Subskrybuj
Stara szkoła inwigilacji. Kadr z filmu Życie na podsłuchu, na zdjęciu Ulrich Mühe wcielający się w rolę kapitana Wieslera fot. Archives du 7e Art/BE&W
Specjalista w zakresie komunikacji naukowo-technicznej, publicysta popularnonaukowy, kurator projektów naukowo-artystycznych, analityk trendów. Doktorant w Instytucie Nauk Humanistycznych na SWPS w Warszawie. Bada zależności między zmianami społeczno-kulturowymi a nauką, techniką, designem i sztuką. Założyciel i prezes https://highculture.pl/

Nic do ukrycia

Prywatność jest przestrzenią laboratoryjną dla wszelkiego rodzaju dysydentów i uciekinierów spod algorytmicznej sztancy. To właśnie w prywatnej sferze uczymy się dystansu, ironii i zwykłej niezgody. Tam najłatwiej ćwiczyć krytyczne myślenie.

Na pytanie: „Co robisz?”, chyba każdy odpowiedział nieraz: „Nic”, kiedy zdecydowanie chodziło o dokuczliwie realne coś, co – z jakichkolwiek powodów – lepiej było przemilczeć. To właśnie w tym przemilczanym „nic” kryje się nasza prywatność – bastion, który dziś, powtarzając, że „nie mamy nic do ukrycia”, często oddajemy walkowerem. Pozwalamy tym samym na bezwzględne „nicowanie” naszego życia, w którym korporacyjne algorytmy wywracają codzienność na cyfrową podszewkę i kolonizatorsko szukają zysku tam, gdzie jeszcze do niedawna mogliśmy liczyć na intymność.

Nicowanie świata

Rozmowę Francisa Forda Coppoli otwiera scena, w której mim śledzi nieświadomych przechodniów i imituje ich gesty. Osią fabuły są technologie i obsesja nadzoru, a film miał premierę u szczytu afery podsłuchowej Watergate w 1974 r. i doskonale uchwycił ówczesną atmosferę społecznej paranoi. Pół wieku później mim z Rozmowy wydaje się proroczą metaforą działania big techu – wielkich korporacji, które obserwują nas z dystansu, uczą się naszych ruchów i naśladują nas tak perfekcyjnie, że z czasem zaciera się granica między oryginałem a cyfrową kopią.

Dawny aparat inwigilacji, choć jego pole manipulacji było szerokie, skupiał się na utrzymaniu władzy i na kontroli obywatela w relacji z państwem. Dzisiejszy nadzór ingeruje w to, co najbardziej osobiste. „Nic” do ukrycia nie jest pustką – to rezerwuar niepewności, ryzyka, kontrowersji czy kreatywności. To przestrzeń ex nihilo, w której możemy popełniać błędy bez świadków.

Tym bardziej szkoda, że to nasze „nic” jest dziś hurtowo wydobywane na powierzchnię, porządkowane w tabelach, wyceniane i odsprzedawane dalej. Obecnie cyfrowy nadzór utrwalił już w zbiorowej wyobraźni metaforę panoptykonu, która ułatwia zrozumienie skali algorytmicznego nicowania rzeczywistości. Panoptykon to XVIII-wieczna wizja Jeremy’ego Benthama – projekt więzienia idealnego, w którym centralna wieża strażnicza góruje nad oświetlonymi celami. Więzień nigdy nie wie, czy w danej chwili ktoś na niego patrzy, więc musi zakładać, że jest obserwowany nieustannie. W Nadzorować i karać Michel Foucault dostrzegł w panoptykonie charakterystykę nowoczesnego społeczeństwa. Dzięki technologiom XXI w. dzisiaj „wieża” nigdy nie jest pusta.

Od lat krąży cyniczne porzekadło: „Jeśli nie płacisz za produkt, sam jesteś produktem”. Shoshana Zuboff w głośnej pracy Wiek kapitalizmu inwigilacji rewiduje to myślenie. Bycie produktem sugerowałoby, że zachowujemy resztki podmiotowości. W nowym porządku ekonomicznym spadliśmy jednak niżej, bo do rangi „złóż surowca”.

