Subskrybuj
Dr psychologii, pisarka, filozofka, pracuje w PAN w Warszawie. Autorka m.in. książek Bezmatek (2020), za którą otrzymała Paszport „Polityki” i Historia polskiego szaleństwa (2018)

Czego boi się hipochondryk?

Niektórzy psychoterapeuci rozpoczynają leczenie swoich hipochondrycznych pacjentów od pytania: „Czy zgadzasz się, że kiedyś umrzesz?”. A przecież tak trudno się na to zgodzić, nie tylko hipochondrykom

Hipochondria to jedyne, co mi nie dolega.
Tony Hancock

1. Od dłuższego czasu odmawiałam przygotowania tekstów do miesięcznika „Znak” z uwagi na stan zdrowia. Schemat korespondencyjny był zawsze ten sam. Dostawałam propozycję napisania eseju na temat bliski moim zainteresowaniom badawczym, dziękowałam za nią, pisałam, że jeśli mi zdrowie pozwoli, to z przyjemnością podejmę się zadania, a potem informowałam z żalem i wstydem, że jednak nie dam rady przygotować artykułu. W miarę konkretnie – ale bez zbędnych szczegółów – podawałam, jaka choroba uniemożliwia mi napisanie zamówionego tekstu. Ostatnie maile w duchu unikająco-medycznym wymieniłam z redakcją „Znaku” pod koniec marca. Wróciłam wtedy z dziwnej podróży. Z dzikim jet lagiem, który nie mijał i okazał się czymś więcej, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam czym. Czym są te bóle głowy 10/10, sztywność karku, zawroty, gorączka, światłowstręt, dezorientacja, wysypka, rozdrażnienie, drżenie rąk i niedowłady w nogach, a także sporadyczne utraty przytomności? W odpowiedzi odmownej napisałam więc: „Ze względu na problemy zdrowotne”. Bo jeszcze wtedy mogłam odpisać, byłam w stanie ułożyć wyrazy z liter, proste frazy ze średniej długości słów, utrzymać łączność między zdaniami.

Kilka miesięcy później, na początku lipca, otrzymałam propozycję przygotowania do niniejszego miesięcznika eseju osobistego o hipochondrii – tak bez ogródek, expressis verbis. Dopiero wtedy pomyślałam, że przecież tak to może wyglądać: moje opowieści o chorobach, które wypisuję w pełnych rezygnacji mailach, ktoś mógłby zinterpretować jako przejaw nieuzasadnionego przekonania o posiadaniu poważnej choroby somatycznej lub lęku przed nią, jak często określana bywa hipochondria. Najprostsza definicja zaburzenia hipochondrycznego, widniejąca w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób WHO, precyzuje, że jest ono utrwalonym przekonaniem pacjenta o posiadaniu poważnej choroby somatycznej, której nie potwierdzają ani badania lekarskie, ani wyniki badań laboratoryjnych. Osoba cierpiąca na zaburzenie hipochondryczne może uporczywie prezentować dolegliwości dotyczące różnych narządów oraz doświadczać lęku o własne zdrowie, mimo zapewnień lekarskich, że nie istnieje żadne poważne zagrożenie. Wydaje się więc, że hipochondria jest beznadziejnie paradoksalna: osoba hipochondryczna najbardziej na świecie boi się zachorować, a ta obsesja czyni ją właśnie osobą chorą. Hipochondria – pod różnymi nazwami – znajduje się we wszystkich systemach klasyfikacji chorób i problemów zdrowotnych.

