Subskrybuj
Nicole Kidman w roli Mashy, niekonwencjonalnej psychoterapeutki podającej swoim pacjentom psylocybinę, w serialu Dziewięcioro nieznajomych fot. Vince Valitutti / Hulu / THA / Avalon / BE&W
Specjalista w zakresie komunikacji naukowo-technicznej, publicysta popularnonaukowy, kurator projektów naukowo-artystycznych, analityk trendów. Doktorant w Instytucie Nauk Humanistycznych na SWPS w Warszawie. Bada zależności między zmianami społeczno-kulturowymi a nauką, techniką, designem i sztuką. Założyciel i prezes https://highculture.pl/

Czas psychonautów

Alkohol, nawet konsumowany rzadko i w niewielkich ilościach, jest dla organizmu człowieka silną trucizną. Może niedługo to mikrodawki psychodelików zastąpią go w naszym życiu społecznym?

Większość z nas na legalnym haju jest codziennie. Dla wielu ludzi rytm dobowy to psychoaktywna sinusoida: od pobudzania się kofeiną (w kawie, herbacie, mate czy guaranie) w ciągu dnia do wieczornego wyciszania bodźców różnymi nośnikami etanolu.

Kofeina to najczęściej stosowany dziś środek psychoaktywny oraz jedna z najlepiej zbadanych substancji na świecie.

Wiemy, że poprawia pamięć, ułatwia skupienie uwagi, zwiększa szybkość reakcji na bodźce i czujność oraz wspomaga procesy uczenia się. Większość z nas może też zaświadczyć, jak trudno się z nią rozstać. Na własnej skórze przekonał się o tym Michael Pollan, dziennikarz piszący o żywności, przygotowując książkę Caffeine. How Caffeine Created the Modern World (Jak kofeina stworzyła nowoczesny świat). Idąc za sugestią ekspertów, przestał pić napoje z kofeiną, by zrozumieć, z jak silnym narkotykiem ma do czynienia, i przekonać się, czym jest syndrom odstawienia. Jego symptomy obejmują: ból głowy, zmęczenie, problemy z koncentracją, spadek motywacji i pewności siebie, drażliwość, a także dysforię (przeciwieństwo euforii). Działanie porannej kawy tak doskonale wpisuje się jednak w naturalne rytmy biologiczne ludzkiego organizmu, że rzadko mamy szansę zauważyć te objawy. Pierwsza dzienna dawka kofeiny trafia zwykle do naszego organizmu dokładnie wtedy, gdy pojawiają się efekty odstawienia.

Kofeinę przyjmuje dziś tak wiele osób (w tym osoby poniżej 18. roku życia), że zmieniony stan świadomości pod jej wpływem wydaje się normą. Roland R. Griffiths z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa (JHU) w Baltimore, jeden z czołowych badaczy substancji psychoaktywnych i uzależnień na świecie, wyjaśnia, że napoje zawierające kofeinę kojarzą nam się z dobrym samopoczuciem i stanami euforycznymi. Dlatego do nich wracamy. Griffiths podkreśla, że ludzie oszukują się, jeśli chodzi o rolę smaku w wyborze substancji, które gwarantują takie stany. Smak to dla mózgu sprawa drugorzędna. Kiedy w grę wchodzi bodziec wywołujący przyjemność, jak kofeina czy etanol, wykształci się preferencja dla smaku produktów mających je w swoim składzie.

Mamy za sobą ponad 400 lat budowania kultury wokół kawy jako podstawowego w naszym kręgu kulturowym nośnika kofeiny. Kawiarnie od początku były publicznymi miejscami spotkań, wymiany informacji, uzgadniania transakcji handlowych, a także instytucjami liberalnymi, w których toczyły się intelektualne dyskusje i spory na bieżące tematy społeczno-polityczne. Płaciło się za kawę, ale dostęp do gazet, magazynów, książek i rozmów był bezpłatny. Pollan zauważa, że efektem jej upowszechnienia się w XVII w. stała się przede wszystkim zmiana umysłowości Europejczyków. Do tego czasu dominującym środkiem psychoaktywnym był alkohol. Kawa wyostrzyła notorycznie zamroczone umysły i uwolniła pracę ludzi od naturalnych rytmów biologii i słońca (wcześniej nocne zmiany nie istniały).

Można argumentować, twierdzi Pollan, że powszechne zażywanie kofeiny to kolejny przykład panowania człowieka nad naturą (tym razem naszą własną) – porównywalny z opanowaniem ognia czy udomowieniem roślin i zwierząt. Za to biochemiczne dopasowanie się do przyspieszającego rytmu cywilizacji płacimy jednak wysoką cenę, jaką są zaburzenia snu. W książce Dlaczego śpimy. Odkrywanie potęgi snu i marzeń sennych Matthew Walker, neurobiolog i psycholog, uznaje konsumpcję kofeiny za nienadzorowany eksperyment narkotykowy prowadzony na gatunku ludzkim (w zakresie długości jego trwania i skali porównywalny tylko ze spożyciem alkoholu). W świetle niepokojących wyników tego eksperymentu Walker pisze wręcz o niewidzialnym kryzysie zdrowia publicznego. Śpimy za mało, a jakość naszego snu jest niska. Walker dopatruje się jednego z powodów tego stanu rzeczy w nadmiernej konsumpcji kofeiny. I ostrzega, że brak odpowiedniej ilości snu to kluczowy czynnik przyczyniający się m.in. do rozwoju: choroby Alzheimera, miażdżycy, udaru mózgu, niewydolności serca, depresji, zaburzeń lękowych i otyłości.

Granice odurzenia

Podobnie jak Pollan w odniesieniu do kofeiny, Edward Slingerland widzi silne spoiwo fundamentów naszej cywilizacji w alkoholu. W książce Drunk. How We Sipped, Danced, and Stumbled Our Way to Civilization (Pijani. Jak piliśmy, tańczyliśmy i potykaliśmy się na drodze do cywilizacji) dokonał on syntezy literatury naukowej z pogranicza wielu dziedzin nauk ścisłych i humanistycznych, aby szczegółowo opisać rolę alkoholu w dziejach ludzkości oraz odpowiedzieć na pytanie o źródła samej potrzeby odurzania się.

Jako świadomie wytwarzana przez człowieka substancja etanol jest z nami prawdopodobnie od co najmniej 12 tys. lat. Slingerland powołuje się na ustalenia dotyczące produkcji oraz konsumpcji piwa w czasie zgromadzeń masowych już w Göbekli Tepe, najstarszej znanej osadzie ludzkiej. Aspekt społeczny, spotkania w dużych grupach, jest według Slingerlanda kluczowy dla zrozumienia źródeł ludzkiego apetytu na odurzanie się. Twierdzi on, że konsumpcja alkoholu jest z perspektywy ewolucyjnej korzystna, ponieważ sprzyjała rozwojowi dwóch arcyludzkich cech: zdolności do współpracy oraz kreatywności.

Przyjrzyjmy się najpierw samemu działaniu alkoholu. Psychofarmakologicznie rzecz biorąc, jest on tzw. depresantem, czyli substancją spowalniającą aktywność układu nerwowego, co może przekładać się na efekty uspokajające, rozluźniające i przeciwlękowe. Pośród wielu różnych skutków spożycia etanolu na pierwszy plan wybija się osłabianie działania kory przedczołowej (ang. prefrontal cortex, PFC), czyli mózgowego siedliska dojrzałego rozumowania: planowania, podejmowania decyzji i rozważania ich konsekwencji oraz kontrolowania stanów emocjonalnych.

Na progu rewolucji neolitycznej alkohol miałby okazać się idealnym akuszerem współpracy łowców-zbieraczy z nieznajomymi. Pozwala bowiem przełamać barierę, jaką dla zaufania społecznego stanowią trzeźwość i racjonalność wzorowo funkcjonującej PFC. Bez tego zaufania trudno wyobrazić sobie łączenie się w większe grupy, kooperację na wielką skalę czy rozwój miast. Jak pisze Slingerland, odurzenie to zawieszenie broni. Z przywoływanych przez niego badań wynika, że kiedy PFC nie działa na pełnych obrotach, trudniej nam kłamać – całkowicie trzeźwi, kłamiemy skuteczniej i słabiej wykrywamy kłamstwa. Alkohol zaczął więc być obecny wszędzie tam, gdzie ludzie o potencjalnie sprzecznych interesach musieli się porozumieć.

Picie alkoholu miałoby sprzyjać także kreatywności, warunkowi jakichkolwiek innowacji. Również tutaj kluczowe jest hamowanie działania PFC. Eksperymenty Alison Gopnik, psycholożki rozwojowej znanej z badań umysłowości dzieci, pokazują, że zanim PFC w pełni się ukształtuje, kreatywność jest zdecydowanie większa. Dzieci częściej szukają niestandardowych rozwiązań problemów. Alkohol pozwala dorosłym chwilowo odzyskać „dziecięcą” siłę wyobraźni. Z jednym istotnym zastrzeżeniem – tylko przyjmowany w niewielkich dawkach, kiedy mamy jeszcze kontrolę poznawczą, ale gorset PFC został już nieco poluzowany (badania referowane przez Slingerlanda sugerowały, że na wsparcie kreatywności można liczyć przy maksymalnie 0,8 promila alkoholu we krwi).

Nasza relacja z etanolem znacznie się zmieniła. Przez tysiąclecia istniało technologiczne ograniczenie jego osiągalnego stężenia – naturalna fermentacja. Teraz destylacja pozwala wytwarzać znacznie mocniejsze trunki, a ponadto alkohol jest szeroko dostępny, co również jest historyczną nowością. Picie w pojedynkę było niegdyś tabu, społeczna regulacja konsumpcji alkoholu działała jak mechanizm stabilizujący. Dziś każdy łatwo może zdobyć wysokoprocentowy alkohol na własny użytek. Niesie to ze sobą istotne problemy społeczne, zdrowotne, a także koszty ekonomiczne, kiedy weźmie się pod uwagę stracone lata produktywności. Ciemne strony alkoholu konsumowanego w nadmiarze – a przy jego wysokich stężeniach o nadmiar nietrudno – to także zwiększone ryzyko zachowań impulsywnych, co nierzadko może prowadzić do agresji. W takim ujęciu alkohol staje się zaprzeczeniem ewolucyjnej adaptacyjności w zakresie współpracy i kreatywności.

Problem sięga jednak głębiej. Najnowsze badania dotyczące alkoholu wskazują, że nawet konsumowany rzadko i w niewielkich ilościach, jest dla organizmu człowieka silną trucizną. Zwłaszcza w ostatnich trzech latach opublikowano szereg niezależnych prac naukowych, które dają wiele powodów do niepokoju. Kilka miesięcy temu ich analizy dokonał na publiczny użytek Andrew Huberman, neurobiolog z Uniwersytetu Stanforda i jeden z topowych popularyzatorów nauki w anglojęzycznym internecie. Najważniejszy wniosek: najlepiej nie pić w ogóle. Alkohol zwiększa ryzyko zachorowania na raka, w niektórych przypadkach znacznie, nawet przy niewielkich i nieregularnych dawkach. Do tego dochodzą zaburzenia: pamięci, nastroju, funkcji seksualnych, gospodarki hormonalnej i flory bakteryjnej jelit. Mogą występować także: obniżenie jakości snu, stany zapalne, wyższy poziom kortyzolu (hormonu stresu) i trwałe osłabienie działania PFC. W niektórych przypadkach wystarczą choćby dwa drinki tygodniowo, żeby nabawić się części z tych problemów. Osobne zagrożenie stanowią różne szkodliwe substancje, z którymi etanol jest mieszany w rozmaitych komercyjnie dostępnych napojach alkoholowych.

Jednak potrzeba pobudzania współpracy i kreatywności nie znikła. Co więcej, być może w obliczu bieżących kryzysów jest nam potrzebna bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

W sukurs przybywa nam David Nutt, znany badacz substancji psychoaktywnych z Imperial College London, były doradca rządu Wielkiej Brytanii, a obecnie m.in. szef działu naukowego firmy GABA Labs produkującej alternatywy dla alkoholu. Nutt opracował m.in. substancję Alcarelle, która ma podobne działanie neurochemiczne do etanolu, wywołuje te same korzystne stany (towarzyskość, relaksację), ale rzekomo nie powoduje przy tym analogicznych szkód (nie wywołuje kaca, nie uszkadza wątroby ani nie uzależnia). Sama nazwa firmy odnosi się do biochemicznej podstawy działania alkoholu – neuroprzekaźnika GABA (kwasu gamma-aminomasłowego), który wywołuje efekty hamujące układ nerwowy. Alcarelle pozostaje nadal w fazie badań, lecz pierwszy produkt GABA Labs z innym zamiennikiem alkoholu trafił już na rynek.

Edward Slingerland sugeruje również, że w obliczu rosnącej problematyczności alkoholu zastąpić go mogłyby… mikrodawki psychodelików, mające pozwalać na osiąganie rozmaitych korzyści – jak koncentracja i pobudzenie kreatywności, bez zmian percepcyjnych.

Mikrodawkowanie tych substancji funkcjonuje jednak w szerszej świadomości od niedawna i dysponujemy głównie danymi anegdotycznymi na ich temat – brakuje rygorystycznych badań nad potencjałem takich praktyk. Nie wspominając o tym, że psychodeliki wciąż pozostają w większości miejsc na świecie nielegalne.

W służbie terapii

W przypadku psychodelików brak dostatecznej liczby badań przez długi czas dotyczył nie tylko ich mikrodawek, lecz jakichkolwiek dawek. Po obiecujących wynikach eksperymentów prowadzonych z psychodelikami od lat 50. do lat 70. ubiegłego wieku politycznie motywowany zakaz ich stosowania zamknął naukowcom drogę do prób ustalenia ich zastosowań na ok. trzy dekady (więcej na ten temat pisze Maciej Lorenc w tym numerze „Znaku”). Wspomniany David Nutt nazwał ten stan rzeczy „najgorszym przypadkiem cenzury naukowej od czasu zakazania przez Kościół katolicki dzieł Kopernika i Galileusza”.

Od lat 90. badania nad tymi substancjami zaczęły jednak wracać na wyższe uczelnie, a dziś mówi się już o renesansie psychodelicznym, biorąc pod uwagę liczbę ośrodków zajmujących się tą tematyką. Jedną z postaci najbardziej zasłużonych dla odrodzenia się tych badań jest wspomniany już Roland R. Griffiths. Ten sam naukowiec, przed którego dociekliwością nie uchroniła się nawet tak pozornie niewinna substancja jak kofeina. To właśnie on, jako uznany w środowisku międzynarodowym badacz uzależnień z prestiżowej uczelni medycznej, utorował drogę nowym badaniom nad psychodelikami, gwarantując ich wiarygodność i rzetelność. Kontrowersje i nieporozumienia ustąpiły miejsca zdrowej, osadzonej w faktach i naukowym rygorze, wnikliwej analizie potencjału tych substancji.

Co ciekawe, Griffiths zainteresował się tą klasą substancji m.in. poprzez praktykowanie medytacji, którą – jak na naukowca przystało – postrzegał jako empiryczną metodę pracy nad doświadczeniami wewnętrznymi. Zaczął szukać informacji o neurofizjologicznym podłożu stanów medytacyjnych, ale nie znalazł ich zbyt wiele. W trakcie tych poszukiwań trafił jednak na wspomniane starsze prace dotyczące psychodelików. Badano wtedy LSD, psylocybinę oraz meskalinę, czyli tzw. klasyczne psychodeliki. Eksperymenty dotyczyły m.in. terapii uzależnienia od alkoholu oraz redukcji lęku u pacjentów w terminalnym stadium choroby nowotworowej. Uczestnicy badań twierdzili, że doświadczenia pod wpływem tych substancji były jednymi z najbardziej wartościowych w ich życiu. Ich perspektywa pozostała niezmieniona wraz z upływem miesięcy, a nawet lat. To istotna różnica między psychodelikami a innymi klasami substancji.

Psychodelikom daleko jednak do panaceum. Z ich użyciem wiążą się też zagrożenia. Doświadczenia psychodeliczne bywają niekiedy negatywne, mroczne, trudne do przepracowania bez profesjonalnego wsparcia.

Powinny ich unikać osoby, które albo same zmagają się z problemami psychotycznymi, albo mają w bliskiej rodzinie kogoś, kto się z nimi zmaga. Takie jednostki nie są przez naukowców akceptowane jako uczestnicy badań z użyciem psychodelików. Aby zminimalizować wszelkie ryzyko, badania i sesje terapeutyczne odbywają się zgodnie z precyzyjnie przygotowanymi protokołami. Na początku, przygotowując ludzi do doświadczenia, przeprowadza się dla nich coś w rodzaju przyspieszonego kursu medytacji. Tłumaczy się, co może się zdarzyć podczas sesji. Wzbudza się ich ciekawość i radzi, że jeśli w treści doświadczenia pojawi się coś strasznego, warto przyjrzeć się temu bliżej, mimo lęku. Taka inspekcja problemu często prowadzi do zmiany. To sam umysł podpowiada nam te treści, dlatego można się wiele o sobie nauczyć dzięki konfrontacji z nimi. Następnie przechodzi się do sesji z użyciem substancji psychodelicznej. Psychodeliki (głównie psylocybina) są obecnie wykorzystywane m.in. w terapii uzależnień, zaburzeń odżywiania, lekoopornej depresji, a także niepokoju i lęków związanych z chorobami zagrażającymi życiu. Warto wymienić choćby terapię uzależnienia od tytoniu, w której psylocybina w połączeniu z terapią poznawczo-behawioralną pozwoliła pacjentom niemal natychmiast uwolnić się od nałogu na długo (Griffiths był współautorem tego badania). To wyjątkowo imponujące wyniki, biorąc pod uwagę, jak trudne jest uzależnienie od nikotyny. Na Uniwersytecie Nowojorskim (NYU) prowadzi się także badania nad uzależnieniem od alkoholu, które dowodzą skuteczności psylocybiny w tym zakresie. Wyniki wszystkich tych badań są ponadto zgodne z ustaleniami sprzed zakazu stosowania psychodelików. Na JHU i NYU prowadzone są również badania z…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Psychodeliki. Nadzieja dla duszy i umysłu?