Obrazek pierwszy. Campus Polska Przyszłości. Liberalny elektorat, głównie młodzież, słucha wicepremiera i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wygwizduje go za postawę w sprawie prawa dotyczącego aborcji i związków partnerskich. Gdy jednak mówi o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej i uzasadnia wprowadzenie prawa zezwalającego na strzelanie do cywilów, dostaje brawa. Część osób protestuje, część wychodzi, jednak większość z entuzjazmem wspiera. Gdyby te osoby zapytać o prawa człowieka, na pewno powiedziałyby, że je popierają. Jak widać – do ściśle określonej granicy. Tej biegnącej na Bugu i w prastarej puszczy.
Czy ten obrazek mnie przeraża? Owszem. Czy uważam, że to w istocie objaw faszyzacji polskiego społeczeństwa, o której pisze w książce Skąd ten faszyzm? Michał Herer? Tak. Czy uważam, że wyklucza to dalszą dyskusję? Wciąż mam nadzieję, że nie.
„Nie przejdą”
Pozycja, którą zajmuję, jest trudna. Z jednej strony wiem, że z moimi poglądami na sprawy migracji, uchodźstwa, granicy polsko-białoruskiej jestem w Polsce w zdecydowanej mniejszości.
Według badania Ipsos przeprowadzonego dla TOK FM i OKO.press tylko 19% Polek i Polaków uważa, że powinniśmy jako kraj rozpatrywać wnioski azylowe osób, które wejdą do Polski z Białorusi.
67% respondentów twierdzi, że nie tylko nie powinniśmy ich wpuszczać, ale także, jeśli przekroczą granicę, powinniśmy ich odpychać z powrotem na Białoruś. Czyli, powiedzmy to wprost, oddawać w ręce białoruskich siepaczy – bijących, szczujących psami, okradających, gwałcących i wypychających z powrotem na mróz i bagna. W demokracji większość – o ile zechce skorzystać z uprawnień – ma władzę, co nie znaczy bynajmniej, że ma rację.
Z drugiej więc strony moja pozycja to silnie odczuwana pewność, że moralną słuszność ma te 19% społeczeństwa, do których należę. Ponadto to za nami stoi prawo – międzynarodowe i polskie – łamane przez polskie państwo od początku kryzysu na granicy. Po zmianie władzy w 2023 r. się to nie zmieniło. W obliczu wspomnianych nastrojów społecznych trudno się dziwić.
Jestem jak ci uczestnicy Campusu Polska Przyszłości, którzy na słowa ministra zareagowali demonstracyjnym opuszczeniem sali. Powiedzieli: „Nie wolno”. A nawet: „¡No pasarán!”, jakkolwiek smutno brzmi antyfaszystowskie hasło „Nie przejdą” w kontekście tonących i zamarzających także w polskich lasach, rzekach i bagnach ludzi.
Minister się waha
Obrazek drugi. Jest rok 2021. Adam Bodnar występuje w TVN24. Pytany o push-backi, a więc siłowe wywózki uchodźców, odpowiada, że to „katastrofa moralna” oraz że „każda osoba przekraczająca granicę powinna mieć dostęp do lekarzy, pożywienia i wody. Nie możemy dopuszczać do tego, żeby ci ludzie byli w lasach. Rząd powinien skończyć z chocholim tańcem wokół grobów, które tam są”. W tym samym roku publikuje tekst, w którym przekonuje, że wprowadzanie zakazu przebywania na jakimś terenie za pomocą ustawy lub rozporządzenia jest niekonstytucyjne.
Jest luty 2023 r. Bodnar podpisuje, wraz z wieloma postaciami kultury, prawa i nauki, list ze słowami: „Nie zgadzamy się, by obszar wzdłuż granicy polsko-białoruskiej stał się ponownie skrwawioną ziemią. Miejscem, gdzie ludzie giną nie z powodu działań wojennych, lecz z powodu morderczej polityki państwa. Miejscem, gdzie państwo polskie zamiast polityki migracyjnej prowadzi politykę wywózek”.
Jest rok 2024. Już jako minister sprawiedliwości Adam Bodnar nie przeciwstawia się wspomnianej ustawie de facto pozwalającej polskim służbom bez odpowiedzialności otwierać ogień do cywilów przekramnianych czających granicę. W Senacie głosuje „za”. Nie przekonują go wątpliwości konstytucyjne zgłaszane przez Biuro Legislacyjne Senatu czy rzecznika praw obywatelskich. Pozostaje członkiem rządu, który kontynuuje push-backi i sam uzasadnia je na antenie tej samej stacji telewizyjnej, w której trzy lata wcześniej je piętnował. Nie protestuje przeciw wprowadzaniu rozporządzeniem zakazu przebywania na części terenu państwa polskiego.
Czy Adam Bodnar jako członek rządu poznał nowe informacje, które zmieniły jego stanowisko?
