Subskrybuj
Wielokrotnie nagradzany rohingijski dziennikarz, fotoreporter i dokumentalista mieszkający w największym obozie dla uchodźców na świecie w Bangladeszu. Od ponad ośmiu lat dokumentuje codzienne życie obozu.

Po drugiej stronie kadru

W największym obozie dla uchodźców na świecie młody fotograf Rohingya próbuje odzyskać coś, czego nie widać na zdjęciach z agencji prasowych: prawo do bycia kimś więcej niż ofiarą

Abdullah stoi kilka metrów od drutu kolczastego. Nie fotografuje go jednak tak, jak widziałam to setki razy wcześniej: z lotu ptaka, w szerokim planie, jako symbol zamknięcia. Kuca. Przesuwa się o krok w lewo. W jego kadrze drut jest tylko rozmazaną linią na pierwszym planie. Ostry pozostaje obraz dziewczyny poprawiającej chustę. Jej dłonie są spokojne. Za nią widać pagórki Kutupalong.

– Zdjęcia innych pokazują to, co się stało. Moje zdjęcia pokazują, kim jesteśmy – mówi.

Świat zna Rohingyów z pewnych obrazów. Kolumny ludzi przekraczających rzekę Naf. Błoto po kolana. Smutne, brudne dzieci. Kobiety skulone pod czarnymi parasolami z plandeki. W 2017 r. te kadry obiegły wszystkie kontynenty. Były dowodem zbrodni. I były konieczne.

– Kiedy patrzę na te zdjęcia z 2017 r. – mówi Abdullah – widzę prawdę. Ale nie widzę nas w całości.

W Koks Badźar żyje dziś ponad milion Rohingyów, w 34 oddzielnych obozach rozsianych po wzgórzach południowo-wschodniego Bangladeszu.

– To niemal tyle, ile liczy cała aglomeracja krakowska – mówi Maciej Popowski kierujący Dyrekcją Generalną ds. Operacji Ochrony Ludności i Pomocy Humanitarnej (DG ECHO) przy Komisji Europejskiej, który odwiedził obozy w 2023 r. – Widziałem na własne oczy, jak funkcjonują w trudnych warunkach: bez możliwości pracy, bez szans na samodzielność, całkowicie zależni od pomocy.

Istnieje coś, co Abdullah nazywa półżartem „uchodźczym wyglądem”. Nie chodzi o ubranie ani o twarz. Chodzi o to, jak świat chce widzieć człowieka bez państwa.

O zestaw kadrów, które wywołują współczucie albo niepokój szybciej niż jakiekolwiek wyjaśnienie. W tym skrócie jest mało miejsca. Uchodźca ma być zrozpaczony albo groźny. Złamany albo podejrzany. Wszystko, co bardziej zwyczajne – ambicja, duma, humor, wiara, codzienna nuda – wypada poza ramę.

Abdullah urodził się w Mjanmie jako bezpaństwowiec, syn bezpaństwowców. W 2017 r., po ucieczce z Arakanu (Rakhine), zamieszkał w Kutupalong: jednym z największych obozów uchodźczych na świecie. Dziś pracuje, dokumentując życie w obozie i ucząc młodych ludzi fotografii, filmu, muzyki, rysunku i poezji. Jego zdjęcia zostały nagrodzone w międzynarodowym konkursie Minority Artists Contest organizowanym przez ONZ i Minority Rights Group. Jury pisało o poruszającym, dokumentalnym spojrzeniu, które pokazuje nie tylko ból i przeciwności, lecz także kreatywność, odwagę i siłę bezpaństwowej mniejszości.

– Za każdym razem, gdy patrzę na te kilka zdjęć z 2017 r., czuję, że jesteśmy ludźmi porzuconymi przez świat, na którym nie ma nikogo, kto by nas wspierał. Te zdjęcia opowiadają już historię Rohingyów, ale nadal nie widzimy żadnych zmian w sytuacji kryzysowej. Te chwile były prawdziwe, pożary były prawdziwe, łzy były prawdziwe, trauma była prawdziwa. Te zdjęcia pomogły światu dowiedzieć się o ludobójstwie Rohingyów w 2017 r. – mówi i na moment odwraca wzrok. – Lecz złe jest to, że były odbierane wyłącznie jako obrazy ofiar. Jakbyśmy już na zawsze utknęli w chwili cierpienia, płaczu, głodu i wysiedlenia. Nie pokazują naszego życia przed ucieczką z Arakanu. Naszych wiosek. Domów. Majątku. Kultury. Ich historia to nie tylko wygnanie. To też historia tego, kto opowiada o wygnanych. Nie historia cierpienia, lecz patrzenia.

Sierpień, który wstrząsnął światem

Zanim Abdullah stanął po tej stronie drutu z aparatem, był jednym z tych, których fotografowano.

Rohingyowie to muzułmańska mniejszość ze stanu Rakhine, której władze Mjanmy od dekad odmawiają obywatelstwa i podstawowych praw. Pierwsze masowe ucieczki zaczęły się już w latach 70., ale sierpień 2017 r. przyniósł eskalację, którą ONZ ustami swego wysokiego komisarza ds. praw człowieka Zeida Ra’ada Al Husseina nazwie później „podręcznikowym przykładem czystki etnicznej”. Armia rozpoczęła operację wojskową: masowo palono wsie, mordowano cywilów, gwałcono kobiety. W ciągu kilku tygodni ok. 745 tys. osób uciekło przez rzekę Naf do Bangladeszu.

Świat zobaczył kolumny ludzi idących przez błotniste pogranicze. Matki z niemowlętami przyciśniętymi do piersi. Dzieci z szeroko otwartymi, zmęczonymi oczami.

– Nie wiedziałam, dokąd biegnę. Biegłam po życie – mówiła mi Fatema Kanij, którą spotkałam w obozie kilka lat później.

Abdullah pamięta tamten sierpień nie jako obraz z agencji prasowej, lecz jako ciężar własnego ciała.

– Kiedy wraz z rodziną przybyłem do Bangladeszu osiem lat temu, przeżywaliśmy jeden z najtrudniejszych momentów w naszym życiu, podobnie jak dziś ponad milion Rohingyów. Nie mieliśmy odpowiedniego pożywienia, dachu nad głową ani podłogi, na której moglibyśmy spać. Wielu Rohingyów spało na poboczach dróg, w błocie pod gołym niebem. Deszcz padał bezpośrednio na nasze ciała, a dzieci płakały z głodu. Starsi ludzie upadali z wyczerpania.

– To wtedy wziął do ręki aparat. Dlatego postanowił zacząć naciskać spust migawki. Nie chodziło o piękno, ale o opowiadanie historii, o odpowiedzialność pokazywania jej światu.

Dla większości ta historia nie skończyła się w 2017 r. Trzynastoletni Mohamed Shahaib krzyczy nocami przez sen. W obozie nr 24 spotykam go podczas zajęć rehabilitacyjnych prowadzonych przez Humanity & Inclusion. Mówi cicho. W sierpniu 2024 r. armia Mjanmy zbombardowała jego wioskę w Maungdaw, niedaleko granicy. Bawił się z siostrami na boisku. Eksplozja raniła jego i starszą siostrę. Dwuletnia młodsza zginęła na jego oczach. Mohamed do dziś nie chodzi samodzielnie. Ojciec niósł go na plecach przez 17 dni, przedzierając się z rodziną przez południowo-zachodnią Mjanmę do rzeki Naf.

– Teraz czuję się lepiej – mówi. – Rehabilitacja pomaga. I chodzę do szkoły.

W obozie, po każdej takiej rozmowie, trudno zebrać myśli. Trauma jest tu wspólnym językiem.

Złote pagody, czarne chusty

Świat patrzy na Rohingyów i widzi brody. Chusty. Meczet z blachy falistej. Patrzy na Mjanmę i widzi złote pagody, mnichów w szafranowych szatach, ciszę porannej medytacji.

Z jednej strony religia podejrzana, a z drugiej – religia współczucia. Słowa i obrazy powtarzane tak długo, aż zaczynają wyglądać jak zdrowy rozsądek.

Mjanma czy Birma – choć oba te określenia są w gruncie rzeczy birmańskocentryczne – jest państwem wieloetnicznym. Nazwa odnosi się do większości Birmańczyków, choć ponad jedna trzecia społeczeństwa do niej nie należy. To trochę tak, jakbyśmy o Polsce mówili „Wszechpolska”, zakreślając jej granice wyłącznie do nacjonalistycznie zorientowanych rodaków. Kraj jest większy niż Francja, a społeczeństwo obejmuje 135 grup etnicznych. Od 1948 r. – czyli od uzyskania niepodległości – pozostaje w stanie konfliktu zbrojnego. To rekordowa, najdłużej trwająca wojna domowa współczesnego świata. A w latach 60., znów rekordowo, działało tu ponad 150 ugrupowań zbrojnych walczących z rządem. Dziś jest ich nieco ponad 20. Dla jednych to ruchy separatystyczne. Dla innych: narodowowyzwoleńcze.

Dramat mniejszości w Mjanmie polega na tym, że są za słabe, by uzyskać niezależność, i zbyt silne, by rozpuścić się w birmańskiej większości. Rohingyowie znaleźli się w najgorszym położeniu. Pozbawieni obywatelstwa ustawą z 1982 r., objęci restrykcjami dotyczącymi przemieszczania się, edukacji, małżeństw, dostępu do opieki zdrowotnej, przez dekady doświadczali kolejnych fal przemocy. To, co wydarzyło się w 2017 r., określano jako czystkę etniczną, zbrodnię przeciwko ludzkości, a nawet ludobójstwo.

