Wbrew pozorom wcale nie tak łatwo – wyłączając tematykę II wojny światowej, Zagłady i PRL-u – o gorącą publiczną dyskusję na temat historii Polski, która antagonizowałaby, rozbudzała emocje i poruszała pióra, szczególnie zawodowych historyków i historyczek. Wybrzmiały już dawno echa XIX-wiecznego sporu o przyczyny upadku przedrozbiorowej Rzeczypospolitej; nikt prawie nie pamięta międzywojennej polemiki z Sienkiewiczowską wersją powstania Chmielnickiego, którą zainicjował Olgierd Górka. Podobny los spotkał powojenne rozważania o szansach powstania listopadowego i o postawach Polaków wobec zaborców, w których tyleż o Królestwo Polskie czy Galicję w XIX w., chodziło przecież o Polskę II poł. XX w., w jakiej żyli ich autorzy i czytelnicy.
Ostatnia znana mi polemiczna dyskusja wywołana przez książkę Przemysława Urbańczyka Mieszko Pierwszy tajemniczy (2012), dotycząca pochodzenia, okoliczności chrztu i powstania państwa pierwszego Piasta, nie wyszła właściwie poza środowisko mediewistów. Z kolei mierzenie się z tezami o istnieniu Wielkiej Lechii, choć daleko wychodzące poza mury akademii, ma raczej charakter polemiki z członkami sekty (lub – jak kto woli – z antyszczepionkowcami) – i jednych, i drugich trudno racjonalnymi argumentami przekonać do zmiany stanowiska.
Tym ciekawsza jest żywa debata o ludowej historii Polski, którą możemy śledzić od kilku lat. Po wydawniczym sukcesie Ludowej historii Polski Adama Leszczyńskiego, Bękartów pańszczyzny Michała Rauszera (obie 2020) oraz Chamstwa (2021) Kacpra Pobłockiego rozwiązał się worek z recenzjami, polemikami, debatami, wywiadami i książkami. Historia ludowa jest modna. Pojęcie jeszcze parę lat temu nieznane nikomu poza czytelnikami Ludowej historii Stanów Zjednoczonych od roku 1492 do dziś Howarda Zinna (1980, wyd. polskie 2016) i innych prac z nurtu people’s history weszło szturmem do naszego dyskursu – czasem jako sztandar, czasem jako bête noire lub chłopiec do bicia. Krakowski historyk Andrzej Chwalba w napisanej wspólnie z Wojciechem Harpulą książce Pan i cham. A nam, prostym, zewsząd nędza (2022) trochę prowokacyjnie, choć trafnie, porównał tę modę na ludowość do innej sprzed trzech dekad, o zgoła odmiennym zwrocie: do mody na szlacheckość, herby, sygnety i dworki. Po tamtej zostało nam – jak pisze – wiele książek i albumów o arystokracji oraz „gargamele” z kolumienkami. W odróżnieniu od niej – dodam już od siebie – moda na ludowość ma potencjał wywołania zasadniczej zmiany myślenia o przeszłości Polski, o tym, jak chcemy o niej mówić i kto ma to robić. Być może ta dyskusja jest tak gorąca właśnie dlatego, że stanowi wstęp do czegoś na kształt czeskiego sporu o sens dziejów (spor o smysl českých dějin), czyli trwającego kilkadziesiąt lat XIX i XX w. sporu o wizję czeskości i czeskiej historii.
Okres burzy i naporu
Czy tak rzeczywiście jest, przekonamy się, rzecz jasna… za dłuższy czas. W tym momencie obserwować możemy, jak na bieżąco rozwija się debata o ludowości polskich dziejów. Widać już, że powoli wychodzimy z fazy inicjacji i rewolucyjnego entuzjazmu, widocznego w książkach Leszczyńskiego, Pobłockiego i Rauszera czy we wcześniejszych ważnych wypowiedziach artystycznych, jak choćby sztuka W imię Jakuba S. Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego lub płyta kolektywu R.U.T.A. Gore – Pieśni buntu i niedoli XVI–XX wieku. W wielkim skrócie i uproszczeniu można go sprowadzić do tezy: historia Polski to historia wyzysku i oporu (by posłużyć się podtytułem książki Leszczyńskiego) oraz przemocy (doda Pobłocki), i my mówimy to głośno, zaś inni (polscy historycy) wam o tym nie powiedzą, bo ich to nie interesuje.
