Miałam kiedyś czas, miałam kiedyś cały czas świata, jeszcze całkiem nieźle to pamiętam. Niczego nie musiałam zapisywać na kartkach ani w telefonie, bo takich telefonów nie było. Odwiedzałam koleżanki spontanicznie, po prostu do nich idąc i dzwoniąc do drzwi. Czasem nie zastawałam ich w domu i przyjmowałam to jako niewymagający komentarza fakt, wracałam. Zdarzały mi się długie kwadranse patrzenia na sufit i snucia się bez celu. Znajomi pytali tylko, czy wychodzę wieczorem, a ja nie potrzebowałam żadnych dodatkowych informacji: gdzie się spotykamy, o której, do której zostajemy, kto jeszcze się zjawi, co będziemy robić. Słyszę echo tych słów, gdy mój nastoletni syn mówi: wychodzę, a kiedy pytam dokąd, wzrusza ramionami. Dokądś po prostu idzie, reszta się okaże.
Szłam do szkoły pół godziny na piechotę i w tym czasie prawdopodobnie nie myślałam o niczym, pewnie obserwowałam świat, a może rozmawiałam z koleżankami spotykanymi przypadkiem po drodze. Dziś każdą podróż, niezależnie od jej długości i środka transportu, przeznaczam na analizę rzeczy do zrobienia, na odpisanie na wiadomości, mejle. Na sprawdzenie kalendarza, bo wszystkie spotkania są wcześniej ustalane. Bardzo często również kilkakrotnie przekładane, nie sądziłam, że w wieku dorosłym wszyscy dookoła będą tak dalece zajęci.
Kiedyś wydawało mi się, że „zaraz” jest jednym z najbardziej uprawnionych słów, dziś dostaję białej gorączki, gdy słyszę je od dzieci kilkanaście razy na dobę. Nie tylko dlatego, że dla nich ono prawdopodobnie znaczy „w bliżej nieokreślonej przyszłości, być może nigdy”. Moja teraźniejszość to wieczne wstawianie prania po drodze do zmywarki, analizowanie, co zrobić na obiad, kiedy będzie wywiadówka, co miałam dokończyć (felieton!), przyszłość z kolei napakowana jest po brzegi obowiązkami domowymi i zawodowymi, a znam przecież osoby o wiele bardziej zajęte, zabiegane.
Chyba rządzący zorientowali się, że coś się dzieje z czasem, zwłaszcza z czasem wolnym dorosłych, bo zaczęli myśleć o jego…