Subskrybuj
Programista, haker, badacz technologii i narracji ją otaczających, zaangażowany w międzynarodowy ruch solarpunkowy, od kilku lat próbujący sprowadzić go do Polski. Bloguje pod alxd.org

Solarpunk. Przypominając sobie nadzieję

Zamiast mięśniaka ze spluwą w skąpanym deszczem mieście – opowieść o społeczności zmagającej się z katastrofą klimatyczną, budującej panele słoneczne i turbiny wiatrowe. Ruch zwany solarpunkiem proponuje dziś nowe wizje przyszłości.

Wracając z kina wyświetlającego Krzyk 6, Szybkich i wściekłych 10, czwartą odsłonę Johna Wicka, mogliśmy usłyszeć, że HBO postanowiło zekranizować ponownie wszystkie tomy Harry’ego Pottera, tym razem – jako serial.

Nasza kultura popularna – a szerzej: nasza wyobraźnia – wydaje się zataczać kręgi, powielając te same, bezpieczne, sprzedawalne treści, obawiając się nowych narracji, które mogłyby pozwolić nam spojrzeć na świat wokół nas w innym świetle.

Nużące? Może, ale potrzebujemy przecież odrobiny rozrywki i eskapizmu, oddechu od przytłaczającej rzeczywistości, w której kryzys goni kryzys, ekolodzy wróżą w swoich raportach kolejne katastrofy, a hipoteka wisi nad głową.

Zapomnieliśmy już o nadziei na lepsze jutro – nie liczymy na wielkie zmiany, chcemy tylko odpocząć. Świat jest zbyt depresyjny.

I nie zauważamy, jak kultura, którą się karmimy, stała się trucizną utrzymującą nas w depresji i niemocy.

 

Popkultura nie daje nadziei

Popkultura wytycza koleiny poznawcze, w które wpadają widzowie i czytelnicy. Kolejne superprodukcje kinowe, gry i książki oferują nam wizje przyszłości jeszcze bardziej zindywidualizowanej, samotnej, zglobalizowanej, a tym samym poddanej wolnemu rynkowi. W cyberpunkowych kliszach (jak nasz rodzimy Cyberpunk 2077) oglądamy bohaterów bezskutecznie buntujących się przeciwko systemowi, którego nie mogą

zmienić. Opowieści postapokaliptyczne wpajają nam zaś przekonanie o nieuchronności nadchodzącej zagłady, proponując jedynie różne jej formy – czy to biologiczne (serial The Last of Us) czy militarno-nuklearne (gry Fallout, seria książkowa Metro 2033 Dmitrija Głuchowskiego).

Chłoniemy tę kulturę, czując, że nadchodzi zagłada – czy to w postaci katastrofy klimatycznej, nieuniknionych wojen czy pandemii, coraz częstszych i o wiele groźniejszych niż ta ostatnia…

Jednak nawet w nierealnych światach superbohaterów walka nie toczy się o odzyskanie nadziei, lecz o zachowanie neoliberalnego status quo – bo każda zmiana jest groźna. Ikona wynalazcy, Iron Man, reprezentuje amerykański przemysł zbrojeniowy, występujący w imieniu afrykańskiej Wakandy T’Challa jest despotycznym liderem, a każdy oddolny ruch społeczny walczący o prawa mniejszości i prześladowanych to materiał na nowego przeciwnika bohaterów.

Jak pisał Mark Fisher w Realizmie kapitalistycznym, łatwiejsze stało się wyobrażenie sobie końca świata niż końca kapitalizmu. Nic więc dziwnego, że propozycje zmian sprowadzają się głównie do reakcyjnych działań, przyklejania kolejnych plastrów na otwarcie krwawiącą rzeczywistość.

 

Czego nie potrafimy zauważyć

Kryzys wyobraźni nie oznacza jednak, że świat już obecnie jest tak zły i beznadziejny, jak przedstawiają to nasze fikcje. Wokół nas dzieje się bardzo dużo dobra, spotykamy się ze zdrowymi społecznościami i wielkimi projektami, które dają nadzieję.

Problem w tym, że nie jesteśmy w stanie szerzej o nich opowiedzieć. Zatraciliśmy nie tylko umiejętność wyobrażenia sobie innego świata, ale też zdolność opisania tego, jak różnorodny, pełen kolorów i nadziei może być nasz własny. W pełni zdałem sobie z tego sprawę niemal dekadę temu, poznawszy historię, co do prawdziwości której nie byłem w stanie przekonać większości ludzi wokół siebie.

