Luty zbliża się ku końcowi i choć internet działa jak wcześniej, ludzie boją się jednak rozmawiać między sobą, przewidując, że prawdopodobnie są na podsłuchu. Wygasły już antyreżimowe protesty, które w styczniu tego roku wyciągnęły na ulice irańskich miast kilka milionów ludzi. Odpowiedź władz była brutalna, zabitych zostało ok. 40 tys. osób, a Irańczycy wciąż nie mogą dojść do siebie po tym, co się stało. „Żyjemy pod nieustannym nadzorem. Wiesz, jak jest, nawet do rysy na ścianie się przyczepią. Po tej masakrze w społeczeństwie pozostała głęboka rana, ale dajemy sobie radę” – pisze mi Hadis, na co dzień pracująca w branży wydawniczej. Odpisuję, że od rana do wieczora siedzę w domu, z niepokojem śledząc wiadomości. Nie wiadomo, co się zdarzy. Śmieje się: „Idź koniecznie do jakiejś pięknej kawiarni i wyślij mi zdjęcia. Ja właśnie wychodzę do parku. Trzeba żyć. Nie odkładaj swojego życia na później. Skoro możesz żyć swobodniej niż my, to żyj najlepiej, jak umiesz. My nie walczymy o nic więcej ponad taką normalną codzienność”.
Wieczorem tego samego dnia rozmawiam jeszcze z Zahrą, pisarką koło czterdziestki. Jej słowa pokazują, w jakim jest szoku: „Od kilku dni nie sprawdzam wiadomości, czuję się jak sparaliżowana, nie jestem w stanie wziąć do ręki telefonu i zadzwonić do kogokolwiek. Trudno mi się zaangażować w cokolwiek, co kilka dni wymyślam sobie na siłę jakiś powód, aby wyjść z domu, np. kupić kawę albo wpaść do księgarni. Teheran przypomina mityczne miasto, na które ktoś rzucił klątwę. Zdarza się, że godzinami patrzę przez okno, zapytując sama siebie, czy w nadchodzących dniach miasto będzie wyglądać tak samo jak dziś. I czy będę w stanie mieszkać w nim dalej, skoro tylu ludzi zostało tu okrutnie zabitych?”. Oprócz rozmów ze znajomymi zaglądam też na irańskie kanały w serwisie Telegram, gdzie nieliczni Irańczycy dzielą się bieżącymi informacjami. Mohammad, na co dzień moderator spotkań kulturalnych z Teheranu: „Nie czuję już najmniejszego strachu przed śmiercią. Moi przyjaciele wiedzą, że jedyne, czego chciałem w życiu, to wydać swoje książki. Teraz moim wyłącznym pragnieniem jest doczekać rozpadu, upadku i odejścia Republiki Islamskiej. Jeżeli coś mi się stanie wcześniej, jedynym winowajcą będzie Republika Islamska”.
Kiedy bomby spadają
W Iranie spędziłam prawie 10 lat. Napisałam doktorat na Uniwersytecie Teherańskim. Poznałam smak tamtejszej kultury, zgłębiałam tajniki irańskiej literatury, stopniowo coraz bardziej odnajdując swoje miejsce w Teheranie, mieście tętniącym wielobarwnym życiem. Niniejszy tekst jest w większości oparty na bezpośrednich relacjach publikowanych przez moich przyjaciół
i znajomych (tych nielicznych, którym udało się uzyskać połączenie, czasem tylko jeden czy dwa razy w ciągu całego miesiąca) w irańskich mediach społecznościowych oraz na licznych rozmowach przeprowadzonych z Irańczykami, również z diaspory. Chciałam przekazać ich punkty widzenia, pokazać współistnienie różnych głosów, nie dodając swojej analizy sytuacji. Analiz nie jest w mediach wcale mało.
Pisząc, myślałam o tych bliskich, z którymi od miesiąca nie mam kontaktu, miałam przed oczami ich twarze i czułam, że może najlepsze, co mogę zrobić, i tak non stop śledząc, co dzieje się w miejscu, które stało się moim światem, to przekazać to, czego oni nie mogą. Przełożyć, co krąży tylko w irańskiej społeczności, a przecież chcieliby, by dotarło do świata.
Widzę w nich bezcenne świadectwo – głos bliskich mi ludzi, pokazujący inny obraz Iranu niż ten z konferencji prasowych światowych przywódców i znad biurek specjalistów do spraw geopolitycznych.