Kapitalizm nadzoru jednostronnie rości sobie prawo do ludzkiego doświadczenia jako darmowego materiału do przekształcenia w dane. Jesteśmy jak słoń, z którego kłusownicy wycinają ciosy. Ciosy – czyli nasze dane behawioralne, emocje, a nawet sposób poruszania myszką – są cenne, a samo zwierzę jest zbędne.

Cel to tworzenie produktów predykcyjnych. Prawdziwymi klientami platform są reklamodawcy i korporacje, którzy kupują nie nasze dane, tylko naszą przyszłość – możliwie najbardziej trafne prognozy dotyczące tego, co zrobimy (jakie kupimy leki, czy i kiedy zmienimy pracę, na kogo zagłosujemy, gdzie pojedziemy na wakacje).

Zuboff ostrzega, że ambicje tego systemu wykraczają poza samą obserwację. Chodzi o modyfikację zachowania. Władza, którą autorka nazywa instrumentarianizmem, nie chce nas złamać bólem (jak totalitaryzm), lecz nastroić nas i popchnąć w pożądanym kierunku. Za przykład niech posłuży gra Pokémon GO, która w optyce kapitalizmu nadzoru z niewinnej rozrywki zamienia się w eksperyment behawioralny na masową skalę. Gracze, pod pretekstem łapania wirtualnych stworów, byli fizycznie „zaganiani” do lokalizacji sponsorów (McDonald’s, Starbucks).

Jednocześnie historia dostarcza mrocznych dowodów na to, że gromadzenie danych nawet „na wszelki wypadek” to proszenie się o katastrofę. Carissa Véliz w książce Privacy is Power nazywa dane osobowe „azbestem ery cyfrowej”. Przywołuje wstrząsającą statystykę z czasów II wojny światowej: w Holandii, która dysponowała perfekcyjnym rejestrem ludności (z danymi o wyznaniu), naziści wymordowali 73% populacji żydowskiej. We Francji, gdzie panował biurokratyczny nieład, zginęło trzykrotnie mniej Żydów. Demokratyczne państwo budujące infrastrukturę nadzoru tworzy broń. Wystarczy, że władzę przejmie autokrata, by z łatwością uruchomił machinę terroru.

Współczesnym sygnałem ostrzegawczym jest w tym kontekście los Ujgurów w prowincji Sinciang, opisywany jako życie w cyfrowym gułagu. Kody QR na drzwiach domów, przymusowe pobieranie DNA i skanowanie tęczówek służą tam algorytmicznej predykcji różnie definiowanej „nielojalności”.

Nominalnie demokratyczny Zachód nie pamięta zaś, że po zbrodniach II wojny światowej przyjął Kodeks Norymberski ustalający żelazną zasadę medycyny: żadnych eksperymentów na ludziach bez ich świadomej zgody. Sfera cyfrowa do tych standardów nie dorosła. Big tech codziennie przeprowadza na miliardach użytkowników eksperymenty psychologiczne (w tym np. manipulując treściami w news feedzie, by sterować nastrojem), traktując nas jak króliki doświadczalne. To, co w medycynie byłoby złamaniem praw człowieka, w Dolinie Krzemowej nazywa się „optymalizacją zaangażowania”.

Co więcej, dziś główni technologiczni gracze już nawet nie ukrywają swoich inwigilacyjnych zakusów. Larry Ellison, właściciel Oracle, jednej z największych firm bazodanowych, otwarcie postuluje stworzenie zintegrowanego systemu nadzoru. Obywatele byliby monitorowani przez AI w czasie rzeczywistym, by „utrzymać porządek”. Alex Karp, szef firmy Palantir, tworzącej oprogramowanie analityczne dla wojska i dla wywiadu, promuje natomiast tezę, że w obliczu zagrożenia ze strony Chin i Rosji zachodnie społeczeństwa muszą zaakceptować głęboką inwigilację jako cenę za bezpieczeństwo i za dominację technologiczną.

Nic dziwnego, że Carissa Véliz apeluje o powrót do fundamentów: art. 12 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Przypomina, że prywatność to prawo chroniące inne prawa. Bez niej wolność słowa i wolność zgromadzeń stają się fikcją. Véliz konkluduje, że dane należy traktować jak materiał toksyczny – zbierać tylko to, co niezbędne, i utylizować natychmiast po użyciu. Inaczej nasze „nie mam nic do ukrycia” może się stać epitafium wolnego społeczeństwa.