Kiedy na przełomie 2013 i 2014 r. w Afryce Zachodniej rozpętała się epidemia eboli, dla wielu mieszkańców regionu była to apokalipsa na skalę filmowych superprodukcji. Wirus bez lekarstwa, z ponad 40-procentową śmiertelnością sprawił, że kto tylko był w stanie, uciekał możliwie szybko i daleko. Odcięci od internetu i bankowości lekarze, pielęgniarki i sanitariusze nie mieli skąd wziąć pieniędzy nawet na jedzenie. Ciała ofiar zaczęły zalegać na ulicach. Sierra Leone, jeszcze przed epidemią jedno z najbiedniejszych państw świata, było na skraju całkowitego załamania. Co z tego, że WHO przysyłało pieniądze na leki i szpitale, jeżeli te nie mogły opuścić rządowych kont?

Wtedy do prezydenta, ONZ i organizacji starających się pomóc zwróciło się trzech lokalnych hakerów, technologów-samouków, którzy obiecali, że w dwa tygodnie zrestartują system płatności i wskrzeszą infrastrukturę kraju, zapłacą lekarzom, kupią leki, opłacą jedzenie dla pacjentów szpitali. Prosili tylko o pozwolenie, które zresztą dostali, bo przecież gorzej już być nie mogło. Ku zaskoczeniu większości w ciągu dwóch tygodni personel medyczny w całym kraju dostał pierwsze przelewy, w ramach nowego, transparentnego systemu opartego na otwartej technologii demonstrującej, że żadne pieniądze nie zniknęły i nie zostały zmalwersowane. Szpitale wróciły do działania, ciała zniknęły z ulic, a wspólna praca dziesiątek tysięcy pracowników medycznych doprowadziła do pokonania epidemii. Utrzymując działającą infrastrukturę, lokalni technologowie – Salton Arthur Massally, Harold Valentine Mac-Saidu i Francis Banguara – sprawili, że stało się to możliwe. Ich praca uratowała setki tysięcy, jeśli nie miliony żyć – straconych, jeżeli region by upadł.

Nie zostali jednak okrzyknięci bohaterami narodowymi, ich twarze nie przyozdobiły okładek gazet na całym świecie. Wpadli w dziurę poznawczą, ponieważ ich historia jest zbyt różna od naszych oczekiwań na temat epidemii i bohaterów – często ukształtowanych przez kulturę popularną. Spodziewaliśmy się przybyłych z Zachodu elitarnych geniuszy-indywidualistów, nie afrykańskich technologów-samouków, którzy skupili się na współpracy z lokalnymi społecznościami.

Wielu dziennikarzy nawet po spotkaniu z reprezentantami ONZ i zachodnich NGO-sów obecnych w Sierra Leone odmówiło napisania o nich reportażu, tłumacząc, że: „Nikt w to i tak nie uwierzy”. Dwa lata później technologowie zostali uhonorowani brytyjską nagrodą Business in the Community dla „odpowiedzialnego społecznie biznesu”. To najbliższa łatka, jaką mogliśmy im przykleić: bo przecież oddolna innowacja musi być biznesem, start-upem, musi być komercyjna. Jeden z jurorów konkursu ze łzą w oku opowiadał, jakim poświęceniem musiało być dla nich zawieszenie działalności gospodarczej, aby uratować infrastrukturę swojego kraju, a w konsekwencji życia jego mieszkańców.

Przez katastrofę klimatyczną, zagęszczanie się ludzkich osiedli i zawłaszczanie kolejnych ekosystemów, z którymi człowiek wcześniej nie miał styczności, czeka nas coraz więcej wyzwań, takich jak epidemia eboli.

Aby je przetrwać, potrzebujemy nie tylko widzieć apokaliptyczność i beznadzieję, ale dostrzec, jak oddolna, spontaniczna i otwarta współpraca lokalnych ekspertów może dokonać rzeczy niemożliwych dla wielkich, ponadnarodowych struktur.

Sam, będąc hakerem i technologiem, widzę dziesiątki takich historii w różnych częściach świata, pełnych nadziei zwycięstw, sukcesów społeczności, których celem nie jest zarobek, ale pomoc sobie i ludziom wokół. Historii, o których nie usłyszymy, bo nie zgadzają się z filtrem, przez jaki obserwujemy rzeczywistość. A potrzebujemy takich opowieści, by powiedzieć ludziom wchodzącym w dorosłość, że razem możemy zbudować inny, lepszy świat.