28 lutego, dokładnie w dzień wybuchu wojny, gdy amerykańskie i izraelskie samoloty uderzają w cele na terenie Iranu, zaraz po obudzeniu się odbieram wiadomość od Narges, rzeźbiarki samotnie wychowującej kilkuletnią córeczkę. Wiadomość wysłaną o 6.30 rano (różnica czasu między naszymi krajami wynosi 2,5 godz.) odczytuję z gulą w gardle, Republika Islamska nałożyła już na państwo blokadę internetową, a więc na razie nie mogę jej nic odpisać. Zatem stało się to, co przeczuwała: „Ostatnio budzę się w środku nocy w panice, że coś się może zaraz wydarzyć, spadnie na nas bomba albo uderzy rakieta. Wszyscy rozmawiają o możliwej wojnie i o tym, co się z nami stanie. Do tego ta inflacja! Niektórzy nic sobie z tego nie robią, szykując się małymi krokami do Nouruzu [irański Nowy Rok, starożytne święto odrodzenia i odnowy obchodzone w dzień przesilenia wiosennego – przyp. red.]. Inni nie mogą się otrząsnąć po styczniowej masakrze. Dorota, nie jest dobrze. W powietrzu czuć zlepek ciężkich emocji. Nie jest dobrze. Tylko to mogę powiedzieć”. Wojna zaczyna się pełną parą, a ja wchodzę w okres niepokoju, zupełnie inny niż ten, który dotąd znałam. Jakby mój dom stanął w ogniu, a ja mogłabym na to wszystko tylko patrzeć z boku.
5 marca w południe widzę na Instagramie post Anahity. Prawdopodobnie zapisała go wcześniej w formie notatki, bo treść wskazuje na zaskoczenie wojną, ale dopiero teraz zapewne za pomocą kosztującego niemało VPN, pozwalającego obchodzić nałożoną odgórnie blokadę internetu, udało jej się go opublikować. Ahanita jest młodą poetką. Pochodzi z prowincji Chuzestan położonej w północno-zachodnim Iranie. W stolicy mieszka od przeszło 10 lat. Nie sama, bo w codziennym życiu towarzyszą jej trzy koty, które czule nazywa swoimi pociechami. W 2022 r. aktywnie brała udział w protestach „Kobieta, życie, wolność”, które wybuchły po śmierci 22-letniej Mahsy Amini, zakatowanej przez irańską policję obyczajową za nienoszenie właściwego stroju. Pisze: „Około w pół do czwartej nad ranem budzi mnie odgłos eksplozji. Wciąż jeszcze podążam śladem swojego snu. Trzy małe przestraszone serduszka obok mnie, czujnie nasłuchując, wtulają się w koc i moje ramiona, szukając schronienia przed hukiem (…). Słyszę odgłosy krążącego po niebie wojskowego samolotu. Zaczynam odliczać: jeden, dwa, trzy, a potem huk wybuchu. Ile jeszcze? Nie znam odpowiedzi. Co się wydarzy? Czy przeżyjemy? Na zewnątrz mnie i wewnątrz mnie – wszechogarniający niepokój”.
Po upływie kilku godzin pisze do mnie Said, który na co dzień jest dyrektorem kreatywnym, tworzy podkasty, a codzienną rutynę zaczyna od porannego biegu. Za każdym razem kiedy pojawia się na łączach, umieszcza w statusie informację: „Jestem teraz online. Jeśli ktoś potrzebuje się skontaktować z bliskimi, to mogę się z nimi połączyć w jego imieniu”. Zaczynamy rozmawiać. Pytam o bombardowania i ofiary cywilne, on jednak kieruje rozmowę na inne tory. „Wiesz, za wszystko, co nas spotyka, można winić jedynie rząd, który doprowadził nasze życie do takiego stanu. Nie zostało żadne rozwiązanie, którego byśmy nie sprawdzili. Próbowaliśmy wszystkiego, co było możliwe. Musimy tu żyć, ale to nie jest prawdziwe życie”. Tego samego dnia pisze na swoim profilu, niejako w imieniu irańskiego społeczeństwa: „Nie okazujcie nam »humanitarnego współczucia«; nam, żyjącym przez lata w ogniu, niemającym żadnego wyboru, aby żyć gdziekolwiek poza Iranem – podkreślam: żadnego wyboru! – nam, niemających żadnych środków, reputacji ani paszportu żadnego kraju poza paszportem Republiki Islamskiej. Nam, którzy sprawdziliśmy wszystkie opcje, walcząc o wolność w Iranie, wszystkie! Oddawaliśmy głos, wspieraliśmy reformy, zagłosowaliśmy kolejny raz, ponownie wyszliśmy na ulice, zamilkliśmy, bojkotowaliśmy wybory, aresztowano nas, przeżyliśmy bombardowanie, jeszcze raz wyszliśmy i w końcu zostaliśmy zabici; dla nas Iran jest wszystkim, co mamy”.
