Wszystko wskazuje na to, że właśnie przeżywamy koniec pewnej epoki – większości z nas zdarza się to po raz pierwszy w życiu. Wprawdzie od czasów II wojny światowej w wielu częściach świata, również na południowych i wschodnich krańcach Europy, wydarzały się wojny, przewroty, rewolucje i zmiany systemów, które wszystko wywracały do góry nogami, oddziaływały na codzienne życie, budziły niemalże mesjańskie nadzieje lub wywoływały wręcz apokaliptyczne lęki. Jednak przynajmniej w zachodnich Niemczech, na zachodzie Europy, byliśmy za każdym razem jedynie widzami. Nasze własne życie przypominało długą i historycznie rzecz biorąc, niezwykle spokojną rzekę, której bardziej niebezpieczne nurty i wodospady miały przede wszystkim charakter prywatny: choroby, osobiste kryzysy, zmiany zawodowe, wypadki, miłość, rodzicielstwo, żałoba, śmierć. Oczywiście świat, w którym żyjemy, także uległ wyraźnym zmianom od czasów, gdy byliśmy dziećmi; wystarczy pomyśleć o internecie albo o tym, że jeszcze w roku 1990, a więc w czasach moich studiów, na terenie byłej Republiki Federalnej 96 osób skazano z powodu praktyk homoseksualnych, a 10 gejów z tego powodu trafiło do więzienia. Jednak zmiana następowała tak wolno i zawsze najpierw niejako pod powierzchnią, że nie zdawaliśmy sobie w pełni sprawy z tego, co się dzieje, i dziś prawie nie pamiętamy, aby kiedykolwiek było inaczej.
Dzisiaj natomiast w zasadzie nie można przejrzeć wiadomości ani otworzyć gazety, żeby to, co uważamy za pewnik, nie ulegało wstrząsom – czy to wojna w Gazie, czy obrona Ukrainy, czy też same Niemcy, gdzie partia, którą służby wewnętrznego bezpieczeństwa państwa określają jako skrajnie prawicową, właśnie zajęła pierwsze miejsce w sondażach. Wstrząsy powodują naturalnie przede wszystkim wydarzenia w Stanach Zjednoczonych od czasu ponownego objęcia urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa. Stany Zjednoczone, jak żadne inne państwo, ukształtowały naszą świadomość, naszą politykę, naszą kulturę popularną, a jeśli nie są już tym samym co dawniej, to i my także należymy już do przeszłości, nawet jeśli w codziennym życiu wszystko jeszcze przez pewien czas będzie przebiegało tak jak dotychczas: ze zmianami rządów, z chaosem na kolei i co wieczór z tym samym filmem sensacyjnym w telewizji.
Jest to zapewne również wasze doświadczenie: wy także przecieracie oczy ze zdumienia, gdy codziennie przeglądacie wiadomości, tweety i zdjęcia ze Stanów Zjednoczonych. Nie ma potrzeby wymieniać tutaj wszystkiego. Wystarczy wspomnieć o zdradzeniu sprawy Ukrainy i o dealu z Władimirem Putinem, o projekcie utworzenia riwiery w miejscu Strefy Gazy wraz z absolutnie nieprzyzwoitym filmikiem stworzonym przez sztuczną inteligencję a prezentującym projektowaną przyszłość tego miejsca. To również grożenie przyłączeniem Panamy, Grenlandii i Kanady, a nawet użyciem środków militarnych przeciwko sojusznikom z NATO, daleko idące zakazy wypowiadania się w instytucjach publicznych, frontalny atak na najbardziej renomowany uniwersytet na świecie, rzymski salut Elona Muska i jego demonstracja siły w Gabinecie Owalnym, który odwiedził razem z czteroletnim synem wyraźnie lekceważącym prezydenta, ignorowanie wyroków Sądu Najwyższego, aresztowanie sędzi i próba, częściowo udana, szantażowania amerykańskich kancelarii prawnych, nagłe wstrzymanie pomocy rozwojowej, co w konsekwencji doprowadzi do śmierci tysięcy ludzi w najbiedniejszych krajach świata, aranżowanie masowych deportacji, które świadomie nawiązują do symboliki faszyzmu, zaprzeczanie zmianom klimatycznym i związane z tym priorytetowe traktowanie energii kopalnych wbrew wszelkiej naukowej wiedzy, generalna wrogość wobec nauki i mające z tym związek zaprzestanie finansowania badań w dziedzinach istotnych dla życia, takich jak medycyna czy farmacja, itd., itp. – aż do 2 mld USD, które klan Trumpa już podobno zarobił podczas trwania jego prezydentury dzięki nowej kryptowalucie $Trump, transakcjom na rynkach nieruchomości, płatnym kolacjom i ekskluzywnym członkostwom. Któż z nas jeszcze niedawno uznałby za możliwą którąkolwiek z tych informacji? A przy tym większość tych działań szczegółowo opisały w scenariuszach przejęcia władzy… nie, to nie były konserwatywne think tanki, bo tak nie można nazwać kręgów blisko związanych z rządem – to raczej dokładne przeciwieństwo konserwatyzmu, a mianowicie to kręgi nie mniej wywrotowe niż ci, którzy szturmowali Kapitol 6 stycznia 2021 r., a których nowy prezydent ułaskawił w pierwszym dniu swojej drugiej kadencji, wśród nich także tych, którzy popełnili poważne przestępstwa.
Już chociażby ta zmiana znaczenia słowa „konserwatywny” pokazuje, że nasze dotychczasowe pojęcia przestają być adekwatne. Europejska prawica chciałaby ucieszyć się z nacjonalizmu, który zwyciężył wraz z Trumpem, ale jednocześnie dostrzega, że interesy poszczególnych narodów, czy to Niemiec, czy Francji, czy Włoch, diametralnie różnią się od interesów Stanów Zjednoczonych.
Całkowicie zdezorientowana jest lewica, która zawsze była krytyczna w stosunku do Ameryki. Dobra jej część – albo moim zdaniem raczej część gorsza – ostatnio sympatyzuje z nową administracją amerykańską, jeśli chodzi o sprawę Ukrainy czy globalizacji. Tymczasem zagorzały zwolennik ścisłych relacji Europy z Ameryką, jakim jest nowy kanclerz federalny, w wieczór swojego wyborczego zwycięstwa wojowniczo nawoływał do przeciwstawienia się Ameryce. Wobec dominacji wielkich koncernów technologicznych zwolennicy ordoliberalizmu nie wahają się używać słowa „wywłaszczenie”, które znane jest raczej z koncepcji socjalistycznych. Nie mówiąc już o zaskoczonych kierowcach Tesli, którzy jeszcze wczoraj uważali się za przyjaznych środowisku ekologów, a dzisiaj wyzywani są od faszystów. Aktualnie – a przez „aktualnie” nie mam na myśli ostatnich lat ani dziesięcioleci, ale te kilka tygodni, które minęło od upokorzenia ukraińskiego prezydenta Zełenskiego w Białym Domu 28 lutego 2025 r. – panuje powszechny konsensus, że Zachód, w którym większość z nas się urodziła, już nie istnieje.
Zwiastuny upadku
Żadna rewolucja nie zaczyna się w dniu jej wybuchu. Przewroty, wojny, zmiany systemów politycznych, jakkolwiek byłyby nagłe i nieoczekiwane, zawsze mają swoją prehistorię, którą można dostrzec dopiero po nabraniu większego czasowego dystansu. Jeżeli chodzi o rzekomy lub faktyczny koniec epoki liberalnej, to jesteśmy w centrum wydarzeń i możemy tylko spekulować, czy przyszli historycy umieszczą rok 2025 w jednym rzędzie z rokiem 1914, 1933, 1989 czy 2001. Możliwe przecież, że Amerykanie w wyborach w 2026 r. doprowadzą do powstania demokratycznej większości w Kongresie i podczas następnych wyborów prezydenckich akurat w samą porę zapobiegną ustanowieniu oligarchicznego systemu władzy czy też dyktatury danych, o jakiej wydają się myśleć takie postaci jak Elon Musk i Peter Thiel. Wiele przemawia za odpornością amerykańskiej demokracji na takie zakusy i bardzo wiele za porażką Donalda Trumpa, którego indywidualne horyzonty nabyte w procesie edukacji, intelektualna dyscyplina i strategiczne umiejętności są najwyraźniej ograniczone. Tweet, który w maju 2025 r., po kolejnym dziwnym wystąpieniu Trumpa z nowo wybranym premierem Kanady, opublikował były mistrz świata w szachach i rosyjski dysydent Garij Kasparow, dobrze podsumowuje wrażenie, które jest udziałem wielu z nas: „Gdybyście mieli podeszłych w latach rodziców, którzy wygadują takie rzeczy, to odebralibyście im karty kredytowe i książeczki czekowe”. Jeśli dodać do tego sztab Trumpa, który składa się głównie z przyjaciół biznesowych i prezenterów telewizyjnych, ludzi z małym doświadczeniem politycznym, to tym bardziej należy przyjąć za absurdalne przekonanie, że nowa administracja rzeczywiście może skutecznie bronić amerykańskich interesów w starciu z przebiegłymi przywódcami Chin i Rosji. Przede wszystkim jednak wkrótce może dojść do konfliktów pomiędzy samymi zwolennikami Trumpa, którzy kierują się sprzecznymi interesami, zwłaszcza między klasycznymi nacjonalistami a myślącymi w kategoriach globalnych przemysłowcami z branży technologicznej.