 

Solarpunk – jak przypomnieć sobie nadzieję?

Marcin Napiórkowski w książce Naprawić przyszłość przygląda się bliżej potrzebie budowy dobrych opowieści, jednak z ostrożnością statecznego akademika nie podaje zbyt wielu konkretnych przykładów, jak takie futurologiczne narracje mają właściwie wyglądać.

Odważniejsze propozycje wychodzą ze środowiska aktywistów, hakerów i anarchistów, tworzących powoli nowe manifesty i wizje ruchu nazywanego solarpunkiem.

Termin „solarpunk” pojawił się po raz pierwszy w 2008 r. w eseju Od Steampunka do Solarpunka na blogu The Republic of Bees jako propozycja gatunku literackiego zafascynowanego odnawialnymi źródłami energii (stąd: solar) i ich wpływem na społeczeństwo, tak jak maszyna parowa (steam-) jest osią budowy światów nurtu steampunka, podgatunku retro-science fiction urzeczonego „wiekiem pary”.

Pierwsi w nowy nurt uwierzyli pisarze brazylijscy, w 2013 r. wydając antologię Solarpunk – Histórias ecológicas e fantásticas em um mundo sustentável. Kolejne opowiadania, antologie i książki zaczęły powstawać na równi z manifestami systematyzującymi wartości ruchu, tak literackiego, technologicznego, jak i aktywistycznego.

„Jesteśmy solarpunkami, ponieważ jedyne inne opcje to wyparcie lub rozpacz” – napisał w 2014 r. w Notatkach do Manifestu [Solarpunkowego] Adam Flynn.

W 2019 r. kolektyw The Solarpunk Community (re-des.org) zebrał wiele mniejszych manifestów i notatek różnych autorów w pełen Manifest Solarpunka, pisząc m.in.: „Solarpunk uznaje fantastykę naukową nie tylko za formę rozrywki, lecz także rodzaj aktywizmu”.

Mimo skupienia ruchu na potrzebie konkretnych działań i przemian społecznych jego aspekt literacki jest absolutnie nieodzowny: fikcja tworzy bowiem prototypy rozwiązań dotąd dla nas niewyobrażalnych. Sporo tych propozycji wydaje się dziwnych lub śmiesznych – zatraciliśmy tak wiele myśli i pojęć, że musimy wykuć je na nowo.

Jak powiedzieć po polsku, że chcemy osiągnąć sustainability? Termin ten tłumaczony jest zwykle jako „zrównoważony rozwój”, ale nie chodzi przecież o żaden „rozwój”, tylko o homeostazę; o to, co w chorwackim określone jest jako održivost, a w czeskim jako udržitelnost.

Kiedy wraz ze znajomą tłumaczką Martyną Łysakiewicz podjęliśmy się tłumaczenia kilku ze wspomnianych wyżej manifestów solarpunka (na solarpunk.pl), głowiliśmy się nad tym trochę, aż w końcu zaproponowaliśmy nowy termin, który załata nam tę dziurę poznawczą: „odżywalność”. Świat, który będzie stale odżywał, trwał w dynamicznej równowadze, nie musząc pożerać więcej zasobów, kolonialnie łaknąć nowych kontynentów i planet.

Solarpunk jako ruch chce wyobrazić sobie przyszłość, która nie wypali się, lecz będzie mogła ulepszać się bez wzrostu, poprawiać jakość żyć współczesnych i przyszłych. Koncept ten, gdy zostaje nazwany, nie jest już tak niewyobrażalny, ale jednak wciąż pozostaje bardzo obcy kulturze, z którą mamy kontakt na co dzień.

 

Opowieści w poszukiwaniu hieroglifów

Większość książek i antologii solarpunkowych wydanych jest po angielsku, portugalsku, hiszpańsku i włosku. Mimo prestiżowej nagrody literackiej Hugo dla amerykańskiej pisarki science fiction Becky Chambers za jej A Psalm for the Wild-Built żadna z nich nie doczekała się jak dotąd oficjalnego przekładu na polski. W ramach tworzenia materiałów do lokalnego konkursu literackiego udało nam się uzyskać zgodę na przetłumaczenie dwóch krótkich opowiadań na solarpunk.edu.pl – nie zostały one jednak dotąd wydrukowane na papierze.

