Gdy spróbujemy umieścić Nassima Nicholasa Taleba na mapie sporów ideowych i podziałów politycznych, natrafimy na duże wyzwania.
Zacznijmy od tego, że Taleb nie jest prawicowcem z dzisiejszej Partii Republikańskiej. Mówi w charakterystycznym dla siebie stylu: „[Amerykańska] prawica nie jest już konserwatywna w sensie, który nadał temu pojęciu Edmund Burke: szacunku dla instytucji, tradycji i roztropności na drodze do postępu. (…) Z powodu Trumpa prawdziwy amerykański konserwatyzm prawie całkiem wyparował”.
Taleb jest także bardzo krytyczny wobec praktyk sektora finansowego – zarówno banków komercyjnych, jak i instytucji publicznych, czyli Rezerwy Federalnej, amerykańskiego nadzoru finansowego. Jest w tym wiarygodny, ponieważ wskazywał na ryzyko gromadzące się w tym sektorze jeszcze przed bankructwem Lehman Brothers w 2008 r. i jego następstwami, czyli globalnym kryzysem finansowym. Ratowanie banków przez Departament Skarbu, czyli za pieniądze podatników, nazywał „wielkim draństwem”. Z jednej strony jego krytyka sektora finansowego zjednała mu poparcie na lewicy. Z drugiej – Taleb niezwykle ceni przedsiębiorców, co jest rzadkością u krytyków współczesnego kapitalizmu.
Autor Czarnego łabędzia potępiał także rząd USA za wywołanie wojen w Iraku i Afganistanie oraz zaangażowanie się w konflikt zbrojny w Syrii. W związku z tym powoływali się na niego m.in. libertarianie. Myśliciel podkreśla jednak, że nie jest libertarianinem, lecz „lokalistą”, a z libertarianami jest mu po drodze tylko w niektórych sprawach.
Dziś Taleb ostrzega przed narastającym ryzykiem katastrofy klimatycznej. To podoba się wielu środowiskom na lewicy. Jednocześnie jednak krytykuje jej agendę obyczajową, np. sprzyjanie rozmytemu rozumieniu tożsamości płciowych. Punktem spornym z lewicą z pewnością byłoby to, że w swoim programowym tekście Principles of Politics opowiada się za wartościami judeochrześcijańskimi, choć są one przez niego specyficznie rozumiane. Taleb stwierdza, że to, co dziś nazywamy wartościami judeochrześcijańskimi, nie wynika bezpośrednio z żadnej religii. Jego zdaniem wartości te wyłoniły się w toku długiej ewolucji systemów politycznych na Zachodzie, które kształtowały się m.in. w warunkach napięcia między państwem a Kościołem. Taleb, osobiście prawosławny chrześcijanin, rehabilituje praktyki religijne jako społecznie pożyteczne. Jednocześnie twierdzi, że „nie wierzy w wierzenia”. Uważa, że większość religii zaczynała się od rytuałów, wspólnych praktyk społecznych, a bóstwa zostawały „wymyślone” później, aby skonsolidować dane plemię czy lud. „Dlaczego chodzę do kościoła? To tak, jakby zapytać, dlaczego ożeniłeś się z tą kobietą. Wymyślasz powody, ale to pewnie tylko zapach. Uwielbiam zapach świec. To kwestia estetyki”.
Większość współczesnych obozów znajdzie u Taleba coś po swojej linii, na co można się powołać, ale jednocześnie niezmiernie niewygodnego, od czego trzeba będzie się odciąć. Kto Talebem wojuje, od Taleba ginie.
Jak sprowadzić do wspólnego mianownika poglądy, które nie wpisują się w żaden znany schemat? Jak podsumować filozofa o tak szerokim spektrum zainteresowań? A może uznać go za modnego aktualnie ekscentryka i wyciągnąć wniosek, że nie warto się nim zajmować?
Credo Taleba
Kilkadziesiąt lat temu Leszek Kołakowski pytał Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą? Pytanie wydawało się całkowicie paradoksalne. Ale w dziesięciu niedługich akapitach autor pokazywał, że takie połączenie nie zawiera koniecznie sprzeczności.
Taleb formułuje swoje stanowisko w podobnie paradoksalny sposób: „Jestem komunistą na poziomie rodziny, socjalistą na poziomie samorządu miejskiego, republikaninem na poziomie rządu stanowego i libertarianinem na poziomie rządu federalnego”. W tym jednym krótkim cytacie można zawrzeć polityczne credo autora Antykruchości.
