Subskrybuj
Redaktorka i dziennikarka. Autorka reporterskich książek Nie hańbi oraz Nie zdążę. Współpracuje z Instytutem Reportażu.

Zjedz ziemniaki

Byłam niedawno w sklepie, mężczyzna z małą córką próbował ją zabawić, każąc wyliczać, co ma w koszyku pani przed nimi (ja). Po chwili milczenia powiedzieli: „Dziwne. Dziwne. Popatrzmy, co ma pan z tyłu”.

Jako dziecko marzyłam o tym, żeby chociaż raz w życiu usłyszeć: „Zostaw mięso, zjedz ziemniaki”. Godzinami medytowałam więc nad kotletem i ćwiczyłam uważność w poszukiwaniu najdrobniejszych żyłek.

Kiedy jakieś 30 lat temu formalnie przestałam jeść mięso, nie było zamienników. A może gdzieś były, ale nie w moim małym mieście, wtedy wojewódzkim. Byłam w ósmej klasie podstawówki i pamiętam, że w rynku funkcjonował sklep, który się nazywał „zielarski”. Można tam było czasem kupić ciecierzycę i soję w ziarnach. Kupowało się więc tę soję, moczyło i gotowało godzinami, i albo jadło z warzywami, albo mełło w maszynce na suche jak wiór „kotlety”. Ani to było dobre, ani praktyczne, stawiałam zatem głównie na ziemniaki lub kaszę z surówką. I na jabłka, bo pochodzę ze stolicy nauk sadowniczych i myślę, że warto w tym miejscu wspomnieć, że to w Skierniewicach wymyślili odmianę ligol.

Pamiętam, jak z moją przyjaciółką Anką wracałyśmy ze szkoły koło firmowego warzywniaka Instytutu Sadownictwa i kupowałyśmy kilogramy jabłek, a potem po drodze je zjadałyśmy.

Pamiętam, że czytałyśmy książki Mai Błaszczyszyn i bywałyśmy wegankami, frutariankami, witariankami (określenie „raw” chyba wtedy jeszcze się nie przyjęło).

Babcia przemycała mi mięso w pierogach i zupach, z ręką na sercu powtarzając, że są absolutnie wegetariańskie. Była zdziwiona, że nie daję się nabrać.

Pamiętam, że wieszczono mi anemię i ogólny niedorozwój. Nie nastąpiły.

Pamiętam, że kiedyś w czasie obiadu poinformowałam młodszą siostrę, co właściwie ma na talerzu – to znaczy jakie zwierzę. Dostałam straszny ochrzan, co do dziś uważam za wyjątkowo nielogiczne. Bo jeśli miliony ludzi na świecie jadają wieprzowinę albo cielęcinę, to chyba mają świadomość, że w tych nazwach nie ma żadnej metafory. Z niejasnych dla mnie powodów mówienie wprost o mięsnych daniach jako pochodzących od zwierząt powoduje u mięsożerców dyskomfort.

I chociaż nigdy nie namawiałam nikogo do wegetarianizmu, sama wiele razy słyszałam to wartościujące pytanie: „Dlaczego nie jesz mięsa?”.

Odpowiadałam, że po prostu nie chcę,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nassim N. Taleb: Jak zwodzi nas przypadek