera, i Havel, i Kołakowski. Tego właśnie, zdaniem myślicieli, wyczulenia na pustą frazeologię, Zachód powinien uczyć się od Europy Środkowej. Wytykali Zachodowi, iż nasycony, przestał traktować kulturę i moralność na serio, psując europejską cywilizację, przepełniając jej język frazesami.

Trzydzieści pięć lat po upadku muru berlińskiego ta kwestia powraca. Europa Zachodnia odrabia tę lekcję. Wszak to znów tu, w krajach byłego bloku wschodniego, historia przyśpiesza. Do unijnej granicy wciąż napływają migranci i uchodźcy. Rakieta uderza w stodołę i zabija ludzi, a nocą terytorium wspólnoty atakują obce drony.

Każdy mit u swych źródeł wymaga kontaktu z ziemią. Gdzie więc miałaby narodzić się nowa opowieść o Europie, jeśli nie tu? Marcin Napiórkowski słusznie stwierdził w jednym z wywiadów, że mit zintegrowanej Europy umarł, bo się ziścił. Nowego nie widać. Tymczasem jest niezbędny, by zjednoczona Europa przetrwała, bo nośnikiem wartości zawsze jest wspólna opowieść. Projekt oparty jedynie na grze interesów prędzej czy później się rozleci.

Chwiejne dziedzictwo

Jakich jednak wartości? Dziedzictwa wyrosłego z Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa, które wydawało się niepodważalne – to jest państwa prawa, demokracji i praw człowieka? Gdy znaczna część Europejczyków jest gotowa z nich zrezygnować, głosując na partie, które chcą tłumić wolne media, manipulować historią i prowadzić agresywną politykę wobec sąsiadów, jak choćby węgierski Fidesz czy niemiecki AfD?

Nie przeczytałem nigdy piękniejszych słów o Europie niż w powieści rosyjskiego pisarza Siergieja Lebiediewa Granica zapomnienia. Ta historia zaczyna się nad Atlantykiem w Portugalii. „Odczuwam – to odczucie nadchodzi niespodziewanie, chociaż dojrzewało dawno – że jestem w większym stopniu Europejczykiem niż mieszkańcy tego kraju patrzącego w Atlantyk, jak balkon na ulicę. Byłem na drugim krańcu Europy, który zamyka się skalnymi ustępami w bagnach Syberii Zachodniej. Właśnie tam, gdzie słabnie siła witalna Europy, po raz pierwszy poczułem się jak Europejczyk. Przecież na szwie, na styku wyostrzają się zmysły. Kraniec języka, obrzeże europejskiego świata; dalej jest już tylko płaskość syberyjskich bagien. Tutaj dowiesz się, czym jest prawdziwa niemota: możesz mówić, ale świat pozostaje niewzruszony na mowę” (tłum. G. Szymczak). Być może prościej definiować dziś Europę przeciwieństwem?

Możesz mówić, ale świat pozostaje niewzruszony na mowę – to propozycja opisu cywilizacji, która gardzi europejskimi wartościami. Lebiediew wierzy, że to demokracja i legalizm stanowią o tożsamości Europy, którą traci natychmiast, gdy z nich rezygnuje, i szuka inspiracji w prawie dżungli. Lebiediew wydał tę książkę w Rosji w 2011 r., w okresie gdy wiara w idee, które tworzyły wspólnotę, była jeszcze silna. Znać było wyraźną różnicę między nimi a tym, co nieeuropejskie. Od tamtej pory nastąpił regres wywołany problemami finansowymi w krajach Południa, migracją, pandemią, wojną w Ukrainie, podsycany przez prawicowych populistów, gotowych zbić kapitał na turbulencjach. Skutecznie przysłonili fakt, że Unia Europejska powstała dosłownie na gruzach po wojnie i Holokauście. Była deklaracją: nigdy więcej. Pomogli wymazać ze zbiorowej pamięci, że prowincjonalna Europa zmagała się jeszcze w latach 50. z biedą. Wystarczy sięgnąć po liczne opowieści zachodnich pisarek i pisarzy, choćby noblistki Annie Ernaux, spojrzeć w archiwalne zdjęcia. W opowieści o Europie II poł. XX w., w natłoku dat i klauzul, umyka skala projektu ponadpaństwowej integracji. Kiedy śledzi się jego historię, w zasadzie trudno uwierzyć, że to się mogło udać, a następnie zostało podarowane pół miliardowi ludzi. Sama opowieść o tym, ile wysiłku włożono, by zgodnie ustalić grafikę europejskich banknotów, starczyłaby na długi esej.

Mity współczesnej prawicy, której narracja o Europie ojczyzn przeobraziła się w czarną propagandę izolacjonizmu sprzedawanego w terminach suwerenności, mają się zatem dobrze, ponieważ służy im prosta misja: zniszczyć to, co zbudowano przez ponad pół wieku tytaniczną pracą. Nie służą temu, by przezwyciężyć narodowe animozje. Odpowiadają na deficyt bezpieczeństwa i ukorzenienia. Ponieważ nie mają nic progresywnego w zanadrzu, oferują iluzję, bo bezbolesny powrót do przeszłości, najchętniej sprzed traktatu w Lizbonie, który wprowadził system głosowania proporcjonalny do liczby ludności kraju, na czym straciła Polska. W tej opowieści kościoły są pełne. Telefon w liniach lotniczych odbiera rodowity Europejczyk, który uprzejmie pyta o pogodę w Krakowie, a nie Hindus, którego nie sposób zrozumieć. W tej historii nie występuje lęk o zmiany klimatu. Kryzysów migracyjnych nie ma. Inne nacje są obecne w anegdotach – jak o tym Włochu, który godzinami pije jedno espresso. Wciąż popularny jest poradnik Kuracja winemdoktora Vittoria Fasoli. Wszędzie można palić. W reprezentacji Francji grają biali Francuzi. Czy kiedykolwiek w drużynach ze Śląska grali głównie Ślązacy, a w klubach znad Bałtyku chłopcy z Pomorza? Przecież dopiero wtedy można by rzetelnie porównać siłę regionów. Nie żartuję, pamiętam wyraźnie tego typu propozycje wygłaszane na ulicy. Mit prawicy, celowo bądź nie, żywi się powojennymi dekadami, aż po legendę lat 90. Zdanie, iż na Zachodzie była to prawdopodobnie najlepsza dekada w dziejach nowożytnych, podziela wielu komentatorów. Mur runął. Obwieszczono koniec historii i triumf wartości demokratycznych. Podejmowano działania, by przeciwdziałać zmianom klimatu. W dniu 9 maja 1992 r. w Nowym Jorku została sporządzona Ramowa konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu. Internet i telefony komórkowe nie zniewalały umysłów. Ostatnia dekada względnego luzu – przynajmniej na Zachodzie, bo Wschód cierpiał…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Analogowe nawyki