Żeby wyjaśnić jego stanowisko, na początek dokonam pewnego uproszczenia. W skrócie Taleb twierdzi, iż im większa liczba hierarchicznych szczebli, tym gorsze zarządzanie. Jest to twarde ograniczenie, wynikające z natury rzeczywistości społecznej. Nie oznacza to, że nie ma dobrych organizacji z wieloma szczeblami władzy i złych organizacji o niewielkiej skali działania (małych firm, rodzin). Chodzi o to, że znacznie trudniej rozumieć, co się naprawdę dzieje, i podejmować dobre decyzje, np. będąc premierem niż burmistrzem.
Jeśli informacja musi przejść przez wiele poziomów organizacji, zanim dotrze do decydenta, istnieje ryzyko, że będzie wyczyszczona z treści. Każdy kolejny szczebel nieco zmienia to, co uzyskał od poprzedniego, szef dostaje czasem obraz sytuacji całkowicie nieadekwatny, nie jest w stanie podjąć właściwego działania, choćby chciał (nie zawsze chce). I tak samo w drugą stronę – polecenie kaskadowane przez wiele szczebli najprawdopodobniej będzie odbiegało od intencji „góry”, bo każdy po drodze ma swój interes i w jego duchu przetwarza, co otrzymał do wykonania. Głuchy telefon przewodzi informację w górę i głuchy telefon przekazuje polecenie w dół. Na marginesie – to zjawisko bardzo trafnie oddaje film Le Mans ’66 z fantastycznymi rolami Matta Damona i Christiana Bale’a – autentyczna historia pokazująca, jakim cudem zbiurokratyzowana korporacja, jaką był Ford, mimo wszystko zbudowała znakomity samochód wyścigowy pozwalający wygrać słynne rajdy.
Ryzyko jest mniejsze, gdy decydent bezpośrednio obserwuje skutki swoich działań – jak w rodzinie lub w małej firmie. Dlatego mogą one działać na znacznie subtelniejszych i skuteczniejszych zasadach niż wieloszczeblowa organizacja. W rodzinie rodzice często wiedzą, kiedy w sprawach obowiązków domowych należy postawić na łagodność i cierpliwość wobec dzieci, a kiedy skuteczniejsza będzie bardziej stanowcza postawa.
Im wyższy poziom organizacji społecznej, tym także większe konsekwencje błędu. Rodzice są w stanie zniszczyć życie sobie i dzieciom. Kilkadziesiąt osób w rządzie może doprowadzić do upadku cały kraj. Ale to nie wszystko. Im wyższy poziom organizacji społecznej, tym większe prawdopodobieństwo błędu popełnionego przez kierującego.
Stąd roztropnie jest coraz mniej władzy zostawiać decydentom na coraz wyższych poziomach organizacji społecznej. Po zastanowieniu komunizmo-socjalizmo-republikanizmo-libertarianizm Taleba nie jest tak paradoksalny, jak się mogło wydawać.
Mali działają lepiej
Gdy uzbrojeni w wiedzę z prac Taleba patrzymy np. na rankingi jakości rządzenia, zauważamy, że na ich czele prawie zawsze są małe organizmy państwowe. W rankingu Doing Business, który mówił o tym, jak łatwo lub trudno w danym państwie prowadzić działalność gospodarczą, w czołówce stale były takie państwa, jak: Nowa Zelandia, Hongkong, Singapur, Holandia, Dania. Na wysokiej pozycji mogliśmy znaleźć też Stany Zjednoczone i Niemcy – kraje duże, ale zdecentralizowane. Zależność jest jednokierunkowa – mniejsze państwo może, ale nie musi, być sprawniejsze. (Warto odnotować, że ranking Doing Business stał się tak ważnym punktem odniesienia, że skłonił niektóre źle rządzone kraje do fałszowania danych. W konsekwencji Bank Światowy podjął decyzję o opracowaniu metodyki mniej podatnej na manipulację).
Na drugim biegunie jakości rządzenia mamy Rosję, kraj, który był, jest i pewnie w przyszłości – jak można by wnioskować z rozważań Taleba – będzie despotyczny. Chodzi w końcu o ogromne państwo, słabo wewnętrznie skomunikowane. Wiele szczebli zarządzania jest tutaj koniecznością wynikającą z geografii. Biurokratyzacja towarzyszy mu od wieków. W myśl analiz Taleba Rosja może być albo despotyczna, albo pogrążona w chaosie. Tertium non datur.
Teraz pora na jeszcze większą generalizację. Przykład z rosnącą liczbą szczebli zarządzania to tylko jeden aspekt szerszego zjawiska, które interesuje Taleba. Można wskazać pewne centralne pojęcie, która przewija się przez całą jego twórczość i działalność. Tym pojęciem jest niepewność. Wymownym tego znakiem jest to, że swoje największe publikacje zamknął w pięcioksiąg zatytułowany Incerto.
Dla Taleba kluczowe jest jedno pytanie: jak działać w sytuacji niewiedzy? Jak w takich warunkach podejmować mądre decyzje na poziomie indywidualnym – jak kierować własnym życiem, żeby nie wyjść na frajera, lub w skrajnym wypadku, jak określa to Taleb, „nie opuścić puli genowej”, tzn. fizycznie nie zginąć?
Gdy nie wiesz, czy samolot jest sprawny, nie lecisz. Ale już gdy nie wiesz, jaki jest stan roweru, możesz zaryzykować i spróbować się na nim przejechać. Kluczowa jest wielkość maksymalnej straty. Taleb proponuje następującą regułę: nie skupiaj się na prawdopodobieństwie danego scenariusza, bo najczęściej nie można go wiarygodnie oszacować. Koncentruj się na możliwych skutkach danego działania – dobrych, złych i tragicznych.
To samo pytanie interesuje Taleba na wyższym poziomie organizacji społecznej – jakie zasady powinny rządzić życiem politycznym i ekonomicznym, uwzględniając nieuniknioną niepewność? Obraz praktycznie każdej sytuacji w tych dziedzinach jest fragmentaryczny i co najmniej lekko zmazany. Dane są niereprezentatywne lub zafałszowane, bezstronni eksperci w istocie uprawiają inteligentny PR na czyjąś rzecz itp. Jak żyć, gdy jest jak w życiu, a nie jak w podręcznikach?
Musisz mieć coś do stracenia
Zdaniem Taleba najlepszym, choć nie niezawodnym, środkiem zaradczym na negatywne konsekwencje niepewności jest konieczność ryzykowania własną skórą. To oznacza sytuację, w której decydent ma wygrania i, nade wszystko, coś do stracenia w zależności od tego, czy jego decyzje okażą się trafne czy nie.
Taleb mówi np., że można spodziewać się większej racjonalności parlamentu w sprawach wykorzystywania sił zbrojnych do zaprowadzania demokracji i instalowania rządów sprzyjających Stanom Zjednoczonym, jeśli dzieci polityków służyłyby w armii i mogły zginąć w walce. Nie dałoby się takiego rozwiązania nakazać żadną regulacją, lecz opinia publiczna mogłaby tego oczekiwać i w tym kierunku naciskać w wyborach.
Wielu osobom wydawało się, że właściwy sposób motywowania zarządów spółek giełdowych polega na wypłacaniu bonusów od zysku. Jest zysk, jest premia. Nie ma zysku, nie ma premii. Więc zarządy będą się starały, żeby były zyski. To jednak, jak wyjaśnia Taleb, rozwiązanie obarczone fatalnymi konsekwencjami.
Okazało się, że zysk można chwilowo podkręcić, ryzykując więcej, niż nakazuje roztropność. Wiele firm, zwłaszcza finansowych, było prowadzonych w sposób zbyt ryzykowny właśnie dlatego, że w przypadku zysków zarządom obiecano premie. No a gdy w końcu firma ponosiła potężne straty lub nawet bankrutowała, najgorszym, co się mogło zdarzyć, była utrata stanowiska – co nie jest drastyczną perspektywą, gdy zainkasowało się wcześniej miliony premii. Prezesi spółek giełdowych mieli coś do wygrania, lecz nie mieli adekwatnie dużo do stracenia. Negatywne konsekwencje spadały na akcjonariuszy, a często i na podatników, kiedy ze środków budżetu państwa ratowano zagrożone banki i inne instytucje finansowe.
Kraina skrajności, kraina przeciętności
Taleb jest pisarzem, filozofem, aforystą, mikroblogerem na Twitterze, byłym traderem, a nade wszystko statystykiem. Publikuje w najlepszych czasopismach naukowych i jednocześnie zawsze stara się wyjaśnić kluczowe pojęcia i zależności bez matematyki. Posługuje się barwnym określeniami, które opisują dwa fundamentalne rodzaje fenomenów społecznych:…