Jednak nawet jeśli po Trumpie urząd ponownie obejmie prezydent lub prezydentka z liberalnej strony politycznej sceny, to wydaje się wykluczone, aby Zachód stał się znowu tym, czym był dla nas – o ile w ogóle za trzy lata będzie jeszcze można mówić o Zachodzie. Ruchy tektoniczne w polityce światowej zaczęły się bowiem na długo przed obecnym trzęsieniem ziemi, jeszcze przed wejściem Donalda Trumpa do polityki, i będą trwały nadal, nawet jeśli sytuacja w Stanach Zjednoczonych ponownie ulegnie uspokojeniu. O epokowym przełomie mówiliśmy już w 2022 r., gdy Rosja rozpoczęła swój marsz na Kijów, a, przypomnijmy sobie, już parę miesięcy wcześniej, w sierpniu 2021 r., gdy Stany Zjednoczone wraz z oszukanymi sojusznikami opuściły Afganistan, w wielu komentarzach i wystąpieniach przekonywano, że to koniec Zachodu. Wtedy Joe Biden, demokrata, ponad głowami legalnie wybranego afgańskiego rządu, zawarł haniebne porozumienie z talibami, wtrącając w niewolę zwłaszcza afgańskie kobiety. W 2004 r. przez parę dni byłem na Harvardzie, ponad rok po ataku Stanów Zjednoczonych na Irak. W pamięci pozostało mi m.in. spotkanie ze słynnym orientalistą Royem Mottahedehem, bardzo uprzejmym wtedy już starszym panem, z brodą i wąsami. Zapytałem go, jak to możliwe, by Stany Zjednoczone, z takim potencjałem naukowym i z uznawanymi za najlepszych na świecie ekspertami ds. Bliskiego Wschodu, poniosły tak przecież możliwą do przewidzenia porażkę jak ta w Iraku.
– Nie słuchano nikogo – odpowiedział Mottahedeh.
– Czy rząd nie ma doradców? – zapytałem. – Nikogo, kto zna się na Iraku?
– Nie, nie ma. My byliśmy doradcami, ja również. Bywałem regularnie w Waszyngtonie, aby doradzać rządowi, czasami mnie słuchano, a czasami nie. Administracja Busha natomiast wszystkich nas, ekspertów od Bliskiego Wschodu, wyrzuciła za drzwi.
– Czy to nie jest głupie?
– Tak, to głupie – westchnął Mottahedeh. – Najpierw jest tylko głupie, a potem staje się naprawdę szkodliwe. Z powodu tej głupoty nasz arcywróg Iran przejmuje Irak i zyskuje poczucie siły i sprawczości. Jednym słowem, nie tylko przegraliśmy Irak, ale jeszcze umocniliśmy rządy mułłów na kolejne 10 czy 20 lat. Aby mieć takie osiągnięcia, to naprawdę trzeba się postarać.
– A do tego kłamstwo w Radzie Bezpieczeństwa o broni masowego rażenia, którą rzekomo miał posiadać Saddam – przypomniałem.
