Subskrybuj
Halina Bortnowska fot. Łukasz Kraszyński
Redaktor miesięcznika „Znak”, dr nauk społecznych, tłumacz i popularyzator współczesnej włoskiej filozofii politycznej.

Pani Halina

Mieszkała w Warszawie w maleńkim mieszkanku przy ul. Domaniewskiej. Na drzwiach wejściowych wisiały kolorowe rysunki, które wywoływały uśmiech i zapraszały do środka. Pamiętam, że gdy przyjechałem tam z Januszem Poniewierskim, zatrzymał się przy obrazkach i po chwili zamyślenia powiedział coś w stylu: „Proszę zapamiętać to miejsce, mieszka tu prawdopodobnie święta”

Jej życie można podzielić na kilka okresów: przed-, wojenny i powojenny. Albo według miejsc, gdzie mieszkała: Lublin, Wrocław, Kraków i Warszawa. Lub zgodnie z podejmowanymi aktywnościami: teologiczne, redakcyjne, społeczne. Wszystkie one jakoś się łączyły: wcześniejsza lokalizacja kierowała do następnej, przeplatały się postacie znajomych, jedno doświadczenie służyło kolejnemu. Dlatego każdy, kto ją znał, opowie o niej nieco inaczej, na coś innego położy akcent. Widać to nawet w nekrologach: każdy z piszących uwypukla najważniejszą dla siebie część z jej życia. Wszystkim jednak dała się poznać jako osoba angażująca się w kolejne sprawy całą sobą, na opinię, której się czeka, dodająca odwagi i rozjaśniająca skomplikowane tematy. Znałem panią Halinę zaledwie 10 lat. Właściwie nic już wtedy nie widziała, przy pierwszym spotkaniu zapytała, czy może dotknąć mojej twarzy. Niedługo później złamała biodro i mało kiedy wstawała z wózka. Najczęściej rozmawiałem z nią przez telefon, gdyż ze względu na dzielącą nas odległość między Krakowem i Warszawą tak było zazwyczaj najłatwiej. Nawet zbliżając się do 90., tryskała energią – tak brzmiała. Wciąż chciała coś robić, pytała do czego może się przydać. Była na bieżąco ze wszystkimi wiadomościami – z jednej strony dzięki niemal stale włączonemu radiu, z drugiej dzięki siatce przyjaciół, którzy ją odwiedzali, opowiadając, co się dzieje, i czytając jej prasę i książki. Mieszkała w Warszawie w maleńkim mieszkanku przy ul. Domaniewskiej. Na drzwiach wejściowych wisiały kolorowe rysunki, jakby emotikonki, które wywoływały uśmiech i zapraszały do środka. Pamiętam, że gdy przyjechałem tam z Januszem Poniewierskim, zatrzymał się przy obrazkach już po wyjściu, popatrzył na mnie i po chwili zamyślenia powiedział coś w stylu: „Proszę zapamiętać to miejsce, mieszka tu prawdopodobnie święta”. Jeden pokój służył za wszystko: przestrzeń do przyjmowania gości, miejsce do opieki nad schorowanym mężem, teren dla kotów. Mieszkanie było wypełnione roślinami, które kochała tak samo jak zwierzęta. Podczas pierwszej wizyty byłem skrępowany, czułem się, jakbym naruszał czyjąś bardzo intymną przestrzeń. Ale szybko zrozumiałem, że jeśli pani Halina kogoś przyjmuje, to całym sercem, nie dbając już o żadne granice. Niemniej fakt, że tak wielka postać żyła w tak skromnych warunkach, wydawał mi się jakoś niesprawiedliwy. Pani Halina była postacią znaną niemal na całym świecie: od Rzymu i Belgii, po Hongkong i Sri Lankę. Współpracujący ze „Znakiem” polski dziennikarz BBC Tadeusz Jagodziński, podróżując po Azji Południowo-Wschodniej, spotkał Tissę Balasuriyę, lankijskiego teologa upominanego przez Watykan. Nie wspomniał nikogo z zacnych polskich księży, kazał za to serdecznie pozdrowić Halinę Bortnowską. Wielkim wsparciem był dla niej ks. Wojciech Lemański – zwłaszcza wtedy, gdy był suspendowany przez przełożonego abp. Henryka Hosera. Jak mówiła pani Halina, ks. Wojciech…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką