Jane Barnell od czasu do czasu uznaje się za czarną owcę i stwierdza, że jej sposób zarabiania na życie ma w sobie coś wstydliwego. Kiedy popada w taki nastrój, nie jest dumna, że żadna artystka w Ameryce nie dorównałaby jej pod względem długości kariery cyrkowej, i żałuje, że przed laty rzuciła harówkę na farmie bawełny swojej babki w Karolinie Północnej. Panna Barnell to kobieta z brodą. Jej gęsty, kręcony zarost mierzy 35 cm i jeszcze nigdy nie był dłuższy niż obecnie. Za młodu, gdy życie cyrkowe bardziej ją pasjonowało, co roku fryzowała brodę inaczej; w tamtych czasach istniało bowiem wiele możliwości – panna Barnell pamięta styl na „sopel”, „indiańskiego wojownika”, „trzepaczkę” i „kozła” – a na początku sezonu prosiła cyrkowego fryzjera, by przyciął jej zarost w najmodniejszym w danym momencie fasonie. Odkąd posiwiała, nie przycina już brody i nosi ją w stylu członków grupy Ród Dawidowy.
Dzięki brodzie panna Barnell występowała w każdym ze stanów Północy. Właściwie to zjeździła Stany Zjednoczone jak mało kto, jednak zbyt się nudziła, by zwracać uwagę na otoczenie, i pewnie oblałaby geografię w szkole. „Podróżowałam po całym kraju, wzdłuż i wszerz. Odwiedziłam tysiące miast, ale niewiele z nich pamiętam. Przez połowę czasu nie wiedziałam nawet, w jakim jestem stanie, wręcz zupełnie mnie to nie obchodziło” – mówi.
Panna Barnell ma 69 lat i po raz pierwszy wzięła udział w pokazie krótko po swoich czwartych urodzinach; twierdzi, że ma brodę od niemowlęctwa. Jako Księżniczka Olga, Madame Olga lub Lady Olga pracowała w co najmniej 25 cyrkach i wesołych miasteczkach za stawkę od 20 do 100 dolarów tygodniowo. Zdążyła już zapomnieć, jak nazywała się część z tych przybytków; jeden z cyrków pamięta tylko jako „ten bajzel na dziesięć wozów na Zachodnim Wybrzeżu, gdzie razem z moim trzecim mężem musieliśmy przywalić kierownikowi cyrku w czerep kołkiem od namiotu, żeby dostać wypłatę”. Zaczynała w podrzędnej trupie cyrkowych włóczęgów, która podróżowała rozklekotanymi, zawszonymi wozami ciągniętymi przez woły, później zaś trafiła do cyrków Ringling Brothers oraz Barnum & Bailey.
W cyrku Ringlingów spędziła sześć lat. Ostatni raz występowała tam w 1938 r., kiedy sezon zakończył się przed czasem z powodu strajku w Scranton, co doprowadziło ją do histerii. Cyrk Ringlingów, Kongres Dziwnych Ludzi, cieszył się tak wielkim uznaniem wśród dziwolągów jak niegdyś Palace wśród aktorów wodewilowych, ale panna Barnell nie chciała podpisać kontraktu na kolejny sezon. Podjęcie tej decyzji było bolesne; wcześniej przez sześć sezonów sypiała na tym samym posłaniu w starej dziewięćdziesiątceszóstce, wagonie sypialnym Ringlingów przeznaczonym dla artystów cyrkowych, i zdążyła się do niego przywiązać. „Słyszałam kiedyś o więźniu, który załamał się i płakał, gdy skończył odsiadkę i musiał opuścić swoją celę. Pewnie to był dla niego dom, tak jak moim domem było posłanie na tym wozie”. Odrzuciła kontrakt, ponieważ obsesyjnie się obawiała, że w trasie ktoś zmusi ją, aby wstąpiła do związku zawodowego cyrkowców.
A związki zawodowe ją przerażają. Wprawdzie nigdy nie głosowała, lecz jest zagorzałą republikanką. Ponadto od niepamiętnych czasów czyta gazety Hearsta i wierzy we wszystko, co w nich znajdzie. Uważa, że każdy działacz związkowy nosi broń i jest gotów z niej strzelić. Gdy tylko panna Barnell widzi związkową manifestację, natychmiast przechodzi na drugą stronę ulicy. „Jestem pewna, że gdy wrócę do Ringlingów, to związkowcy mnie dorwą. Prawdę mówiąc, ten cały związek to korporacja, jak wszystko inne w dzisiejszych czasach” – powiedziała przedstawicielowi cyrku, który godzinami próbował przemówić jej do rozsądku.
Boi się również korporacji; jej zdaniem są one równie złowrogie co związki zawodowe. Odkąd odeszła, w cyrku Ringlingów nie ma już kobiety z brodą. Fred Smythe, kierownik Kongresu, każdej kolejnej wiosny proponuje jej kontrakt, ale ona zawsze odpowiada, że nigdy więcej nie będzie pracować dla Wielkiego Show. Smythe’a to nie dziwi. Wyjaśnia: „Na dziwolągów nie ma mocnych. Jak się taki uprze, to za nic nie wybijesz mu głupich pomysłów z głowy. Bardzo chciałbym ją sprowadzić z powrotem. To jedyna prawdziwa kobieta z brodą w starym stylu, jaka została w tym kraju. Większość brodatych pań to mężczyźni. Nawet jeśli są kobietami, wyglądają jak mężczyźni. Lady Olga jest kobietą i wygląda jak kobieta”.
Smythe mówi, że kobiety z brodą nie wzbudzają szczególnej sensacji, lecz stanowią tradycyjny element widowisk, podobnie jak klauni. „Ludzie nie śmieją się już z klaunów, ale chcą ich oglądać. Jeśli w programie nie ma brodatej damy, widzowie czują, że czegoś brakuje” – dodaje.
***
Nie była w trasie od czasu rezygnacji z udziału w Wielkim Show, ale trzymała się dość blisko Nowego Jorku, który uważa za swój dom, podobnie jak wiele innych miejsc. Zimą występuje sporadycznie w podziemiach Muzeum Huberta na West Fortysecond Street. Pokazywała swoją brodę w praktycznie każdym groszowym muzeum [Dime museum, czyli dosł. „muzea za dziesięciocentówkę” – przyp. red.] w kraju i ze wszystkich najbardziej lubi właśnie Huberta; traktuje to miejsce jako swoje zimowe schronienie. Profesor Le Roy Heckler, który prowadzi tam pchli cyrk, to jej stary przyjaciel. Kiedyś mieszkali w tym samym rolniczym okręgu w hrabstwie Mecklenburg w Karolinie Północnej, a wiele lat temu panna Barnell pracowała w cyrku z jego ojcem, nieżyjącym już profesorem Williamem Hecklerem, który (zanim opracował metodę tresury pcheł i założył rodzinny biznes) występował w cyrkowych pokazach. Panna Barnell darzy Le Roya wielkim szacunkiem; nazywa go „młodym profesorem” i mówi, że zna go od czasów, gdy „nosił pieluchy”. Latem dzieli czas między Huberta i Światowy Cyrk Profesora Sama Wagnera, inne groszowe muzeum na Coney Island. Panna Barnell lubi Coney Island, ponieważ uważa, że słone powietrze dobrze wpływa na jej astmę, a ponadto bardzo ceni sprzedawaną tam prażoną kukurydzę z masłem. Nie pracuje w groszowych muzeach na stałe; występuje przez dwa lub trzy tygodnie, a następnie robi sobie tydzień przerwy. Wyjaśnia, że „nie chce zwariować”. W muzeach można ją spotkać od jedenastej do dwudziestej trzeciej. Średnio ma dwa pokazy na godzinę, a na scenie przebywa od pięciu do dziesięciu minut. Pomiędzy występami jest wolna. U Huberta większość tego czasu spędza, drzemiąc w bujanym fotelu w swojej garderobie. Czasami odwiedza innych artystów, najczęściej Alberta, półmężczyznę, półkobietę. Dwa razy w