– A jeszcze zdjęcia z więzienia Abu Ghraib – dodał Mottahedeh. – Utraciliśmy nie tylko naszą dominację na Bliskim Wschodzie, lecz także naszą wiarygodność.
– A do tego setki tysięcy zabitych.
– Tak, do tego setki tysięcy zabitych.
Stany Zjednoczone zawsze prowadziły zimną politykę interesów, tak jak zresztą inne światowe mocarstwa. Nigdy nie były tak altruistyczne i zaangażowane jedynie w wartości demokracji, wolności i praw człowieka, jak można to usłyszeć w uroczystych przemówieniach. Parę tygodni temu widziałem w kinie film dokumentalny o puczu w Kongo w 1961 r. Weterani CIA opowiadają w filmie otwarcie o zabójstwie młodego, charyzmatycznego i bardzo inteligentnego premiera Patrice’a Lumumby, który przeszkadzał w eksploatacji bogactw naturalnych. Pomyślałem sobie: „No proszę, w porównaniu z tamtymi wydarzeniami plany Trumpa dotyczące Grenlandii czy też umowa, którą chce narzucić Ukrainie, są wręcz czymś bardzo sprzyjającym pokojowemu współżyciu narodów”.
W kraju moich rodziców Stany Zjednoczone w roku 1953 obaliły demokratycznie wybranego premiera Mohammada Mosaddegha, który odważył się żądać, aby bogactwo z irańskiej ropy służyło samym Irańczykom. Mosaddegh był gorliwym zwolennikiem amerykańskiej demokracji, który dwa lata wcześniej, podczas wizyty państwowej, nie omieszkał odwiedzić Filadelfii, aby tam przed Dzwonem Wolności uroczyście ogłosić Stany Zjednoczone wzorem dla irańskich aspiracji wolnościowych. Kiedy już w całym Teheranie krążyły pogłoski o zbliżającej się akcji CIA, Mosaddegh uspokajał swoich doradców: „Nie, nie, nie ma co się martwić, być może Rosja, być może Wielka Brytania, ale Stany Zjednoczone nigdy nie dopuściłyby się tak haniebnego czynu”. Jeszcze wieczorem w przeddzień zamachu Mossadegh z całą prostodusznością złożył wizytę amerykańskiemu ambasadorowi, który oczywiście był wtajemniczony w spisek. Niecałe 12 godz. później pojawił się tłum opłacony przez CIA.
Albo pomyślmy o puczu przeciwko Salvadorowi Allendemu, o Wietnamie, o bojówkach Contras, które Ronald Reagan utworzył w Nikaragui, a które były prawdziwymi bandami morderców. A jeśli my, Europejczycy, chcemy sobie pogratulować, że nasza polityka zewnętrzna w porównaniu z imperialistycznymi Stanami Zjednoczonymi była w miarę przyzwoita, to powinniśmy przypomnieć sobie o wszystkich niewyobrażalnie okrutnych wojnach kolonialnych, w Algierii, w Kenii albo, jeszcze w latach 70., w Mozambiku. Dlaczego zresztą używamy tu czasu przeszłego? W Libii Włosi i Francuzi wspierali różne milicje, których militarne zmagania do dzisiaj rujnują ten kraj, a w Sudanie gen. Dagalo, który w 2002 r. brał udział w ludobójstwie w Darfurze i którego Rapid Security Force najwyraźniej popełnia w Darfurze kolejne ludobójstwo, jest starym partnerem Unii Europejskiej, która zapłaciła mu 200 mln euro za blokowanie uchodźców. Dlaczego jednak ciągle tylko inni? Jeszcze w latach 80. my, porządni Niemcy, dostarczyliśmy sprzęt do produkcji gazu bojowego, którego Saddam Husajn użył w Halabdży, a zaledwie dwa i pół roku temu nasza feministyczna polityka zagraniczna porzuciła kobiety, które w Iranie odważnie buntowały się przeciwko rządom duchownych.