Takie ujęcie sprawy spowodowało, że polemika rozgrywała się na dwu polach: ideologicznym oraz środowiskowo-branżowym. Ta pierwsza była dosyć przewidywalna, bo przebiegała wzdłuż osi prawica–lewica. Prawica potępiła ludową historię w czambuł jako marksistowski schematyzm i „neo-stalinizm”; młodsi konserwatyści spod znaku Klubu Jagiellońskiego zaproponowali konserwatywną „alternatywną wersję ludowej historii Polski”, aby – jak pisał Piotr Kaszczyszyn – „być dumnym z wysiłku naszych dziadków i ojców”; środowiska liberalne odnosiły się do niej zazwyczaj z krytyczną życzliwością, widząc w niej potwierdzenie swoich tez o korzeniach współczesnych polskich problemów ze społeczeństwem obywatelskim i rozumieniem wolności; grupy lewicowe wzięły tezy zwrotu ludowego na sztandary, a te lewicowo nonkonformistyczne krytykowały wręcz Leszczyńskiego m.in. za ekonomizm, zachodocentryzm, sympatię do silnej władzy oraz za to, że „okazuje się ona w istocie mało ludowa” (tak pisał Piotr Kuligowski w „Czasie Kultury”).
Druga oś sporu była moim zdaniem ciekawsza, bo dotyczyła tego, kto lepiej opowiada o historii i po co to robić. Po jednej stronie stanęli kulturoznawcy, literaturoznawcy i antropolodzy, zazwyczaj ujęci nowym podejściem, a po drugiej stronie wywołani do tablicy akademiccy historycy, obsadzeni w roli naiwnych zbieraczy faktów lub tych, którzy mimowolnie albo świadomie powtarzają w swoich pracach dyskurs władzy.
Michał Rauszer stwierdził wprost, że polscy historycy „służą jako dostarczyciele materiału empirycznego, a nie inspirujących tez”, czego przyczynę widział w „zagubieniu tradycji myślenia bardziej teoretycznego”. Choć taka diagnoza jest pewnie trafna w stosunku do historii politycznej, dominującej w podręcznikach, wykładach i telewizji, to nie odnosi się akurat do tych wcale licznych badaczek i badaczy historii społecznej i kulturowej czy demografów historycznych, którzy od lat akurat o „dolnych 90%” piszą. Ich dorobek został w dużej mierze pominięty albo wyciągnięto z niego fakty i cytaty niczym rodzynki z ciasta.
Nic więc dziwnego, że głosy krytyczne i polemiczne padały nie tylko z ust historyków prawicowych, ale również, a może przede wszystkim, tych, którym – paradoksalnie – bliska jest sama idea pisania o klasach ludowych polskiego społeczeństwa. Część tych recenzji miała trochę charakter niczym z pewnego internetowego memu o historykach („– Serio, jesteś historykiem? To powiedz coś po historykowemu. – Autor nie uwzględnił wszystkich źródeł, nie zna najnowszych opracowań”). Niektóre odnosiły się do „krótkiej pamięci odkrywców” (jak ujął to łódzki historyk dziejopisarstwa Rafał Stobiecki), a więc powtarzania tez znanych już historiografii XIX-wiecznej jako własnych i nowatorskich. Wreszcie – zarzucano nie bez racji, że w ludowej historii lud jest przede wszystkim ofiarą, której podmiotowość widać tylko wtedy, gdy się (czasem) buntuje. Historycy, tacy jak Marcin Kula, Mateusz Wyżga, Piotr Guzowski, Tomasz Wiślicz, Dobrochna Kałwa i wielu innych, podkreślali, że z nowszych badań historycznych wyłania się obraz znacznie bardziej złożony, w którym jest miejsce na ludową sprawczość nie tylko w rebelii.
Śladami Howarda Zinna?