Kiedy więc poproszono mnie o napisanie tego tekstu, pomyślałam: a gdybym tak rozpoczęła esej o hipochondrii wyznaniem o „prawdziwej” chorobie? Mogłoby się wydawać, że w ten sposób powstałby manifest antyhipochondryczny, jednak coś mi mówiło, że będzie inaczej. Bo dopiero co wyszłam, po trzytygodniowej hospitalizacji, ze szpitala. Z diagnozą: zapalenie opon mózgowych, mózgu i serca. W sporcie to się nazywa hat trick: osiągnięcie potrójnego sukcesu, najczęściej trzech bramek. A tu stan zagrożenia życia, długie leczenie szpitalne i jeszcze dłuższa rehabilitacja. Awaria mózgu uniemożliwiła mi sprawne napisanie maila odmownego do „Znaku” o treści zgodnej z wcześniejszą stylistyką mojej korespondencji: zawierającej podziękowania za propozycję i odmowę, podyktowaną (nowymi) problemami zdrowotnymi. Nie byłam w stanie złożyć takiego, nawet poszarpanego, zdania. To, na co pozwalały mi moje ograniczone zdolności poznawcze, to sporządzenie krótkiej odpowiedzi pozytywnej.

Myślałam o tym, czy nie jestem zbyt chora, żeby pisać o hipochondrii. Wciąż nie wiem, co o tym sądzić. Ale wczesnym latem, w tamtej płochliwości dni tuż po opuszczeniu szpitala, z profetyczną sztywnością karku, odliczając dni do kolejnego: kataklizmu, SOR-u, nawrotu, pomysł, żeby poprzez pisanie uczyć się zdrowieć i uczyć się poprzez pisanie, że zdrowieję, wydał mi się obiecujący.

Jak pisze Caroline Crampton w Ciele ze szkła. Historii hipochondrii: na hipochondrię rzadko cierpią osoby, które cieszą się dobrym zdrowiem, te obawy z czegoś wynikają, z czegoś się biorą. A moja lista poważnych problemów zdrowotnych sięga wczesnego dzieciństwa i jest długa niczym katalog tajemniczych dolegliwości w Poemacie o cierpiącym sprawiedliwym pierwszego hipochondryka w historii słowa pisanego: Szubszi-meszre-Szakkana – babilońskiego dworzanina, żyjącego w II tysiącleciu p.n.e. Nie pamiętam już nazw swoich chorób somatycznych. Tak jak niektórzy nie pamiętają imion swoich partnerów i partnerek seksualnych, bo tylu ich było. Zdiagnozowane, niedoleczone, bo już pojawiały się kolejne: choroby, nie kochanki. Moje skojarzenia erotyczne mogą być wynikiem przebytego zapalenia mózgu, którego symptomy psychologiczne to m.in. hiperseksualność, brak potrzeby snu i stany maniakalne. Nie twierdzę, że wszystko w mojej chorobie było złe. Wręcz przeciwnie, bywało aż za dobrze. To, co moje ciało przetrwało, zostawiło ślad w myślach i paraliżujących lękach o zdrowie. Może jednak nie da się tego wszystkiego przeżyć i pozostać wolną od hipochondrii? Może nie da się w takim przypadku – w moim przypadku – dłużej utrzymać pełnego czarnego humoru stwierdzenia, że „hipochondria to jedyne, co mi nie dolega”?