Czy jako urzędnik zawiesił na kołku dotychczasowe interpretacje prawa – konstytucji i konwencji międzynarodowych – w imię interesu politycznego? Zgodził się na rezygnację z decydowania o funkcjonowaniu państwa w zakresie polityki migracyjnej po to, by przeprowadzić kluczową dla siebie misję odbudowywania praworządności w Polsce?
Ale czy można odbudowywać praworządność, gdy minister sprawiedliwości nie próbuje zatrzymać albo przynajmniej wyraźnie poprawić ustaw co najmniej szalenie wątpliwych w zakresie zgodności z konstytucją?
Nie wiem, co się stało. Ale poczucie osamotnienia, beznadziei i bezsilności wzrasta, gdy ktoś, kto przez wiele lat zdawał się pewnym sojusznikiem w sprawach ochrony ludzkiego życia i godności, zawodzi.
Po co są paszporty
Obrazek trzeci. Phileas Fogg podróżujący w książce Juliusza Verne’a W 80 dni dookoła świata spotyka się z brytyjskim konsulem w Suezie. Mówi mu: „Paszporty istnieją po to, żeby zatruwać życie porządnym ludziom”. To było krótko przed I wojną światową, 100 lat temu. Granice były otwarte, a państwa wydające i kontrolujące paszporty były, jak zwraca uwagę Rutger Bregman w książce Utopia dla realistów, „uznawane za barbarzyńskie”.
To było 100 lat temu. Niedawno.
Po drodze były jednak dwie wojny światowe. Równie kluczowe znaczenie dla zmiany nastawienia do granic miała dekolonizacja. Mówiąc wprost: póki to Europejczycy jeździli, dokąd chcieli, nikogo nie pytając o zdanie, nie licząc się ze sprzeciwem ludzi żyjących na miejscu, dopóki mieliśmy zarówno swobodę, by jechać, jak i pewność, że „oni” nie przyjadą do „nas”. Póki to my kradliśmy i wyzyskiwaliśmy – trzeba mówić „my”, bo wciąż korzystamy ze zrabowanych wtedy dóbr, nawet jeśli pośrednio, nie jako spadkobiercy kolonialnego imperium, lecz jako członkowie symbolicznej, ekonomicznej i politycznej wspólnoty Europy czy Zachodu – dopóty chcieliśmy otwartych granic, swobody poruszania się i braku paszportów. Mieliśmy pełnię władzy.
Gdy jednak mocarstwa kolonialne kontrolujące zdecydowaną większość globu przestały sprawować bezpośrednią jurysdykcję nad wcześniej podbitymi społeczeństwami i terytoriami, postanowiły granice zamknąć. W tym samym celu: utrzymania władzy nad światem. Udało nam się. To kraje globalnej Północy wciąż tym światem rządzą, „twardy” kolonializm się skończył, ale do dziś czerpiemy z tego, co wyzyskane wówczas, oraz z tego, co rabowane teraz. Bo jeśli czytasz ten tekst na smartfonie lub komputerze, jest ogromna szansa, że po części robisz to dzięki niewolniczej pracy, także dzieci, choćby w kopalniach kobaltu w Kongo.
Korzystając z dobrodziejstw bycia częścią Europy, korzystamy także z faktu, że jej potęga została zbudowana m.in. na kolonialnej zbrodni: sterowanym przez Wielką Brytanię głodzie w Indiach, oparciu dobrobytu europejskich imperiów na kauczuku i wydobyciu diamentów, niewolniczej pracy fizycznej itd.
Zagarnięcie wszystkiego, co cenne i utrzymanie – w wielu sferach aż do dziś – całkowitej kontroli nad dalszym owego wszelkiego cennego wydobyciem i produkcją pozwala Północy utrwalać Południe w pozycji dłużników, pariasów i dostawców. Polska – ze swoją półperyferyjnością – nie korzysta na tych procesach najbardziej. Jako członek Unii Europejskiej z jej wspólnotą gospodarczą, przepływu towarów i usług, korzystamy jednak z tego wystarczająco istotnie, by rodziło to odpowiedzialność wspólnotową – podobnie jak zyski.
Jednocześnie w krajach Północy zaczęliśmy snuć narrację, jakoby to „oni” – obywatele i obywatelki państw globalnego Południa – „najeżdżali” Europę, „kolonizowali” ją, „grabili”. To wyjątkowa perfidia – nazywać „najeźdźcami” tych, którzy często uciekają przed długofalowymi efektami najazdu naszych przodków, a także konsekwencjami niedawnych najazdów naszych państw lub sojuszników (Afganistan i Irak oraz wszelkie konsekwencje tych inwazji to już bezpośrednio także nasza „spuścizna”). Oraz wyzysku, z którego wciąż czerpiemy korzyści i na którym budujemy nasz dobrobyt.