Gra w „Simsy”

Skoro nasze życie zostało utowarowione, to kto czerpie z tego zysk? Mechanizm ten przypomina popularną grę The Sims. W tym symulatorze życia zarządza się wirtualnymi postaciami (karierą, relacjami, a nawet zaspokajaniem potrzeb fizjologicznych). Korporacje technologiczne wchodzą dziś w rolę takiego gracza demiurga, a my, często nieświadomie, stajemy się marionetkami realizującymi cudzy scenariusz. Do świata gier sięgnijmy także po pojęcie NPC (ang. non-player character) oznaczające postać tła, sterowaną przez komputer. W cyfrowym ekosystemie to my, użytkownicy, jesteśmy sprowadzani do roli NPC-ów – statystów we własnym życiu, których zachowania są „optymalizowane” pod dyktando algorytmów.

Być może najbardziej niepokojącą wizją tego, dokąd zmierza inwigilacja, jest ujawniona po wycieku danych w 2018 r. koncepcja „Samolubnego Rejestru” (ang. The Selfish Ledger), która narodziła się wewnątrz Google’a. Ten eksperyment myślowy stworzył Nick Foster, szef działu designu w Google X. Swoją wizję oparł na biologicznej metaforze lamarckowskiej epigenetyki. Biologia odrzuciła tezy Lamarcka o dziedziczeniu cech nabytych – żyrafa nie będzie miała dłuższej szyi tylko dlatego, że jej matka wyciągała ją do liści. W świecie cyfrowym Lamarck mógłby mieć jednak rację. Tutaj nasze decyzje i nawyki są trwale zapisywane i „dziedziczone” przez algorytmy, wpływając na kształtowanie przyszłych użytkowników. Tytuł projektu to z kolei czytelne nawiązanie do idei „samolubnego genu” Richarda Dawkinsa. Zgodnie z tą analogią tak jak biologiczne ciała są dla genów jedynie wehikułami służącymi replikacji, tak w ujęciu Fostera my przestajemy być właścicielami danych. Stajemy się jedynie ich tymczasowymi kustoszami i nośnikami wzorców informacji, a Rejestr zyskuje swoistą „wolę” i cel: przetrwanie i ewolucję.

Przez dekady informatyką rządziło projektowanie zorientowane na użytkownika, który finalnie sam podejmuje decyzje. „Samolubny Rejestr” sam mógłby wyznaczyć cel – np. walkę z ubóstwem czy z depresją na poziomie całego gatunku – i subtelnie modyfikować zachowanie jednostki, by ten cel osiągnąć. Jeśli algorytm uzna, że w Rejestrze brakuje danych o reakcji ludzi na stres w określonych sytuacjach, może celowo nas irytować lub niepokoić, by uzyskać informacje wypełniające lukę w modelu. Choć Google oficjalnie odciął się od tego projektu, nazywając go jedynie „prowokacją intelektualną”, to, co brzmiało jak cyberpunkowa dystopia, staje się modelem biznesowym. Za sprawą firm takich jak Palantir czy wskutek wdrażania zaawansowanych modeli AI sekwencjonowanie behawioralne, czyli rozkładanie naszych zachowań na podstawowe elementy budulcowe w celu ich późniejszej modyfikacji, nie wydaje się dzisiaj niemożliwe.

Ta „gra w ludzi” bywa wyjątkowo inwazyjna i odarta z empatii. Carissa Véliz ostrzega, że Internet Rzeczy (IoT) ewoluuje w siatkę szpiegowską. Współczesne samochody poprzez czujniki w fotelach mogą monitorować wagę pasażerów i tworzyć profile zdrowotne dla ubezpieczycieli. Inteligentne termometry gromadzą dane o gorączce sprzedawane reklamodawcom, zanim chory pomyśli o wizycie u lekarza. Jesteśmy towarem dla brokerów danych, którzy handlują wiedzą o takich grupach jak „ofiary gwałtu” czy „osoby uzależnione od alkoholu”, żerując na ludzkim nieszczęściu.