I weź pod uwagę niebezpieczeństwo nawrotu.
John Donne

2. Dobrze o tym wie – chorująca na rzadki nowotwór krwi w wieku nastoletnim – autorka Ciała ze szkła, która, pisząc o tamtym okresie, z zakłopotaniem przyznaje: „Ani razu nie przyszło mi do głowy, że przyczyna tkwi w ciele, że to z nim jest coś nie tak. Dziś nie potrafię uwolnić się od poczucia, że coś się tam jeszcze kryje, czai na widoku, tylko ja nie wiem, gdzie patrzeć”. I dalej: „Mam wrażenie, że to racjonalna reakcja” (tłum. M. Tomczak). Bo skoro już wcześniej było się bardzo chorym i się tego nie widziało, to może tym razem też tak jest? Crampton uważa, że jej lęk hipochondryczny wyrósł nie tyle na gruncie samej poważnej choroby, ile w czasie późniejszym, na pożywce pytań: jak mogłam nie zauważyć, że z moim ciałem jest coś nie tak? Jak mogłam? Obsesyjnie powracająca konstatacja, że przez miesiące lekceważyło się niepokojące objawy, myśląc o sobie jak o „mózgu w słoiku”, łączy mnie z autorką Ciała ze szkła. Bo mój cel pisania eseju o hipochondrii był początkowo antyhipochondryczny. Wiedziałam, że są osoby o nadmiernych obawach o stan zdrowia, a ten nadmiar powoduje cierpienie, wpływa na inne sfery życia i je hamuje. Ale istnieje też coś przeciwnego: przesadne psychologizowanie – wyjaśnianie wszystkich problemów somatycznych w terminach psychologicznych – którego byłam orędowniczką. Taka hipochondria à rebours: kiedy pojawia się wątpliwość dotycząca mojego stanu zdrowia, szukam odpowiedzi w psychologii – że to wszystko jest psychosomatyczne, że to wszystko jest w głowie. Chodzi więc o to, w jaki sposób (również szerzej, społecznie) bagatelizuje się stan zdrowia, zwłaszcza kobiet, sprowadzając go do somatyzacji – dolegliwości jedynie sugerujących obecność choroby pozapsychiatrycznej, przy równoczesnym braku patologii organicznej czy czynnościowej. Takie wszędobylskie narracje psychosomatyczne opóźniły w moim przypadku diagnozę wielu chorób, które szybciej można było zacząć leczyć.

Jako siedmiolatka usłyszałam, że mam nerwicę żołądka, nikt nie zrobił żadnych badań, po prostu znerwicowane dziecko, wiele dziewczynek tak ma – ból brzucha niczym bóg brzucha.

Pamiętam, jak wyję i wiję się z bólu na wersalce u babci, babcia na łyżce cukru podaje mi amol i mówi z tym swoim zabużańskim akcentem: „Dziecko, czemuś ty się tak wszystkim przejmujesz? Za bardzo, za bardzo, mój mały saczek, nie trzeba aż tak”. Dopiero na studiach, po pierwszej gastroskopii i pierwszych badaniach laboratoryjnych, okazało się, że w moim brzuchu żyje coś więcej niż lęk. A przynajmniej coś bardziej widocznego.

Początkowo wyobrażałam więc sobie idealną kandydatkę do pisania o hipochondrii jako okaz zdrowia, zawsze odprawianą z kwitkiem od lekarza, zawsze pełną bezpodstawnego lęku o zdrowie. Choć w powszechnej świadomości to pewnie powinien być kandydat – mężczyzna jako exemplum hipochondrii, tak jak kobieta była figurą histerii. W każdym razie to nie ja. Ale po lekturze Ciała ze szkła zmieniłam zdanie. Bo to jest właśnie ten moment, kiedy mogę wpaść w szpony „wyimaginowanej choroby”. Czas, kiedy żyję po cichu w obawie przed chorobą, kiedy uczucie lęku o zdrowie trzyma ciało w krzywdzącej pozycji kociego grzbietu – takiej jak podczas punkcji, zdradzającej, że mój płyn mózgowo-rdzeniowy padł ofiarą jakiegoś wirusa. Krzywda została już wyrządzona. Czy to oznacza, że naturalną konsekwencją poważnej choroby musi być hipochondria? A może wtedy ten „strach przed chorobą i życie w ciągłej gotowości” są racjonalne i nie można takiej osoby nazwać hipochondrykiem?

Crampton, za krytyczką Elaine Scarry, przekonuje, że tak było w przypadku Johna Donne’a – poety doby baroku i autora Medytacji. Alembiku śmierci – u którego „w obliczu tylu tragedii głębokie zainteresowanie chorobą i śmiertelnością wydało się nieuniknione, wręcz rozsądne”. A ja po lekturze jej Ciała ze szkła nie mogę pozbyć się wątpliwości, gdzie przebiega granica racjonalności strachu o zdrowie. Kim tak naprawdę jest hipochondryk?

