– Wal w ten śnieg – mówię, gdy gubimy drogę. Myśli, że go podpuszczam, więc idę przodem. Szczyt, wskakuję na pniaczek, dla Sebcia brakuje miejsca, ale wystarczyłoby słowo. Proponuję zresztą, ja to wymyśliłem, on wcale nie jest ciekaw. W tamtym życiu musiałem być kotem. Dajcie mi dobrze nagrzany piec, a zapomnicie, że tu jestem. Może dwa życia wstecz, bo w poprzednim to chyba jednak krową albo kozą, z powodu tej trawy. Dajcie mi nieskoszone pole, łąkę, cztery litry wachy, usiądźcie i podziwiajcie. Ani trochę go nie interesuje to znikanie. Byłbym uwierzył, gdyby się skubaniec tak nie zarzekał. – Jak to nie? Stąd będziesz miał dobre zdjęcia. Gruba puchówka, kaptur z misiem, wysokie buty, rękawice, a wierci się i przytupuje. Co ja mam powiedzieć: bez rękawic, w przyciasnej kurtałce. Nie da się jej zapiąć do końca przez ten sweter z wysokim kołnierzem i szalik. Cieplej w szyję, ale ciśnie grdykę, ślina ledwo przechodzi. Wzium, zamek w dół. Kot, po kocie koza albo na odwrót. A teraz tkwię na pniaczku, dłonie w rękawach, rękawy w kieszeniach i staram się nie roztelepać, bo jeszcze zejdzie lawina. W tym życiu robię za pomnik zmarzlaka. Nie wiem, kim będę w następnym, lecz na pewno, kurde, skombinuję porządną kurtkę. Ręce przy sobie, dzisiaj obsługuje Sebcio. Obskakuje mnie i wyciąga z kieszeni co trzeba. W lewej nad kolanem mam flaszkę, w prawej kieliszki. Niepotrzebnie dwa, skoro przepijać i tak będziemy z jednej butelki. Ale się okazuje, że nici z popitki, bo Sebcio zgubił po drodze, pewnie leży gdzieś w śniegu. To jednak nie jest porządna kurtka, za płytkie kieszenie. Chce iść szukać, przytrzymuję go za kaptur. A w sklepie się wahaliśmy i prawie wzięliśmy orzechówkę zamiast czystej. Pierwszy jakoś wejdzie, dalej się zobaczy. Najpierw mieli go wysadzać do filmu wojennego, bo na co komu stuletni, dawno nieużywany most kolejowy, który donikąd nie prowadzi. Byłem za, całemu miastu przydałaby się rozpierducha. Ludzie jednak protestowali i wtedy znalazł się taki magik, co zaproponował, że zniknie. Wtenczas każdy, tłumaczył, kto sobie tego nie umie wyobrazić, zobaczy, jak to jest, kiedy mostu nie ma. Zapowiedział to w filmiku: „Pszilece do wasiego raju i znikne most”. Luca Devi zna się na rzeczy. Dawno temu poradził sobie z Koloseum, wielką sekwoją i obozowiskiem bezdomnych. A potem sam, bez zapowiedzi, przepadł na dwadzieścia lat. To jego pierwszy numer po powrocie, gdziekolwiek się podziewał. W sierpniu czytałem Sebastianowi o tym z telefonu, ale nie słuchał. Ktoś go sklepał po ryju, kiedy do mnie szedł. Zimna puszka piwa nie pomogła, spuchł pod okiem. Trzymał ją i trzymał. – Otwórz – namawiałem. To było jego ulubione. – Będziesz pierwszy na świecie, który se odmroził łapę w środku lata. Wieczorem wskoczyłem za nim do busa, nie chciałem, żeby wracał sam. Coś się zepsuło. Drzwi harmonijkowe otwierały się podczas jazdy, do środka wpadały gorące podmuchy, a kierowca gubił z oczu drogę. Od staruszki po drugiej stronie zajeżdżało octem jabłkowym. Nosiła rozklapane adidasy i koszulkę z nadrukiem: myśliwiec wznosił się do nieba, chociaż śmigło było nieruchome. Przysiadła bokiem, ściskała nogami bańkę na mleko, jakby tam chlupała brudna bomba domowej roboty, z gnoju i siary, naszpikowana odłamkami kurzych kości, którą babka zdetonuje na wirażu przy kapliczce, bo się jej sprzykrzyły cztery pory roku. Za każdym trzaśnięciem drzwi wlatywało trochę komarów, piasku i liści. Chciało się pić. Brzegiem koszulki obtarłem Sebastianowi rozwaloną wargę. W pępku uzbierały mi się paprochy. To później. Stara w końcu wysiadła. Chwyciła blaszankę w obie ręce i zeszła po stopniach noga za nogą. Drzwi zamknęły się za nią i już do końca działały jak trzeba. – Jest dobrze, dobrze, bardzo dobrze – powiedziałem. Rozpierał mnie nagły przypływ energii. Ten prąd, co porusza palcami, kiedy włożysz dłoń do rwącej rzeki. Jechalibyśmy dalej, nawet gdyby brakło paliwa. Drugiego kieliszka prawie nie czuję, zaraz po nim trzeci. Wpada do żołądka jak urwane serce dzwonu. Coś takiego naprawdę się zdarzyło blisko stąd. Chrypię, przez chwilę jest mi cieplej. Piję za zdolniachą. Przyjęli go na studia z fotografii, i to dla wybrańców, bo kandydatów było mnóstwo. A taki był wystrachany, kiedym go przydybał na boisku, jak robi mi ukradkiem zdjęcia. Kosiłem trawę swoim traktorkiem. Wykręcałem koła i kółeczka, a on czekał, aż będę tyłem, i cykał. Stanąłem niby coś poprawić, podszedłem i pytam, co jest. Chciał kasować przy mnie, ale powiedziałem, żeby zostawił i zamiast tego dał mi jedno piwo z lemoniadą. Trzymał je w otwartym plecaku. Popijał w cieniu na ławce obok kontenerów, a ja się tam ślizgałem jak jajko na patelni. Usiadłem obok i kazałem mu przewijać, zrobiłem się ciekaw, jak wyszedłem na tych zdjęciach. Niestety, nie miał więcej lemoniadki, zaoferował, że poleci po jeszcze, lecz była sobota, prawie szesnasta, za nic by nie zdążył. – Podjedziemy razem – powiedziałem. – Zdziwisz się, ile można z tego traktorka wycisnąć. Pot jeszcze na mnie nie obeschł, więc włożyłem podkoszulek, żeby się nie brzydził chwycić. Byłoby głupio, gdyby mi tak zaraz spadł przy byle szarpnięciu albo górce. Jeszcześmy nawet nie poznali swoich imion. Wiercę się na pniaczku niczym śruba wkręcana palcami. Szybko ulatuje to ciepło z wódki. Sebcio wyciąga z futerału lornetkę po dziadku i patrzy, co się dzieje tam w dole, po drugiej stronie mostu. – Miałeś rację – mówi – ogromna beczka z okienkiem, pewnie będzie grzane wino, są też inne stoiska. Balony. Prażone orzechy. Jest Kazio, rozpala pod rusztem. – Tego wuja bez lornetki widać. – Sporo ludzi. Wjeżdża ambulans. Wóz strażacki stał już wcześniej, mijaliśmy go, reszcie nie było czasu się przyglądać. Wcisnęliśmy ochronie, że za mostem spadł nam dron. – Nagrywamy filmik dla burmistrza. Zaraz wrócimy, cały sprzęt zostawiamy tutaj, rzućcie na niego okiem, chłopaki, co? – Wszędzie leżało tyle gramotów, że po prostu wskazałem kciukiem za siebie. Łyknąłem sobie na rozgrzewkę jeszcze w domu, zanim kupiliśmy tę flaszkę, nachrupałem się landrynek i nic nie było czuć. Czasem trafiałem językiem na okruch gdzieś za zębem. Cytrynka, zielone jabłuszko. Fajna sprawa zobaczyć magiczną sztuczkę, jednak wolałem podglądnąć od tyłu, gdzie ten cwaniak chowa królika. Do kolejnej najbliższej przeprawy trzeba by dymać kawał drogi, a tu zaraz na drugim brzegu wspięliśmy się na dziko. Pilnujcie, kurde, chłopaki! Coś