Subskrybuj
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: Zawód (2017) oraz O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia, chociaż więcej pracuje (2019)

Uczciwie o migracji

O delikatnych sprawach – a taką kwestią z całą pewnością jest migracja – należy mówić w sposób odpowiedzialny, zniuansowany, ale przede wszystkim uczciwie.

W rodzinne strony zaglądam raczej rzadko, raz na kilka miesięcy. Nie żebym nie lubił powrotów na stare śmieci. Wręcz przeciwnie. Po prostu niemal całe moje życie przeniosło się z Ełku do Warszawy. Te kwartalne lub półroczne interwały dają mi jednak pewną perspektywę. Lubię przejść się znajomymi ulicami i zobaczyć, co się pozmieniało. Przez wiele lat były to zazwyczaj kolejne inwestycje; Ełk przez długi okres był (i nadal jest) prawdziwym „kombajnem” unijnych dofinansowań, w dużej mierze przeznaczanych na rozbudowę infrastruktury turystyczno-rekreacyjnej. W ostatnich latach nastąpiła zauważalna zmiana: przeobraża się już nie tyle architektura, ile tkanka społeczna. Jeśli półtorej dekady temu w mieście obcokrajowcy pojawiali się naprawdę rzadko, to dzisiaj Ełk jest miastem multikulti.

Mniej więcej dekadę temu w jednostce wojskowej w nieodległym Orzyszu ulokowały się amerykańskie wojska w ramach NATO-wskiej obecności na flance wschodniej. W 2017 r. w nadjeziornych barach zaczęli się pojawiać klienci mówiący z teksańskim akcentem. W galerii handlowej Brama Mazur coraz częściej można było natknąć się na grupki czarnoskórych oficerów przebierających w elektronicznych gadżetach i jedzących kebaby w tamtejszym food courcie.

Od około pięciu lat na nadjeziornej promenadzie coraz częściej daje się słyszeć języki ze Wschodu: rosyjski i ukraiński. Dzisiaj, idąc alejką wzdłuż jeziora, trudno jest nie natrafić na osobę, która mówiłaby w innym języku niż polski. I jest to odbicie trendu, jaki od mniej więcej dekady zachodzi w całym kraju. Dziesięć lat temu imigrantów można było spotkać głównie w dużych miastach. Obecnie sytuacja się zmieniła. Jak czytamy w raportach Obserwatorium Wielokulturowości i Migracji – wspólnej inicjatywy analitycznej powołanej przez Urząd Miasta Krakowa i Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie – proces „multikulturalizacji” nie dotyczy już tylko dużych miast, ale także średnich i małych ośrodków miejskich; w Małopolsce to np. Nowy Sącz, Oświęcim, Tarnów i Olkusz.

W śródmieściu Warszawy niemal niemożliwe jest wyjście do Żabki bez spotkania z obcokrajowcem; szacuje się, że w stolicy legalnie zatrudnionych jest ok. 200 tys. przybyszów. To oznacza, że ich realna liczba (dodając osoby zatrudnione na czarno oraz nieaktywne zawodowo uchodźczynie i dzieci) jest co najmniej o kilkadziesiąt tysięcy wyższa. Mniej więcej co ósmy warszawiak ma inny niż polski paszport. Co tak drastyczna zmiana statusu naszego kraju oznacza? W przestrzeni publicznej pojawia się bardzo wiele poglądów dotyczących wpływu migracji na nasze społeczeństwo i gospodarkę. Często są to obawy; nierzadko zrozumiałe, a w niektórych przypadkach również zasadne. Zdarza się jednak, że politycy i komentatorzy mają błędne wyobrażenie na temat tego procesu. Czasami również najzwyczajniej na świecie kłamią w celu podsycania antymigracyjnych nastrojów. Robią to z prostego powodu: to się im politycznie opłaca.

Uważam, że o delikatnych sprawach – a taką kwestią z całą pewnością jest migracja – należy mówić w sposób odpowiedzialny, zniuansowany, ale przede wszystkim uczciwie. Właśnie dlatego w tekście będę opierał się w przeważającej mierze na danych.