Mówiłem, że jestem chory.
(Dúirt mé leat go raibh mé breoite).
napis na nagrobku komika
Spike’a Milligana

3. Wciąż próbuję zrozumieć, czym się różni hipochondria od tzw. zdrowej troski o ciało, lecz poza redukcyjnym dyskursem medycznym nie znajduję odpowiedzi. W stosowanej wciąż w Polsce Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 zaburzenie hipochondryczne (F45.2) należy do zaburzeń psychicznych, a dokładniej: zaburzeń pod postacią somatyczną (inaczej nazywanych „somatoformicznymi”). Osoby nimi dotknięte mają objawy sugerujące problemy somatyczne, przy braku organicznych lub czynnościowych podstaw uzasadniających ich występowanie. Diagnozę „zaburzenia hipochondrycznego” w tej klasyfikacji stawia się, jeśli pacjent, który skarży się na objawy somatyczne (bez podstaw medycznych), jest przekonany o swojej poważnej chorobie, szczegółowo prezentuje dolegliwości dotyczące różnych narządów i ma wysoki poziom lęku o zdrowie, mimo zapewnień lekarskich, że nie istnieje żadne poważne zagrożenie. A te uporczywe symptomy utrzymują się u niego co najmniej pół roku. Jestem przekonana, że hipochondryka – książkowo spełniającego wszystkie powyższe kryteria – łatwo odróżnić od człowieka po prostu troszczącego się o zdrowie.

Piszę „o wciąż używanej” w Polsce klasyfikacji ICD-10, bo od stycznia 2022 r. obowiązuje, niemal globalnie, już kolejna wersja: ICD-11. U nas decyzja o dacie oficjalnego wprowadzenia jej w życie zostanie podjęta po stwierdzeniu, że system opieki zdrowotnej jest gotowy na jej wdrożenie, choć wcześniej mówiono, że musi to nastąpić do końca 2026 r. A wtedy zmieni się wiele w sprawie hipochondrii. Bo w ICD-11 zaproponowano odmienne spojrzenie – już nie tyle na zaburzenie hipochondryczne, co na hipochondrię (6B23). Umieszczono ją bowiem w innej grupie: tam gdzie zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Ta zmiana została uzasadniona obecnością w hipochondrii niechcianych myśli i powiązanych z nimi powtarzanych zachowań. A także danymi medycznymi mówiącymi o współwystępowaniu hipochondrii i OCD (obsessive-compulsive disorder) oraz o podobieństwach odpowiedzi na analogiczne leczenie farmakologiczne u pacjentów cierpiących na te zaburzenia. Podkreślono też znaczenie angażowania się w powtarzalne i nadmierne zachowania, związane z kontrolą stanu zdrowia lub – przeciwnie – w zachowania unikowe. Bo hipochondrycy dzielą się na szukających i unikających opieki medycznej. Teraz hipochondria to przede wszystkich katastroficzna interpretacja jednego lub kilku odczuć czy objawów cielesnych, także tych fizjologicznych i powszechnych. Innymi słowy: w nowej klasyfikacji hipochondria jest trwałą (trwającą co najmniej pół roku) obsesją na punkcie wiary w poważną chorobę lub lękiem przed nią, którego nie da się wytłumaczyć organicznymi przyczynami dolegliwości ani innym zaburzeniem psychicznym. Poza mainstreamem psychiatrycznym tę dwuznaczność hipochondrii – która mieścić ma zarówno nadmierny lęk o zdrowie, jak i przekonanie o posiadaniu konkretnej choroby – dzieli się, mówiąc, że hipochondria odpowiada tylko temu drugiemu członowi: nieuzasadnionemu przekonaniu o chorobie, przesadny zaś lęk przed zachorowaniem określa się mianem nozofobii….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką
Artykuł pojawił się w numerze: Kiedy w Polsce będą Chiny