To jednak perspektywa trudna do przeforsowania w debacie publicznej. Trudna również do klarownego i prostego połączenia z rozmową o granicy polsko-białoruskiej, w której miesza się bałamutna narracja o „najeździe” z realnie wrogimi Polsce i Unii Europejskiej działaniami Białorusi i Rosji. Trudna m.in. dlatego, że gdyby chcieć realnie podyskutować o wielkich procesach migracyjnych – tych obecnych i tych, które nas czekają, choćby ze względu na postępującą katastrofę klimatyczną, gdy będziemy mówić o wędrówce setek milionów, a może nawet miliardów ludzi – trudno byłoby uwierzyć, że możemy jakoś na nie wpłynąć.
A na granicy polsko-białoruskiej? Możemy uratować konkretnego człowieka. Albo uwierzyć, że chronimy Polskę dzięki temu, że tego konkretnego człowieka wypchniemy za drut.
Próbuję
Próbuję zrozumieć perspektywę zwolenników wywózek albo tych, którzy je przynajmniej akceptują i usprawiedliwiają. Próbuję zrozumieć tych, którzy popierają zdjęcie z góry odpowiedzialności ze służb za strzelanie do ludzi.
To oczywiste, że nasilenie się ruchu migracyjnego na granicy z Polską, Litwą i Łotwą było inspirowane przez służby i władze Białorusi oraz Rosji. To akt wrogi wobec państw Unii Europejskiej, obliczony na destabilizację, polaryzację oraz na zebranie podbudowy pod narrację, że Unia to hipokryci, w której wiele się mówi o prawach człowieka, ale z której uchodźców wyrzuca się za płot. Białoruś i Rosja te cele osiągają – również dzięki polityce polskich, litewskich i łotewskich władz.
Próbuję zrozumieć, jak wielką potrzebą jest poczucie bezpieczeństwa. Że płoty, zasieki, służby mundurowe i kamery owo poczucie budują – nawet jeśli jestem przekonany o jego złudności.
Próbuję zrozumieć, że gdy dochodzą do Polski wieści o tym, że migranci i uchodźcy są szkoleni przez białoruskie służby w forsowaniu zapory i atakowaniu funkcjonariuszy polskiego państwa, gdy widzimy grupy ludzi próbujących siłowo przekroczyć granicę, to czujemy, że stanowią oni zagrożenie, niezależnie od tego, skąd ich próby się biorą.
Próbuję zrozumieć, jak rodzi się przekonanie, że jeśli będziemy naszej granicy bronić wystarczająco skutecznie, to powstrzymamy migrację kolejnych ludzi tym i innymi szlakami do Europy.
Próbuję. Ale ani na chwilę nie umiem zawiesić głębokiego przekonania, że ci, których próbuję zrozumieć, się mylą. Nie umiem nawet na moment oprzeć się pokusie dyskutowania.
Tylko po co? Czy kogokolwiek przekonam?
Przecież gdyby chodziło tylko o wiedzę o całym kontekście migracyjnym, o argumenty, świadectwa i informacje, byłoby łatwiej. Tak, powinniśmy trochę więcej wiedzieć. Czy to jednak wystarczy, żeby wypracować konsens? Jakieś rozwiązanie pośrodku, humanitarne minimum? I czy sam jestem na to gotowy?
Fakty na stół
Dla porządku jednak wyłóżmy owe argumenty i informacje na stół.
Na samym początku kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej były minister spraw wewnętrznych (podlegała mu Straż Graniczna) i były koordynator rządu ds. służb specjalnych Jacek Cichocki (dziś szef kancelarii Sejmu) powiedział mi w wywiadzie dla Magazynu „Kontakt”: „Gramy w grę Łukaszenki na jego zasadach”. Przez kolejne lata dolewaliśmy mu paliwa do baku antyunijnej narracji, do przekonywania, że nie będą go uczyć humanitaryzmu kraje, które pozwalają, by na ich terenie cywile umierali z zimna, choć można im pomóc.
Jakkolwiek byśmy napinali muskuły, wcale nie wygrywamy tej „hybrydowej” potyczki. Może więc czas zmienić taktykę i zacząć grać na własnych zasadach?
Bezpieczeństwo? Działania państwa polskiego – i za poprzedniej, i za obecnej władzy – prowadzą do tego, że osoby w drodze znajdujące się na terenie Białorusi, próbujące przekroczyć granicę i ponownie wypchnięte na Białoruś, mają przed sobą dwa scenariusze. Albo będą próbować do skutku i w końcu uda im się ominąć polskie służby, albo umrą. Nie mogą wrócić do krajów pochodzenia, bo Białoruś im na to nie pozwala, nie stać ich na to, a do tego często grozi im w nich niebezpieczeństwo większe niż na bagnach. W efekcie więc wielu z uchodźców ostatecznie udaje się wjechać na teren Unii Europejskiej, a choć nowy rząd granicę uszczelnił, to wciąż jest ona przekraczana. Czy to rzeczywiście sytuacja bezpieczniejsza – gdy państwo nie wie, kto realnie przebywa na jego terytorium – niż przyjmowanie wniosków o ochronę międzynarodową, szczegółowe ich rozpatrywanie, sprawdzanie osób przybyłych do…