tygodniu wchodzi do budki profesora Hecklera i obserwuje, jak ten karmi swoje pchły. To widowisko zawsze ją zadziwia, choć widziała je już wiele razy. Profesor podwija jeden rękaw, pęsetą wybiera pchły z pudełek z masy perłowej i upuszcza je, jedną po drugiej, na przedramię, gdzie pożywiają się przez kwadrans. Podczas gdy pchły jedzą, profesor czyta gazetę, a panna Barnell pali papierosa. Rzadko się do siebie odzywają. Panna Barnell jest małomówna i nie przepada za gadułami. Po południu przynajmniej raz okrywa brodę szalem i wychodzi na kawę lub kufel piwa korzennego. Zwykle udaje się na lunch do zajezdni autobusowej American Bus, kilka bram na zachód od muzeum. Atmosfera zajezdni koi jej nerwy. Kiedy występuje na Coney Island, między kolejnymi pokazami spaceruje energicznie po bulwarze. W przeszłości, gdy pracowała w mieście i okolicach, panna Barnell zawsze mieszkała w hotelikach na Broadwayu. Mniej więcej rok temu zrezygnowała z takiego życia. Pewnego sobotniego wieczoru, po pracy do późna u Huberta, weszła do hotelu przy Times Square, w którym mieszkała od czasu strajku u Ringlingów. Jakiś pijaczek w holu zobaczył ją i zawołał: „Na Boga, to ta baba z brodą!”. Poszedł za nią do windy, krzycząc: „Bober! Bober!”. Następnego dnia się wyprowadziła i zajęła umeblowane mieszkanie w teatralnym pensjonacie przy Eighth Avenue, niedaleko Garden. Lokal polecił jej cyrkowy kolega, mężczyzna, który zjada żarówki. Pozostali mieszkańcy to m.in. sztukmistrz, stary komik burleskowy, wytatuowana kobieta i emerytowany cyrkowy kucharz. Gdy otaczają ją tacy ludzie, czuje się swobodnie; kiedy spotyka ich na schodach, po prostu przechodzą obok. „Gdyby stary pawian chodził po korytarzu i trąbił na waltorni w kornecie, w moim domu nikt nie zwróciłby na niego uwagi” – twierdzi. *** Panna Barnell chciałaby spędzić resztę życia w mieście, wie jednak, że prędzej czy później przestanie być atrakcją w muzeach, będzie musiała zamieścić ogłoszenie w „Billboardzie” i ponownie znaleźć pracę w cyrku lub wesołym miasteczku. Chce odwlec ten moment tak długo, jak to tylko możliwe, ponieważ polubiła życie w mieszkaniu; jak mówi, dzięki temu miała okazję poznać Thomasa O’Boyle’a, czwartego męża, oraz kota Edelweissa. O’Boyle to klaun weteran, ale od niedawna pracuje jako gadacz – w cyrku tak określa się naganiacza widzów – w budce przy bramie u Huberta. Jest o 19 lat młodszy od panny Barnell i w przeciwieństwie do niej zachwyca go cyrkowe życie. Nosi granatowe koszule, żółte krawaty i garnitury z Broadwayu. Uważa pannę Barnell za jedną z najwspanialszych kobiet wszech czasów i odpowiednio ją traktuje. Kiedy jego małżonka wchodzi do pokoju, O’Boyle podrywa się na równe nogi, a kiedy ona wyjmuje papierosa, on pospiesznie go dla niej zapala. Pobrali się po przepracowanym razem sezonie 1931 r. w lunaparku Johnny’ego J. Jonesa. Oboje są miłośnikami krótkofalarstwa, a O’Boyle twierdzi, że połączyło ich właśnie to zainteresowanie. Panna Barnell niedawno powiedziała: „Od naszego ślubu ja i pan O’Boyle jeździmy zawsze z tą samą trupą, ale nigdy nie czułam, że naprawdę go znam, dopóki nie przenieśliśmy się do mieszkania. W wozie sypialnym po prostu nie czujesz się mężatką. Żeby poznać męża, trzeba dla niego gotować i prać”. Poza O’Boylem panna Barnell najbardziej martwi się o Edelweissa. To ponury, przekarmiony śnieżnobiały pers, za którego zapłaciła 25 dolarów, gdy był kociakiem, a który…