Cyrk nie cieszy się dziś dobrą opinią w debacie publicznej. Przy czym nie chodzi tylko o „cyrk”, jakim jest każda źle, chaotycznie lub nieskutecznie działająca instytucja w określeniu szydzących z niej krytyków, lecz również o prawdziwy cyrk, objazdową trupę wykonawców dającą przedstawienia dla masowej publiczności, która z kolei dla własnej przyjemności obserwuje popisy zręcznościowe ludzi i zwierząt na arenie. W szczególności udział zwierząt w przedstawieniach jest obecnie niemal powszechnie krytykowany, a w coraz większej liczbie państw prawnie zakazywany, ponieważ ich tresura, mająca na celu wyuczenie umiejętności wzbudzających zaciekawienie i podziw widzów, z reguły polega na zadawaniu im bólu i wzbudzaniu w nich strachu. Inaczej trudno byłoby skłonić słonie i niedźwiedzie do tańca czy balansowania na dwóch nogach, ponieważ takie czynności nie są im ani do niczego potrzebne, ani przydatne w ich własnej egzystencji, niezwiązanej z obyczajami ludzkiej zbiorowości. Radość oraz zadowolenie wzbudzane u widzów przez tańczące słonie albo klownów potykających się o swoje buty są zagadkowe, tym bardziej że instytucja cyrku ma bardzo długą historię, co znaczy, że zaspokaja on coś więcej niż przelotną modę czy nowoczesne pragnienie egzotycznej rozrywki.
Być może odpowiedzi na pytanie o trwałość instytucji cyrkowych w dziejach kultury należy szukać, odwołując się do faktu, że w widowiskach tych mniej lub bardziej wyraźnie przejawia się przemoc. Wprawdzie w nowoczesnych spektaklach tego rodzaju nie jest ona widoczna jawnie (właśnie dlatego istotnym segmentem publiczności cyrków od co najmniej 200 lat są dzieci), ale jej obecność nie ulega wątpliwości. Każdy widz, który choć trochę orientuje się w sprawach ludzkich i zwierzęcych, przynajmniej wpółświadomie zdaje sobie przecież sprawę z tego, że aby dzikie zwierzęta spełniały życzenia swoich ludzkich „opiekunów”, nie wystarczy dać im pokarm i pogłaskać po grzbiecie, a ów emblematyczny klown ofiara losu jest ofiarą sił, które go przewyższają i poniżają. W ten sposób można połączyć fenomen przedstawień cyrkowych z jedną z najistotniejszych sił napędzających ludzką aktywność – z instynktem dominacji, który wyraża się często przez pragnienie przemocy, ono zaś, chociaż na wszelkie sposoby kiełznane przez normy etyczne i kulturowe niemal wszystkich epok i cywilizacji, musi jednak znajdować ujście. Jeśli ujściem tym nie są wojna ani rewolucja, wybuch agresji w relacjach międzyludzkich ani eksplozja przemocy w społecznych rozruchach, trzeba szukać go na innych polach.
Widowiska śmierci
O cyrkach we współczesnym znaczeniu mówi się w dziejach kultury zachodniej najwcześniej w kontekście wieków średnich, zwłaszcza zaś dojrzałego i późnego średniowiecza, kiedy stałym elementem życia miejskiego stały się pokazy kuglarzy i poskramiaczy zwierząt. Oczywiście spektakularne widowiska masowe z udziałem ludzi i zwierząt znane były znacznie wcześniej. Jeśli poprosić przeciętnego inteligenta, aby wymienił kilka oczywistych skojarzeń z wyrażeniem „starożytny Rzym”, na pewno jednym z nich będzie hasło „igrzyska”.
Różnica w charakterze antycznych igrzysk rzymskich i greckich jest uderzająca. Grecy, uprawiając swoje dyscypliny sportowe na igrzyskach, zakładali przynajmniej teoretycznie, że istotą tych gier jest bezinteresowne i pozbawione przemocy współzawodnictwo prowadzone według zasad, które wszyscy uczestnicy znają, rozumieją i akceptują. Nawet jeśli przebieg tych imprez nie był wolny od wad – nie znano wtedy dopingu, ale powszechne były już łapówki i sabotaże – ich zasady współgrały z jasnymi stronami natury ludzkiej i miały na celu ich umacnianie. Cywilizacja Rzymian przyniosła w tej dziedzinie poważne zmiany. Wystawiane przez nich igrzyska (pomijam w tym tekście ich zróżnicowanie w toku dziejów) rzadko ukazywały równorzędne, konsensualne współzawodnictwo graczy, znacznie częściej zaś – obrazy nagiej, niczym niemaskowanej ani niekrępowanej przemocy. Przemocy, której finalnym rezultatem miała być i była śmierć.
Jedną z ważnych monografii naukowych na temat rzymskich zawodów gladiatorskich i innych imprez masowych popularnych w starożytności nad Tybrem jest książka Donalda G. Kyle’a pod znamiennym tytułem Spectacles of Death.
W kulturze antycznego Rzymu zadawanie śmierci ludziom przez ludzi, zwierzętom przez ludzi oraz ludziom przez zwierzęta poszczute na nich przez innych ludzi stało się po raz pierwszy w dziejach naszego gatunku widowiskiem, i to widowiskiem zaplanowanym starannie, z rozmachem, organizowanym przy znacznym nakładzie sił i środków oraz prezentowanym na wystawne sposoby przed wielotysięcznymi tłumami obserwatorów, którzy gromadzili się w specjalnie na ten cel przeznaczonych miejscach (to właśnie one zwane były pierwotnie „cyrkami”).
Być może nie jest przypadkiem, że lud, który zbudował jedno z najpotężniejszych imperiów politycznych w historii – przy czym było to imperium budowane wytrwale i konsekwentnie przez kilkaset lat, przez wiele pokoleń wojowników i polityków, inaczej niż równie wielkie, lecz krótkotrwałe imperia powołane do życia przez charyzmatyczne jednostki, takie jak Aleksander Wielki, Czyngis-chan czy Napoleon Bonaparte – lubował się w oglądaniu aktów śmiertelnej przemocy tak dalece, iż uczynił z takich przedstawień pełnoprawny element własnej kultury. Nie jest celem tego tekstu dywagowanie o „charakterze narodowym” czy „mentalności zbiorowej” ludzi żyjących ponad 20 wieków temu. Niemniej można założyć, że skłonność do zakrojonej na dużą skalę polityki podbojów łączy się w instytucjach politycznych z przyzwoleniem na przemoc fizyczną i z legitymizowaniem jej w strukturach kultury i społeczeństwa. Społeczeństwo deklarujące oficjalnie niechęć do aktów przemocy nie może bowiem, na mocy własnych zasad, aktywnie zagarniać ziemi, dóbr materialnych ani innych zbiorowości ludzkich pod swoją władzę. Starożytni Rzymianie, czyniąc z przemocy widowisko, potwierdzali w ten sposób swoje pragnienie ekspansywnego, agresywnego rozwoju w sposób najbardziej źródłowy i pierwotny – poprzez połączenie go z głęboko zakorzenionymi w ludziach instynktami wiodącymi w tym samym kierunku.
Już w okresie późnej republiki, w I w. p.n.e., rzymskie igrzyska projektowane były nie tylko jako pokazy walk gladiatorskich na śmierć i życie, lecz również jako demonstracje zasięgu władzy politycznej imperium, a w okresie wczesnego cesarstwa tendencja ta jeszcze się nasiliła (podążam tu za rozpoznaniami Jerzego Axera z jego książki Filolog w teatrze). Jest to wyraźnie widoczne np. w siódmej sielance Kalpurniusza Sycylijskiego, mało znanego autora, który żył prawdopodobnie w czasach panowania Nerona, chociaż badacze nie są co do tego w pełni zgodni. W sielance tej pasterz Korydon opowiada swojemu ziomkowi Lykotasowi o wrażeniach z wizyty w rzymskim amfiteatrze urządzonym z wystawnym przepychem, gdzie odbywa się m.in. pokaz egzotycznych zwierząt:
„Cóż tam dalej? – Widziałem różnych zwierząt mrowie:
Białe zające, dziki z rogami na głowie,
Łosie, które już rzadko po lasach się kryją;
Widziałem również byki z podniesioną szyją,
Z garbem szpetnym na grzbiecie; innym znowu grzywa
Sztywna karki porasta, podbródki zakrywa
Szorstka broda, pod gardłem zaś mają szczecinę.
A nie tylko tam leśną widziałem zwierzynę.
Oglądałem tam jeszcze i morskie cielęta
Pospołu z niedźwiedziami, i wstrętne zwierzęta
Zwane końmi – w tej rzece rodzą się i rosną,
Która nadbrzeżne pola wciąż zalewa wiosną”
(tłum. J. Sękowski).
Wyliczone są tu kolejno: zające bielaki (północna Europa), guźce Afryka), łoś (północna Europa), antylopy gnu i bydło watussi (Afryka), foki i białe niedźwiedzie (północna Europa) oraz hipopotamy (Afryka). Ten opis nie przedstawia zabijania zwierząt (czyli igrzysk zwanych venationes), lecz tylko ich demonstrowanie widowni w celu wizualizacji egzotycznej przyrody poddanej władzy cezarów (takie pokazy zwano silvae). Nie mamy jednak pewności, że opis w sielance Kalpurniusza jest pełny i że nie pominięto w nim istotnych szczegółów przedstawienia. Niektórzy badacze sądzą, że ten utwór jest nawiązaniem do pierwszej eklogi Wergiliusza – sławnej jako apoteoza władcy (Augusta) i również zawierającej relację wiejskiego pasterza z pobytu w stolicy. Jeśli Kalpurniusz chciałby podobnie sławić Nerona, opis rzezi egzotycznych zwierząt mógłby nie pasować do obrazu młodego cesarza. Jeśli nie ginęły na arenie, zagadką pozostaje, co z nimi robiono po pokazie, skoro wiele z nich nie było zdolnych do życia w klimacie Italii. A o tym, że zwierzęta wystawiane na igrzyskach ginęły masowo i gwałtownie, świadczy np. autor z nieco tylko późniejszej epoki – Marcjalis.
W poezji tego epigramatyka z czasów dynastii Flawiuszy (żył w latach ok. 40–103) relacjonowane jest życie wyższych sfer stolicy cesarstwa z wyrafinowanym, niekiedy zaś rozmyślnie wulgarnym, cynizmem. Wyraźnie widoczna jest skłonność kulturotwórczych elit tamtego świata do przesady, nadmiaru i brutalności wyłaniającej się z luksusu i potęgi osiągniętej przez Rzymian po wielu wiekach nieustannych podbojów. W korpusie utworów Marcjalisa znajduje się niewielki zbiór znany jako Księga widowisk, zawierający epigramy napisane z okazji uroczystego otwarcia w Rzymie ogromnego Amfiteatru Flawiuszy, znanego dziś powszechnie jako Koloseum, co nastąpiło w roku 80. Obok tekstów panegirycznych znajdują się tam opisy scen rozszarpywania ludzi przez dzikie zwierzęta (co było karą wymierzaną za niektóre przestępstwa, zwaną urzędowo damnatio ad bestias, „skazaniem na bestie”), a także obrazki takie jak epigram szesnasty:
„Dzika świnia brzemienna, matką się stając od rany,
płód swój wydała – łona dojrzałego znak.
Nie legło prosiątko bez ruchu: gdy matka padała – odbiegło. Tak budzi mądrość wrodzoną niespodziewany los!”
(tłum. K. Różycka-Tomaszuk).
W przedstawionym obrazie widzimy, jak ciężarna dzika świnia ginie od miecza, jednocześnie wydając na świat prosię, które usiłuje oddalić się od umierającej matki. Przemoc wiodąca do śmierci, jako stały element rzymskich ludi, nie tylko ulegała estetyzacji jako składowa widowiska, ale również stawała się emblematem nieograniczonej władzy człowieka nad światem przyrody, który anektowany zostaje do domeny ludzkiej polityki i odzwierciedla swoim losem charakter działalności ludzi. Był to chyba pierwszy tak wyraźny gest tej aneksji w dziejach ludzkości.
Lęk przed spojrzeniem
W bliższych nam czasach widowiska cyrkowe nie dostarczały już swojej publiczności obrazów usankcjonowanych normatywnie przemocy i śmierci (tę rolę przejęły i utrzymały aż do początku XX w. publiczne kaźnie i egzekucje skazańców) – ale wciąż podtrzymywały wrażenie dominacji symbolicznej obserwatora nad tym, co obserwowane. Zobaczmy, jak wyglądała ta dominacja, na przykładzie najsłynniejszego spośród freaks epoki wiktoriańskiej – Josepha Merricka, znanego jako „The Elephant Man”, Człowiek Słoń.
Termin freak w XIX-wiecznej angielszczyźnie oznaczał człowieka obarczonego wyraźną deformacją fizyczną i z tego powodu będącego żywym eksponatem wystawianym w trakcie publicznych płatnych pokazów. Nierzadkie były przypadki celowego okaleczania małych dzieci, aby uczynić z nich takie „atrakcje” dla publiczności żądnej mocnych wrażeń (proceder ten opisał Victor Hugo w Człowieku śmiechu). Do „freaków” zaliczały się również np. osoby cierpiące na hipertrychozę (czyli „kobiety z brodą” i „ludzie małpy”), karłowatość lub gigantyzm albo też mające jakąkolwiek nietypową cechę fizjologiczną, która mogła wzbudzić zainteresowanie gapiów. Dla ówczesnych przedsiębiorców z branży…