Dlaczego właśnie oni? W oficjalnej narracji Rohingyowie są „Bengalczykami”: potomkami migrantów z czasów kolonialnych, którzy mieli rzekomo napłynąć z dzisiejszego Bangladeszu. A Bangladesz to ponad 170 mln ludzi. W wyobraźni części birmańskiej większości islam łączy się z demograficznym zagrożeniem, z ekspansją, z lękiem przed utratą kulturowej dominacji. Islam nie jest tu tylko wiarą. Staje się etykietą obcości.

Tymczasem Abdullah pamięta Arakan inaczej.

– W Arakanie, kiedy bylem mały, buddyzm był po prostu religią naszych sąsiadów. Dorastaliśmy, wiedząc, że oni są buddystami, tak jak my jesteśmy muzułmanami. Nie bałem się samej religii. Jako dzieci byliśmy bardziej świadomi różnic społecznych niż konfliktów religijnych. Wiedzieliśmy, kto jest Rohingya, a kto Birmańczykiem, ale codzienne życie w wielu obszarach nadal toczyło się obok siebie.

To „obok siebie” zaczęło się dla niego i innych kruszyć mniej więcej po 2012 r., gdy po lokalnych zamieszkach w Rakhine setki domów Rohingyów spalono, a dziesiątki tysięcy osób trafiły do obozów.

– Coś się zmieniło w przestrzeni publicznej. Nienawiść wobec muzułmanów w całym kraju,  zwłaszcza wobec Rohingyów w Arakanie, szybko się rozprzestrzeniała. Ekstremistyczni mnisi i grupy polityczne używali języka religijnego, aby usprawiedliwić dyskryminację. Religia w coraz większym stopniu stała się częścią narracji używanej przeciwko nam.

Buddyzm w Mjanmie jest czymś więcej niż praktyką duchową. To fundament tożsamości narodowej. Mnisi są autorytetami moralnymi i – często – politycznymi. Ich słowa mają wagę większą niż słowa świeckich urzędników. W 2017 r. jedna z brygad odpowiedzialnych za najkrwawsze operacje w Rakhine miała uczestniczyć w kazaniu znanego mnicha Sitagu Sayadawa, który odwoływał się do historii władcy ze Sri Lanki broniącego buddyzmu.

„Żołnierze – stwierdził – mogą mieć wyrzuty sumienia po masowym zabijaniu, ale obrona religii unieważnia karmiczne konsekwencje ich czynów”.

Rozchodzenie się ideału i praktyki nie jest zresztą specyfiką buddyzmu. Zasady: „Miłuj bliźniego jak siebie samego” i „Nadstaw drugi policzek”, także nie uchroniły chrześcijańskiej Europy przed przemocą. A do tego przez stulecia Zachód znał buddyzm głównie z książek: jako filozofię współczucia, wyciszenia, ustania cierpienia. Dopiero dziś, w bezpośrednim kontakcie ze społeczeństwami buddyjskimi, widać, że religia – każda religia – może zostać wprzęgnięta w nacjonalistyczną narrację. W tamtym czasie ogromną popularność zdobył ruch 969, a jednym z jego najbardziej rozpoznawalnych głosów był mnich Ashin Wirathu, który ostrzegał przed „muzułmańskim zagrożeniem” i demograficzną ekspansją. W jego kazaniach obrona buddyzmu stawała się obowiązkiem, a niekiedy wręcz usprawiedliwieniem dla przemocy. Zasada ahimsy, niekrzywdzenia, nie znikała z doktryny, lecz była interpretowana tak, jakby przemoc miała chronić większe dobro: religię, naród, wspólnotę.

To nie islam czyni Rohingyów obcymi. To status obcych czyni ich islam podejrzanym.

A po drugiej stronie granicy, w Bangladeszu, ta podejrzliwość przybiera inny język. Kraj nie jest sygnatariuszem konwencji genewskiej, więc Rohingyowie nie są tu formalnie „uchodźcami”. Oficjalnie to FDMN: forcibly displaced Myanmar nationals. Cztery lata temu rząd przestał nawet prowadzić dokładne statystyki nowych przybyć. Nazwa znów upraszcza. Redukuje.

Religia na pierwszy rzut oka. Narodowość w dokumentach. A człowiek? Gdzieś pomiędzy.

Obóz z góry, obóz z bliska

Koks Badźar. Bangladesz jest ponad dziesięć razy gęściej zaludniony niż Polska. Na południowo-wschodnim krańcu kraju, między wzgórzami a Zatoką Bengalską, rozciąga się mozaika obozów. Region jest szczególnie narażony na cyklony, osuwiska ziemi i pożary, które w gęstej zabudowie z bambusa i plandeki rozchodzą się w kilka minut. – Nawet nie wiem, czego boję się bardziej: cyklonu i powodzi latem, pożarów zimą, osuwającej się ziemi… czy tego, że nie wiem, co się z nami stanie – mówi Fatima, mieszkanka obozu nr 4, w Bangladeszu od 2010 r. Z góry obóz wygląda jak jednolita masa: tysiące dachów z brezentu, brązowe ścieżki wijące się po wzgórzach, tłum bez twarzy. To ujęcie, które świat zna najlepiej: lotnicze,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Pułapki samorozwoju