Nierealny polityczny realizm
Zerwanie z liberalnym porządkiem świata, którego uosobieniem jest Donald Trump, nie polega na tym, że zdradza on zachodnie wartości. Zerwanie polega na tym, że w ogóle nie ma z nimi nic wspólnego. Różnica może wydawać się niewielka, jednak przy dokładniejszym przyjrzeniu się okazuje się ogromna. Zachód nie był bowiem wielkim imperium pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych. Odznaczał się lepiej lub gorzej funkcjonującymi demokracjami, praworządnością, wolnością słowa, zakazem tortur, zrównoważeniem społecznym, respektowaniem praw mniejszości, bezprecedensowym dobrobytem, tolerancją religijną, a także coraz większą tolerancją seksualną, niezależnością badań naukowych i tym podobnymi właściwościami. Zachód zapewnił swoim obywatelom, w tym milionom imigrantów ze wszystkich stron świata, wolność, bezpieczeństwo i możliwość kształtowania własnego życia, a także stworzył kulturę fascynującą nawet dla zdeklarowanych przeciwników tego systemu – wystarczy przywołać tu przykład fantastycznych klubów jazzowych funkcjonujących niegdyś w Związku Radzieckim. Również w relacjach z krajami spoza Europy Zachód nie zawsze przecież tylko promował dyktatury i rabował bogactwa naturalne. Wspierał ruchy demokratyczne, promował prawo międzynarodowe, udzielał pomocy rozwojowej, przyjmował uchodźców, pełnił funkcję mediatora w konfliktach, domagał się przestrzegania praw człowieka, propagował ochronę środowiska i przyczyniał się do zachowywania lokalnych tradycji.
Chociażby w obszarze mojej własnej specjalizacji: najbardziej znaczące wydania wielkich dzieł o historii myśli świata islamu nie powstały w Bejrucie, Kairze czy Mekce, lecz na seminariach orientalistycznych w Tybindze, Paryżu i Londynie.
Zachód to nie tylko poszczególne rządy, ale także otwarte, kreatywne, ciekawe świata i spragnione wiedzy społeczeństwa, których samokrytykę wspiera państwo w formie dotacji, nagród, instytucji kulturalnych i uniwersytetów. Napięcie między uniwersalistycznym demokratycznym poczuciem misji a realizacją partykularnych interesów narodowych i ekonomicznych istnieje od czasu, gdy Zachód, wraz z przystąpieniem Stanów Zjednocznych do I wojny światowej, ukonstytuował się jako polityczna potęga, a właściwie napięcie to jest czymś konstytutywnym dla nowoczesnego Zachodu od czasów amerykańskiej i francuskiej rewolucji z końca XVIII w. Ten sam rząd federalny, który dłużej niż wszystkie inne zachodnie rządy milczał w sprawie protestów w Iranie, udzielał schronienia wielu artystom, opozycjonistom i aktywistkom walczącym o prawa kobiet, a więc tym, którzy z Iranu musieli uciekać. Przez wszystkie te lata, a teraz można już mówić nawet o dziesięcioleciach, w których obserwuję politykę i sam, jako reporter, relacjonuję wydarzenia z obszarów dotkniętych wojnami czy kryzysami, jedna refleksja głęboko i coraz głębiej naznacza moje rozumienie sytuacji w świecie: realnie polityce najbardziej szkodzi realizm polityczny. Gdyby po wybuchu II wojny światowej w Waszyngtonie kierowano się zasadami realizmu politycznego, to nie doszłoby do wyzwolenia Europy od faszyzmu i ocalałych z obozów koncentracyjnych. A po zakończeniu wojny amerykański realizm polityczny nakazywałby eksploatować pokonane Niemcy, grabić skarby kultury i doprowadzić do deindustrializacji, tak jak zrobiono to w 2003 r. w Iraku. Trzeba oczywiście przyznać, że samym idealizmem nie da się zaistnieć ani na arenie międzynarodowej, ani w wyborach. Nawet jednak dla egoistów jasne jest dzisiaj, że amerykańska wspaniałomyślność wobec Niemców przyniosła więcej korzyści niż pogarda wobec Irakijczyków. Albo raz jeszcze Iran: tak, zamach stanu z 1953 r. krótkoterminowo był korzystny dla amerykańskich interesów, bo czynił Iran państwem zwasalizowanym i poddawał irańską ropę amerykańskiej kontroli. Jednak w dłuższej perspektywie uczynił Iran państwem wrogim i doprowadził do antyamerykańskiej rewolucji roku 1979. Przykład Iranu wyraźnie pokazuje skrajności,…