Migranci poszukiwani

Zacznijmy od kontekstu. Szacuje się, że na całym świecie osób urodzonych w innych krajach niż obecnie przez nich zamieszkiwane jest ok. 3%. Globalnie wielkość ta pozostaje na podobnym poziomie od wielu, wielu dekad. Oczywiście w różnych państwach odsetki migrantów w społeczeństwach różnią się. Ludzie jednak bardzo często przeszacowują te procenty. Według danych cytowanych przez platformę „Our World in Data” Japończycy uważają, że w ich kraju jest 10% migrantów, kiedy realnie jest ich 2%. Podobne zjawisko występuje we Włoszech, Niemczech, USA i wielu innych państwach.

„Ludzie, którym celowo przedstawiono fałszywe [antyimigranckie] twierdzenia wypowiadane przez Marine Le Pen, byli bardziej skłonni na nią zagłosować. Niestety, nie zmienili zdania, kiedy przedstawiono im fakty będące zaprzeczeniem słów Le Pen” – pisze małżeństwo ekonomicznych noblistów Esther Duflo i Abhijit Banerjee w świetnej książce Good Economics. Nowe rozwiązania globalnych problemów. „Samo poruszenie tematu migracji sprawia, że ludzie zaczynają myśleć zaściankowo. Fakty nie mogą się przebić” (tłum. M. Lipa) – konkludują badacze.

Takie postrzeganie migrantów i polityczna waga tego tematu stanowią nie lada wyzwanie, ponieważ w zasadzie jesteśmy na migrantów skazani. Rozstrzygające znaczenie ma tu demografia.

Od połowy lat 90. tzw. współczynnik dzietności w Polsce wynosi poniżej 1,5. Taki wskaźnik utrzymujący się przez dłuższy czas oznacza, że struktury społecznej nie da się odbudować. Klamka zapadła: Polska będzie się wyludniać. Niska dzietność pociąga za sobą bardzo wiele negatywnych zjawisk; spora część ma wymiar ekonomiczny. Starzejące się społeczeństwo jest mniej produktywne, potrzebuje więcej wydatków na ochronę zdrowia, a system emerytalny pochłania coraz więcej środków.

Nasza gospodarka, mimo wzrostu jej wydajności, będzie potrzebować nowych rąk do pracy – takich, które zastępować będą te znikające z powodu przechodzenia licznych roczników na emerytury. Z tym łączy się tzw. rosnące obciążenie demograficzne. „W 2023 r. w porównaniu do 2013 r. udział populacji w wieku produkcyjnym (mężczyźni w wieku 18–64 lata i kobiety w wieku 18–59 lat) spadł z 63,4% do 58,4%, a udział populacji w wieku poprodukcyjnym (mężczyźni w wieku 65 lat i więcej oraz kobiety w wieku 60 lat i więcej) wzrósł z 18,4% do 23,3%” – czytamy w raporcie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Współczynnik obciążenia demograficznego przekłada się na deficyt w ZUS. Im mniej osób pracuje na jednego emeryta, tym więcej do systemu trzeba dopłacać z budżetu. ZUS nie upadnie, ale będzie pochłaniał coraz więcej środków budżetowych, które mogłyby być przeznaczone np. na dobrą edukację, szkolnictwo, badania czy budownictwo społeczne.

Aby utrzymać wskaźnik obciążenia demograficznego na obecnym poziomie, do 2035 r. powinniśmy sprowadzić kolejne… 3 mln osób pracujących. To niemożliwe, nie uda nam się wchłonąć takiej liczby ludzi. Również dlatego, że obecnie większość polityków, zważając na nastroje społeczne, jest co najmniej sceptyczna wobec zwiększania migracji.

Gospodarka będzie sobie na różne sposoby radzić z problemem demografii – możliwe jest zwiększanie wydajności pracy, prawdopodobnie konieczne będzie również podwyższenie wieku emerytalnego. Jedną z najważniejszych linii obrony przed efektami starzenia się społeczeństwa jest jednak właśnie migracja. Migrantów będziemy potrzebować, koniec kropka.

Polska – brzmi bogato

Przez ostatnie dekady przyzwyczailiśmy się, że Polska była krajem, z którego się emigrowało. Tak było w PRL-u, a również w latach 90., kiedy opadła żelazna kurtyna utrudniająca przemieszczanie się w poszukiwaniu lepszego życia.

Otwarcie europejskich rynków pracy po wstąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej utrwaliło ten trend. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2004 r. liczba Polaków przebywających na emigracji wynosiła milion. Rekord padł w roku 2017, kiedy GUS szacował liczbę polskich emigrantów na ponad 2,5 mln. Od tamtej pory liczba naszych rodaków mieszkających za granicą spada: część wróciła do kraju.

Okolice wspomnianego 2017 r. to również moment ważnej zmiany statusu naszego kraju. Według OWiM dokładnie w 2016 r. mieliśmy do czynienia z przełamaniem trendu – był to rok zapoczątkowujący trwający do dzisiaj proces dodatniego bilansu migracyjnego. „Polska z kraju emigracyjnego staje się krajem imigracyjnym” – czytamy w jednym z raportów.

Co o tym przesądziło? Po pierwsze, nasza gospodarka od lat pędzi na wysokich obrotach. Niemal wszystkie liczące się organizacje międzynarodowe zaliczają Polskę do najzamożniejszych krajów świata. Taki status przypisuje nam ONZ – według tworzonego przez organizację rankingu HDI, Human Development Index, jesteśmy krajem o „bardzo wysokim wskaźniku rozwoju społecznego”. OECD zauważa, że według wartości PKB jesteśmy 20. gospodarką świata. Jeśli liczyć PKB na głowę z poprawką na siłę nabywczą, plasujemy się blisko 30. miejsca na globie. Jakkolwiek by patrzeć: nasz kraj jest po prostu bogaty. Już nie jesteśmy na dorobku – dorobiliśmy się. A bogate kraje zawsze nęciły migrantów łaknących lepszego życia.

Po drugie, atak Rosji na wschodnią Ukrainę ponad dekadę temu spowodował osłabienie gospodarki naszego sąsiada i wzbudził falę migracyjną. Przed inwazją wojsk Putina nasi wschodni sąsiedzi wyjeżdżali za chlebem do Rosji. Dopiero po rozpoczęciu okupacji Krymu i Donbasu Ukraińcy zaczęli chętniej spoglądać na zachód jako kierunek ekonomicznych wojaży.

A ilu migrantów jest w Polsce? Nie ma łatwej odpowiedzi na to pytanie. Dane są fragmentaryczne i rozsiane po różnych instytucjach. Polski Instytut Ekonomiczny, cytując dane rządowe, podawał w 2024 r. liczbę 2,5 mln osób. Z kolei rok wcześniej Warsaw Enterprise Institute wspominał w jednym ze swoich raportów nawet o liczbie 3,5–4 mln obcokrajowców (to jednak prawdopodobnie zawyżone dane). Szacuje się, że większość  z nich, ok. 60–70%, stanowią Ukraińcy.

Temu, jak zmieniała się liczba migrantów, możemy się przyjrzeć, zaglądając do raportów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Instytucja co roku publikuje informacje o liczbie osób odprowadzających składki emerytalne i rentowe, a więc pracujących. Pod koniec 2024 r. było to niemal 1,2 mln osób, z czego 790 tys. stanowili goście z Ukrainy. Dla naświetlenia trendu: w roku 2015 (tego momentu sięga opracowanie ZUS) ubezpieczonych osób z obcym paszportem było niecałe 200 tys. Przez dekadę przybyło więc w naszym kraju milion legalnie pracujących cudzoziemców. To oczywiście nie wszyscy.