Nawet gdy zmapujemy już nasze dziury poznawcze, załatanie ich jest bardzo trudne. Twórcy korzystający z popularnych wątków w science fiction mogą łatwo posługiwać się tym, co pisarz Neal Stephenson nazywa „hieroglifami”: połączeniami estetyki, motywów narracyjnych, światów przedstawionych, które czytelnicy już znają i wiedzą, czego się po nich spodziewać. Domyślamy się, co może przytrafić się napakowanemu bohaterowi z metalową ręką; co oznacza miasto pełne neonów skąpane w deszczu; dlaczego należy bać się sztucznych inteligencji.

Nie wiemy jednak, jak w opowiadaniu przedstawić zdrową społeczność, jak sprawnie pokazać konflikt z napięciem, a bez przemocy. Dobrze rozplanowane miasto z transportem publicznym i bez smogu wygląda nijak w naszej wyobraźni, a wynalazki muszą być tworzone przez charyzmatycznego geniusza, nie przez różnorodne zespoły specjalistów z wielu dziedzin.

Jeżeli solarpunk, jako de facto podgatunek fantastyki naukowej, chce opowiedzieć inne historie, musi wykuć swoje własne symbole, motywy, hieroglify.

Bardzo dobrze widać to w antologiach solarpunkowych opowiadań (np. Sunvault, Solarpunk Winters, Solarpunk Summers, Rebuilding Tomorrow, Multispecies Cities), z których każda zebrała bardzo nierówne oceny od recenzentów, ponieważ jej twórcy i twórczynie byli wyraźnie bardziej zainteresowani eksperymentowaniem niż zdobyciem szerokiej publiczności. Wizje świata przyjaznego osobom z niepełnosprawnościami; odbudowywania starych ruin, współistnienia ze zwierzętami i ekosystemami każą nam postawić pytania: czy są to wizje przyszłości, których chcemy? Czy warto tych symboli, hieroglifów użyć jeszcze raz?

Podobnie jest z estetyką i warstwą wizualną solarpunka: organiczne, przyziemne art nouveau, panele słoneczne, turbiny wiatrowe, technologia dyskretna i „wystarczająca”, niebędąca w centrum uwagi, mnóstwo roślin – odpowiednich dla regionu – pokazują nam, że nawet zarzuciwszy ambicje pożarcia planety i wszystkich jej zasobów, możemy budować atrakcyjne, lepsze jutro.

Oczywiście łatwo tu o greenwashing i przejęcie narracji ekologicznej przez firmy, które za pomocą tej estetyki będą chciały sprzedać swoje produkty. Najlepsza dotąd animacja w duchu solarpunka – krótkometrażowa Dear Alice (2021) pokazująca przyszłość rolnictwa opartego na technologiach odżywalnych i szacunku do ludzkiej pracy – mimo niesamowitego piękna, spójności estetycznej i inspiracyjności jest ostatecznie reklamą amerykańskiego produktu. Anarchiści wiedzą już z doświadczenia, że kapitalizm przejmie i spróbuje nam sprzedać każdą krytykę samego siebie – i pokładają raczej nadzieję w na tyle mocnym powiązaniu symboli wizualnych ze znaczeniami solarpunka, by było to trudne.

 

Trauma i nadzieja

Jedną z najtrudniejszych przemian czekających naszą kulturę jest konieczność otwartego przyznania się do traumy, jaką będzie nadchodząca katastrofa klimatyczna. Załamanie ekosystemów, gospodarek, wielkie migracje, zniszczenie nieprzygotowanej infrastruktury i dotychczasowych systemów społecznych spowodują cierpienie, które dotknie każdego z osobna i wszystkich jednocześnie.

Współczesna popkultura przedstawia apokalipsę w sposób nihilistyczny (nic nie dało się zrobić) lub wręcz romantyczny (nareszcie jednostka wyrwana z okowów społeczeństwa staje się sprawcza). Widzimy to w kolejnych serialach o zombie, nawet zrealizowanych tak dobrze jak wspomniany już The Last of Us, skupiających się na przeżyciu indywidualnych bohaterów, nie społeczności – te są często tylko tłem fabularnym. Solarpunk mocno przeciwstawia się tej perspektywie: jednym z jego najważniejszych założeń jest niewypieranie się tej traumy, lecz raczej przygotowanie się na nią i znalezienie nadziei i sprawczości w radzeniu sobie z nadchodzącymi przeciwnościami. Bohaterowie powieści tego gatunku – klasyfikowanego często jako postapokaliptyczny – nie są romantycznymi kowbojami, ale budowniczymi i częściami…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wyobraź sobie