tam wołali. Ruchy, ruchy. Nie oglądaj się za siebie, bo ci z przodu ktoś przyjebie. Tyle zdążył ojciec mnie nauczyć. Szturam Sebcia kolanem w plecy, moja kolej. Jego przecież i tak to nie interesuje. Schylam się, zarzuca mi na szyję pasek, pachnie skórą. Przytrzymuje dla mnie szkiełka, żeby mi łapy nie zmarzły. Widzę namiot, głośniki, są też dwa dźwigi. Policyjne motorówki tną wodę tam i z powrotem. Ludki w żółtych kaskach i kamizelkach odblaskowych łażą po przęsłach, coś tam jest przymocowane. Nie muszę Sebcia instruować, sam zgaduje, gdzie chcę spojrzeć, i kieruje lornetką. Stoi niżej, unosi ręce, głową ociera się o mój mostek. Gdybym był wieżą kościoła, to on olbrzymem. Słuchaj, jak spadające serce gruchocze mnie od środka. Wszędzie reflektory: na ziemi, słupach i wysięgnikach, na drzewach ogołoconych z gałęzi i na dwóch barkach, które kołyszą się blisko brzegu. I nagle mętnieje mi przed oczami. Zapominam, że stoję na pniaczku, z przestrachu robię krok w tył, upadam. Całe szczęście jest śnieg. Świeżym prószy z nieba, to te płatki weszły mi w pole widzenia. Nigdy nie ma gwarancji, raz na tysiąc trafi się lewa wódka. Wstaję sam, chociaż Sebcio wyciąga rękę. Ostatnio więcej się boję, na co mu o tym wiedzieć. Jeszcze parę niedziel, tylko bez takich atrakcji, i go nie będzie. Wymyślił, że przed wyjazdem wkręci mnie na swoje miejsce. U fotografa w rynku miał pół etatu na umowę, reszta pod stołem. – Zdjęcia do dokumentów to łatwizna, nauczysz się – zachwalał. Światło, ustawienie klienta, wybór formatu, retusz, druk i przycinka. Nie zrezygnowałbym z koszenia, ale przychodziłem. Siadał za kurtyną na stołku bez oparcia, a ja kładłem dłonie na jego twarzy i namyślałem się, zanim zacząłem. Jeśli robiłem coś źle, łapał mnie za przedramiona i kierował. – Czekaj – mówię – upadnę znowu, a ty rób zdjęcia, kiedy zacznę lecieć. Właściwie nie mam ochoty, co mi strzeliło? Hyc na pniaczek, patrzę za siebie, jest tam głęboki ślad po mnie, będzie boleć. – Jeżeli coś zmieniać, to przed trzydziestką – powiedział wtedy Sebcio. Cwaniaczek, został mu rok. – No to przepuściłem ostatnią okazję pięć lat temu. – Chodzi mi o to, że potem może być trudniej. Już coś się wybrało. – Wybierania też se nie przypominam. Coś tam ustawia w swoim aparacie. Na ziemi może i trudno złapać mi pion, za to z pniaczka wyrastam prosto jak młode drzewko. Razem z nim mam ze dwa trzydzieści. Wcale się nie chcę wywracać, jeszcze bym ciut urósł. Nic z tego. Zapomniałem karty – mówi. – Dawaj telefonem. – Za słabe światło. No i dobrze. Wygląda na zawiedzionego, a przecież to nie ja mam sklerozę. Chowa sprzęt do torby, kłaniam się, ściąga z mojej szyi lornetkę, jakby mi odbierał medal na olimpiadzie, bo doszło do pomyłki i nic, kurde, nie wygrałem. Jestem z tych, co na stadionach to koszą trawę. W weekendy wpadały śluby. Szef brał za dużo zleceń, nie mógł być wszędzie, więc odpalał coś za zastępstwo. Grosze w porównaniu z tym, co sam zgarniał, dlatego Sebcio zaczął rozdawać numer prosto do…
Autor zbioru opowiadań Floryda, nominowanego m.in. do Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Gombrowicza. Publikował w „Dwutygodniku”, „Twórczości” i „Tygodniku Powszechnym”.