W pierwszy poranek w nowym mieście czułam się jak Karolcia, która znalazła błękitny koralik i za chwilę będą się spełniać jej życzenia. Wszystko wydawało się takie świeże, inne, ciekawe. Pierwszy spacer z psem, nowi sąsiedzi, chłodnik z najbliższego spożywczaka wypity na ławce wśród drzew.
Pudła z książkami ustawione wszędzie, dzieci pod opieką babci i my lawirujący między garażem, piwnicą i mieszkaniem, układający wszystko na nowo.
Poczułam, że w końcu jestem u siebie, jakbym wróciła z jakiejś dalekiej podróży. Za wielkim oknem klony zaczęły przybierać barwy końca lata. Ustawiłam stół tak, by mieć na nie oko, by rano wypełniać kubek kawą i patrzeć na zmieniającą się aurę pory dnia, dni tygodnia, pogody, która bez względu na wszystko zawsze wydawała się wspaniała.
Mogę więc teraz realizować mój plan poznawania miasta, szukania swoich dróg i dróżek.
Punkt pierwszy: biblioteka.
Tramwajem do pl. Wielkopolskiego, potem spacer przez al. Marcinkowskiego aż do pl. Wolności, gdzie oczom ukazuje się klasycystyczna forma gmachu i kolumnada nawiązująca do wschodniej fasady Luwru. Biblioteka Raczyńskich. Najstarsza i jedna z największych bibliotek publicznych w Polsce, prawdziwy raj.
Kiedy już wypełnię torbę książkami, zejdę po schodach i zamknę za sobą ciężkie drzwi, udam się na niewielką ławkę wśród straganów, z widokiem na stare kamieniczki, z kawą w kubku i gruzińską ciepłą bułeczką z ziemniakami w dłoni. Rozsiądę się między studentami czekającymi na pizzę z…