Czy wojna jest rozwiązaniem?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to, jaki jest stosunek Irańczyków do wojny. Powtarzająca się wspólna emigracji i Irańczykom w kraju odpowiedź jest taka, że zdecydowana większość chce zmiany reżimu. Część dostrzega jedyną pozostałą możliwość na tę zmianę w zewnętrznej ingerencji zbrojnej. Jak można się domyślać, do takiego stanowiska może doprowadzić tylko stan absolutnej desperacji i lata życia w poczuciu totalnej bezradności politycznej. „Wszyscy mamy tylko jednego wspólnego wroga i jest nim Republika Islamska. Powód jest prosty: reżim sam postanowił być wrogiem swojego narodu. W ciągu minionych lat czynił wszystko, aby przeciwstawiać się obywatelom; w każdej możliwej formie stawał przeciwko ludziom: zabijał, pogrążał matki
w żałobie, odbierał prawo tym, którzy starali je sobie wyegzekwować” – pisze cytowany już Mohammad na swoim kanale w mediach społecznościowych. Fakt, że część ludzi nie protestuje przeciwko wojnie, wynika z tego, że ludzie na skutek wielu lat organizowania krwawo tłumionych prostestów doszli do wniosku, iż sami nie są w stanie przeciwstawić się reżimowi. Ludzie chcą żyć: bez nieustannego poczucia zagrożenia, mieć prawo do wolności słowa i wyboru, reżim zniszczył całą strukturę gospodarczą, nie da się planować przyszłości w Iranie. Niektórzy są gotowi nawetna śmierć, jeśli ma ona być ceną za wolność współobywateli.
Kolejnego dnia notatki wojenne zaczyna publikować Mina, dziennikarka mająca za sobą zwycięską, choć wyczerpującą walkę z rakiem. Też łączy się ze stolicy. Dni spędza z siostrą i jej kilkuletnim synkiem. Widać u niej wyczerpanie codziennością pod ostrzałem i sceptycyzm zarówno wobec narracji rządowej, jak i tej płynącej z irańskiej diaspory: „»Dobrze się mieć« znaczy teraz zupełnie coś innego niż wcześniej. Dziś samo to, że żyjesz, znaczy, że jest dobrze (…). Niech zwolennicy wojny śpią spokojnie… My, wypełniając wolę innych, przelewamy tutaj własną krew, tulimy do siebie dzieci najmocniej, jak umiemy, żeby choć trochę mniej się bały (…). Pragnęłabym oszaleć, wyjść na ulicę i wszystko wykrzyczeć (…). Uczciwie mówiąc: jest źle. Ciężar lęku i niepokoju ostatnich dni przerósł wytrzymałość psychiczną dorosłych, zaś do dzieci – poza wzbudzającymi przerażenie odgłosami i ścianami drżącego w posadach domu – docierają głównie strach i beznadzieja widoczne
w gestach i obecne w spojrzeniach ludzi. Według państwowej telewizji i krajowych agencji informacyjnych wszędzie jest bezpiecznie i spokojnie, na dodatek Iran International [nadawany z zagranicy kanał krytyczny wobec reżimu, a de facto zgodny z polityką amerykańsko-izraelską – przyp. red.] określa wojnę mianem »operacji ratunkowej«”.
Nawet osoby będące zaprzysięgłymi wrogami reżimu niekoniecznie widzą w wojnie jakiekolwiek rozwiązanie, drogę do uzyskania wolności. I takich ludzi z pewnością nie jest mało. Trudno oczywiście precyzyjnie określić proporcje, pamiętając, że nie wszyscy Irańczycy są aktywni w mediach społecznościowych, a dodatkowo w kraju od początku wojny trwa blokada internetu. Chociaż przed pierwszymi atakami część Irańczyków w kraju zdecydowana była zaakceptować wojnę, widząc w niej jedyną szansę na upadek reżimu, trudno ocenić, czy po tygodniach bombardowań są tego samego zdania. Powtarzające się przesłanie, które pojawia się w telegraficznych niemal wiadomościach od rzadko uzyskujących połączenie Irańczyków brzmi: „Niech to już się skończy”.
Chodzi przy tym zarówno o koniec bombardowań, jak i o upadek reżimu.
Zdecydowanie największą obawę wśród Irańczyków w kraju i diasporze budzi scenariusz, w którym działania wojenne zostałyby zakończone, a reżim ajatollahów miałby przetrwać. Taka opcja mogłaby się wiązać z przekształceniem go w dyktaturę wojskową.
Od wielu osób słyszałam, że boją się wojny i nie chcą jej, lecz wolą zginąć od bomby amerykańskiej czy izraelskiej, niż być torturowanym, powieszonym, represjonowanym przez brutalny rząd. Nasim, żyjąca na co dzień w jednym z państw europejskich
o zaistniałej sytuacji mówi: „Hasło »nie dla wojny« – bez wzięcia pod uwagę przerażających konsekwencji, jeśli reżim pozostanie u władzy – jest równie nieodpowiedzialne co opowiadanie się
za wojną, biorąc pod uwagę ogromne straty w ludności cywilnej”. Wielu Irańczyków znajduje się w podobnym moralnym impasie, w którym żadna z opcji – bycie ani „za”, ani „przeciw” wojnie – nie wydaje się dobra.
Farahnaz, 30-letnia pisarka, notuje 9 marca: „Wieczorami wpatruję się w zapalone światła w budynku naprzeciw. W niektórych mieszkaniach jarzą się jedynie pojedyncze punkty. To oznacza tylko jedno – wyjechali. Ci, którzy mają włączoną sypialnianą lampę przez, powiedzmy, godzinę, zapalają kolejno światła w kuchni i salonie, zostawiając trochę światła i w moim sercu. (…) Nie mam zwyczaju oświetlać całego domu, na ogół ograniczam się do jednego pomieszczenia, ale w ciągu tych kilku dni wiele razy zostawiałam w różnych miejscach naraz zapalone światło, bo a nuż ktoś z naprzeciwka patrzy na nasz budynek. Mieliśmy – mamy – dobre relacje z sąsiadami. W ciągu dwóch miesięcy wspólnie skandowaliśmy hasła [antyreżimowe – przyp. red.]. W ciągu dwóch miesięcy zdarzały się chwile, gdy w hołdzie tym, którzy odeszli 8 i 9 stycznia, za oknami stawaliśmy w milczeniu. Trzeba włączać i wyłączać te lampy. Nie, ja nie chciałam wojny i wciąż jej nie chcę. Boję się wojny. Na samą myśl, że światła z budynku naprzeciw nie będą się świecić, ogarnia mnie lęk. Boję się, kiedy słyszę, że przyjaciele opuszczają Teheran, gdy dzwonią aby się pożegnać i pytają: a ty? Nie mówcie mi: wytrzymaj, już niewiele zostało, nie chcę tego słyszeć. Może właśnie w tym »jeszcze tylko trochę« zginie moja rodzina, bliskie osoby, przyjaciele, domy wokół i to miasto? Ile jeszcze trzeba utracić, aby wśród tych wszystkich okien zachować choćby jedno światło”. W ciągu następnych dni pisze, że służby bezpieczeństwa zaostrzyły kontrolę. Wieczorami słychać, jak skandują z ulicy: „Hezbollah, hezbollah! Allah Akbar, Bóg jest wielki!”. A potem kierują zielone lasery na okna mieszkańców budynków, przez głośniki ostrzegając ludzi, aby nie wychodzili na zewnątrz i nie próbowali wykrzykiwać antyrządowych haseł.
Powrót szacha?
Tymczasem przychodzi wiadomość od Sahar, malarki z Sanandadżu: „Mamy się dobrze. W Kurdystanie jest spokojnie”.Sahar do ostatniej chwili miała nadzieję, że nie dojdzie do interwencji zbrojnej, nie wierząc w wojnę jako rozwiązanie. Teraz jednak trudno jej ocenić, co byłoby lepsze dla społeczeństwa: szybkie zakończenie wojny czy jej kontynuacja, choć może na tym etapie…