Kiedy w USA poszczególne stany zaostrzyły niedawno prawo aborcyjne, okazało się, że dane z aplikacji śledzących cykl menstruacyjny mogą posłużyć prokuratorom do udowodnienia przerwania ciąży. Nasza fizjologia z intymnego zapisu stała się potencjalnym dowodem w sprawie karnej. Z kolei aplikacja fitness Strava, publikując w sieci mapy aktywności biegaczy, niechcący ujawniła położenie tajnych baz wojskowych – żołnierze po prostu biegali wokół nich z włączoną funkcją lokalizacji.

Teologia nadzoru

Za tworzeniem narzędzi masowego nadzoru stoją jednak nie tylko chłodne kalkulacje zysku, ale też otwarcie wyrażane lęki… biblijne. Laura Bullard w artykule dla magazynu „Wired” stawia tezę, że aby zrozumieć współczesną inwigilację, musimy przyjrzeć się obsesji jednego człowieka na punkcie… Antychrysta. Chodzi o Petera Thiela, współzałożyciela PayPala i twórcę wspomnianej firmy Palantir.

Analiza tekstów i wystąpień Thiela ujawnia, że Palantir nie powstał jako zwykły start-up. Jest to w istocie teologiczny projekt polityczny. Thiel, intelektualny wychowanek francuskiego filozofa René Girarda, oparł swoje imperium na jego teorii mimetycznej. Według Girarda gdy człowiek zaspokoi podstawowe potrzeby biologiczne, nie wie, czego chce. Zaczyna więc obserwować innych i naśladować ich pragnienia.

To właśnie ta diagnoza pchnęła Thiela w 2004 r. do zainwestowania w Facebooka, który jawił mu się jako idealna „maszyna mimetyczna” – globalne lustro ukazujące użytkownikom pragnienia ich znajomych, co nakręca spiralę rywalizacji i zazdrości. W interpretacji krytyków Thiel postrzegał media społecznościowe jako narzędzie do „ukierunkowywania mimetycznej przemocy” – cyfrową arenę, na której destrukcyjna energia tłumu zostaje przekierowana w bezpieczne kliknięcia i jednocześnie pozostaje pod ścisłą kontrolą algorytmu.

Obok Facebooka Thiel inwestuje w nadzór totalny. W eseju The Straussian Moment wprost deklaruje, że amerykański system demokratycznej kontroli i równowagi w trójpodziale władzy stanowi przeszkodę dla skutecznego działania w obliczu zagrożeń. Zamiast demokratycznych instytucji, takich jak ONZ, zaproponował alternatywę: tajną koordynację służb wywiadowczych wspieraną przez „supersystem nadzoru”. Architekt współczesnych systemów bezpieczeństwa od samego początku projektował je tak, by były odporne na wolę wyborców, sądów czy parlamentów.

Sedno „teologii politycznej” Thiela tkwi w jego panicznym lęku przed apokalipsą. W jego wizji świata kluczowa jest biblijna koncepcja katechona – siły powstrzymującej nadejście Antychrysta i czasy ostateczne. Dla Carla Schmitta, nazistowskiego prawnika, którym Thiel się inspiruje, katechonem mógł być wiadomy dyktator. Dla Thiela staje się nim, przykładowo, technologiczny panoptykon.

Paradoks polega na tym, że poprzez budowę narzędzia władzy absolutnej Thiel może wręczać broń temu, kogo najbardziej się lęka. Antychryst jest bowiem w jego teologii siłą dążącą do fałszywej unifikacji świata pod hasłem „pokoju i bezpieczeństwa”. Kiedy rządy – w tym polski – podpisują umowy z firmami takimi jak Palantir, nie kupują tylko oprogramowania. Wpuszczają również do systemu nerwowego państwa technologię, która została zaprojektowana z intencją ominięcia demokratycznych bezpieczników i z mesjanistycznymi lękami oraz ambicjami.