To ambiwalentne przyjęcie „zwrotu ludowego” przez zawodowych badaczy dziejów nie wynikało więc z generalnego prawicowego przechyłu, lecze z poczucia zignorowania ich dorobku oraz chęci pokazania, że współczesne badania mówią nam coś ważnego o polskim ludzie, co umknęło w toczących się dyskusjach. Pod tym względem sytuacja w Ameryce była nieco odmienna. Gdy Howard Zinn jako aktywista i działacz na rzecz praw człowieka, a zarazem profesor historii Uniwersytetu Bostońskiego pisał swoje opus magnum, opierał się na dynamicznie rozwijającym się dorobku nowej amerykańskiej historii społecznej, która szczególnie od lat 60. XX w. intensywnie zajmowała się badaniem grup podporządkowanych – głównych bohaterów jego książki. Dlatego być może, mimo odsądzenia od czci i wiary przez amerykańskich neokonserwatystów, środowiska akademickie odniosły się do jego książki życzliwie, nawet jeśli nie podzielały jego ideowego zaangażowania i jednoznacznego radykalizmu. Uznany historyk z nowojorskiego Uniwersytetu Columbia Eric Foner na łamach „The New York Times Book Review” w marcu 1980 r. napisał niepozbawioną krytyki, lecz jednoznacznie pozytywną recenzję Ludowej historii Stanów Zjednoczonych, która na początku walnie przyczyniła się do tego, że dzieło Zinna dostrzeżono szerzej.
W dłuższej perspektywie widać, że sukces Zinna nie polegał wcale na tym, że wszyscy przyjęli jego radykalne poglądy na dzieje Ameryki. Dalej mamy książki o prezydentach, generałach, biznesmenach i dyplomatach, a więc tych wszystkich, których on świadomie pomijał. Bostońskiemu badaczowi udało się jednak na trwałe wprowadzić do amerykańskiej historii perspektywę grup mniejszościowych (choć w sumie tworzących większość społeczeństwa): Afroamerykanów, kobiet, robotników, rdzennych mieszkańców, imigrantów, mniejszości seksualnych itp. Bez nich nie da się dziś w poważny sposób mówić o historii USA. Historia ludowa istnieje jako osobny nurt, ale też jest integralną części amerykańskiej historii jako takiej.
Wróćmy do Polski, gdzie mimo ambiwalentnego przyjęcia przez profesjonalnych badaczy przeszłości sukces wydawniczy i publicystyczny zwrotu ludowego skłonił wiele osób do pójścia za ciosem i pisania kolejnych książek. Mamy ich w tej chwili co najmniej kilkanaście (w tym jedną serię wydawniczą „Ludowa Historia Polski” w Wydawnictwie RM), a do tego przynajmniej kilka innych, które są do niego zaliczane, niekoniecznie zgodnie z intencjami autorów (tak jest choćby z Był dwór, nie ma dworu Anny Wylegały na temat powojennej reformy rolnej). Jest tu sporo nowych i nowatorskich badań; są książki popularnonaukowe, jest czasem wręcz ocierająca się o banał lub jednostronna pop-historia; jest wreszcie dużo szukania siebie – świadomej lub nie autoterapii przez odkrywanie rodzinnych albo środowiskowych genealogii. Są to prace na tyle różnorodne, że nie tworzą już jednego wyraźnego nurtu, lecz przynajmniej kilka różnej wielkości strumieni. Widać, że po zachłyśnięciu się „mocnym wejściem” ludowa historia Polski złapała drugi oddech, koncentrując się na pogłębianiu poszczególnych wątków, a nie na kolejnych wielkich narracjach.
Tę różnorodność dobrze widać na przykładzie kilku prac wydanych w ciągu ostatnich miesięcy: Obrońców pańszczyzny Adama Leszczyńskiego, Panów piłą Ryszarda Jamki, Chłopek Joanny Kuciel-Frydryszak oraz Ludowego antyklerykalizmu. Nieopowiedzianej historii Michała Rauszera. Spośród nich dwie pierwsze mają charakter historycznych monografii, trzecią nazwać można by rozbudowanym reportażem, a czwarta to praca popularnonaukowa. Różne są też ich cele – skoncentrowane bardziej na interwencji albo w historię, albo w teraźniejszość.
Historia czy teraźniejszość?
Zacznijmy od antyklerykalizmu. Rauszer w materiale etnograficznym, dorobku historyków (ponownie użytym, niestety, jako magazyn faktów) i kulturze współczesnej szuka przejawów tego, co nazywa „zmaganiem się ludu z religią i Kościołem”. Znajduje je m.in. w XV-wiecznym husytyzmie, mariawityzmie, rodzącym się pod koniec XIX w. ruchu socjalistycznym, internetowych memach i pastach, parodiach…