Czego Pan szuka w literaturze?
Interesującej opowieści. I nagłego wytrącenia z równowagi. Momentów, w których się okazuje, że narracja zostaje rozsadzona, robi zwrot lub nieoczekiwanie się domyka w poukładaną kompozycję – czyjeś zmyślone życie przyprawia wtedy o grozę. Już się nie wydaje takie zmyślone. Strach – i jednocześnie pokusa – obejrzeć się za siebie. To wytrącenie z równowagi przydarza się dzięki opisowi, zdaniu, kwestii dialogu, jakiemuś zdarzeniu albo za sprawą samego języka; najlepiej, gdy jest przygotowane przez opowieść. No więc szukam opowieści, których autorki i autorzy, z rozmysłem lub nie, na przemian tworzą i rozbijają ład.
W jaki sposób Pan pracuje?
Długo chodzę – dosłownie, bo ruch mi w tym pomaga – z pomysłem na postać, której coś się przytrafia, i szukam pomysłu na narrację. Robię notatki, w głowie i zeszycie, a gdy nagromadzę tego wystarczająco dużo, by z tej mieszanki wystrzeliło pierwsze zdanie (choć niekoniecznie otwierające tekst), siadam przed komputerem. Pracuję na starym laptopie bez dostępu do internetu. Piszę powoli, sporo poprawiam w trakcie i wracam do już napisanych fragmentów – niekiedy muszę się uwolnić od tego przymusu, żeby być w stanie ruszyć dalej. Często w połowie historii przytrafia mi się blokada. Muszę wtedy przemyśleć całość, niekiedy sporo przepisać. Łatwo się rozpraszam, potrzebuję spokoju, ale zdarza mi się włączyć muzykę – najlepiej…