Prawo do bycia nieprzewidywalnym

W debatach o cyfrowym nadzorze zdanie: „Nie mam nic do ukrycia”, wiele osób wypowiada z rezygnacją, a czasem – wręcz z dumą. Pytanie tylko, czy zazwyczaj nie oznacza ono: „Nie mam nic do powiedzenia”. Można chyba zasadnie doszukiwać się tutaj deklaracji konformizmu – jeśli nasze myśli i zachowania są normatywnie wygładzone, nie wymagają cienia prywatności.

Dla Christophera Hitchensa, autora Listów do młodego kontestatora, istota niezależnego umysłu nie leży w tym, co się myśli, ale jak się myśli. Prywatność jest przestrzenią laboratoryjną dla wszelkiego rodzaju dysydentów i uciekinierów spod algorytmicznej sztancy. To właśnie w prywatnej sferze uczymy się dystansu, ironii i zwykłej niezgody. Tam najłatwiej ćwiczyć krytyczne myślenie. Przypomnijmy sobie strategię życia „jak gdyby”, którą Hitchens przywołuje za Václavem Havlem. XX-wieczni dysydenci w bloku wschodnim decydowali się żyć tak, jak gdyby byli wolnymi obywatelami, ignorując absurdy antyludzkiego reżimu. Było to możliwe tylko dlatego, że posiadali sferę, do której władza nie miała dostępu – sferę prywatnych myśli, zaufanych kręgów i niepodsłuchiwanych rozmów. Gdy mówimy: „Nie mam nic do ukrycia”, dobrowolnie burzymy mury tej twierdzy.

Kiedy następnym razem usłyszysz, że uczciwi obywatele nie mają nic do ukrycia, pamiętaj: to nie jest kwestia uczciwości, tylko tego, czy masz odwagę (i prawo) posiadać własne, wymykające się katalogowaniu „ja”. Jeśli nie masz nic do ukrycia przed systemem, to najprawdopodobniej system już dawno wymyślił cię za ciebie.

Metaforyczną różnicę między życiem ujętym w karby systemu a wolnością najlepiej zobrazować z lotu ptaka. Kiedy patrzymy na zdjęcie satelitarne chorwackiej wyspy Baljenac – 23 km murów wzniesionych rękami rolników, by chronić uprawy przed wiatrem – ulegamy pareidolii i widzimy gigantyczny kamienny odcisk palca rzucony na granat Adriatyku. Baljenac jest niezamieszkana – to pomnik minionego wysiłku, skamieniała baza danych. Czy nie tak wygląda ostateczny cel systemów nadzoru? Okiełznać chaos, zamknąć go w sztywnych murach predykcji.

Ludzka natura przypomina raczej zjawisko z antypodów tej statyczności – dynamiczne wzorce ruchu stad tysięcy ptaków, które poeta Richard Wilbur nazwał „pijanym odciskiem palca na niebie”. Nauka opisuje to zjawisko, podobnie jak ławicowanie ryb czy rojenie się owadów, jako triumf samoorganizacji i emergencji. Zamiast centralnego dowodzenia mamy błyskawiczną reakcję na ruchy sąsiadów. Współczesne algorytmy big data desperacko próbują nałożyć na żywy organizm sztywne ramy – wtłoczyć „pijany odcisk palca” w kamienne mury Baljenac.

Współcześni luddyści

Pora porzucić naiwne przekonanie, że mamy do czynienia jedynie z nowym modelem biznesowym. Nick Couldry i Ulises A. Mejias w książce Data Grab stawiają tezę znacznie bardziej radykalną: to powtórka z historii, tyle że statki konkwistadorów zostały zastąpione przez serwerownie, a my żyjemy w epoce kolonializmu danych. Dawne imperia opierały się na micie ziemi niczyjej, którą można zająć. Dziś Dolina Krzemowa operuje na zasadzie „życia niczyjego”. Cyfrowe imperium zasysa wartość z peryferii (naszych domów) do centrum (korporacyjnych baz danych).

Szczęśliwie Data Grabjest przede wszystkim podręcznikiem oporu. Autorzy argumentują, że indywidualna ochrona prywatności (jak „ustawienia plików cookie”) nie wystarczy. Aby rzucić wyzwanie nowej formie wyzysku, musimy sięgnąć do strategii ruchów antykolonialnych i wyobrazić sobie nowe formy solidarności. Na kartach książki pojawiają się konkretne…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Granice naszej prywatności