Wśród gości mieszkających w naszym kraju są również osoby pracujące na czarno. Według Głównego Inspektoratu Pracy w 2024 r. 7,2 tys. obcokrajowców pracowało w ten właśnie sposób. A mówiąc precyzyjniej: tyle przypadków naruszenia prawa pracy zostało ujawnionych w ich kontekście. Prawdopodobnie to czubek góry lodowej, a liczba nie-Polaków pracujących tylko w szarej strefie wynosi co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. Do tego dochodzą uchodźczynie, spośród których część jest nieaktywnych zawodowo, oraz – na co wskazują dane Domu Ukraińskiego w Polsce – nieco ponad 400 tys. dzieci.

Rozbijanie mitów

Raz jeszcze podkreślę: korzystam tutaj z danych i opracowań wiarygodnych instytucji. Oczywiście każda tego typu analiza ma swoje ślepe plamki i niedociągnięcia metodologiczne. Jednocześnie niemal wszystkie są znacznie lepsze i bardziej precyzyjne niż dowody anegdotyczne.

Według raportu Banku Gospodarstwa Krajowego Wpływ napływu migrantów z Ukrainy na polską gospodarkę odsetek aktywnych zawodowo gości z Ukrainy, którzy przybyli do nas przed pełnoskalową wojną, wynosi 96–99% (są to osoby pracujące lub poszukujące pracy). Bezrobocie w tej grupie sięga 4–5%. W przypadku osób przybyłych po 2022 r. – a więc w ogromnej większości uchodźczyń – aktywność zawodową wykazuje 70–80% osób.

Jest to naturalne zjawisko odnoszące się do wszystkich uchodźców na świecie – są oni mniej aktywni na nowych rynkach pracy niż migranci ekonomiczni. Dlaczego? Ponieważ mają inne cele migracji: uciekają od prześladowań i bomb. Są nieprzygotowani do nowych realiów, często np. z racji opiekowania się dziećmi, są nieaktywni zawodowo także w swojej ojczyźnie. I jak mówią eksperci zajmujący się tematyką, pozostają zawieszeni w tymczasowości, co zmniejsza prawdopodobieństwo zatrudnienia. Niejedna z tych osób może myśleć: „Po co mam szukać pracy, skoro za tydzień będę musiała wracać?”.

Porównajmy te odsetki z aktywnością zawodową naszych rodaków. Otóż dla polskiej populacji wynosi ona niecałe 60%! Oznacza to, że uchodźczynie z Ukrainy są bardziej aktywne na rynku pracy niż ogół Polaków. Jak to możliwe? Odpowiedzią jest demografia. Osoby przybywające zza wschodniej granicy są zazwyczaj młode; rzadko przybywali do nas np. emeryci albo ludzie chorzy.

Badania nie potwierdzają intuicji, że migranci „zabierają nam pracę”. W najgorszym razie zjawisko takie ma charakter marginalny. Niedawno wnikliwa analiza na ten temat została przeprowadzona w Czechach.

Nasz południowy sąsiad po rosyjskiej inwazji na Ukrainę także mierzył się z gigantycznym napływem uchodźców. W przeliczeniu na 1000 mieszkańców Czechy przyjęły nawet więcej uciekinierów niż my, bo 34 osoby. W przypadku naszego kraju wskaźnik ten wynosił 27 osób na 1000 mieszkańców.

Czy tak dużo nowej siły roboczej spowodowało wzrost bezrobocia miejscowych? Przyjrzały się temu ekonomistki Agnieszka Postepska i Anastasiia Voloshina z uniwersytetu w Groningen. Oto wnioski. Uchodźczynie dość szybko znajdowały zatrudnienie – do końca 2022 r. jedna trzecia z nich. Badaczki nie wykryły przy tym żadnego negatywnego wpływu na bezrobocie wśród lokalnych pracowników. Migracja nie miała również przełożenia na pogorszenie się ich statusu.

Niektórzy z Państwa mogą się zastanawiać: „Jak to, przecież jeśli zwiększa się podaż, to ceny (płace) powinny zacząć spadać, a tańszy pracownik powinien wyprzeć pracownika droższego”. Paradoks braku wpływu na lokalne rynki pracy migrantów opisują autorzy wspomnianej już książki

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia