Subskrybuj
Małgorzata Rejmer
Pisarka, reportażystka. Autorka powieści Toksymia (2009) oraz zbiorów reportaży Bukareszt. Kurz i krew (2013) i Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii (2018), za którą otrzymała Paszport „Polityki” i Nagrodę Kościelskich. Obecnie pracuje nad zbiorem...

Moje dwa życia

W Polsce moi przyjaciele są poważni, w Albanii są piękni. Tak jakby Polska była od kontemplacji i pragmatyki, a Albania od odkryć i śpiewu

Przez ostatnie dwa miesiące podróżowałam po czterech krajach Bałkanów, pomieszkiwałam w dziesięciu miastach i zmieniałam nocleg 16 razy. W Albanii spałam w schludnych garsonierach, podupadłych zajazdach, domkach­‑przybudówkach, wyziębionych willach, trzystuletnich budowlach z kamienia. Przekraczałam próg i zamieniałam się w jeden zmysł: węch. Łowiłam zapachy zakurzonego drewna, zbutwiałych desek, piekących się bakłażanów, wyschniętej skórki pomarańczowej, przyczajonej wilgoci. Zapach był głębszą warstwą opowieści o tych domach.

Cieszyłam się, gdy pokój miał okno. Cieszyłam się jeszcze bardziej, gdy przez okno wpadało światło. Patrzyłam na koronkowe zazdrostki przysłaniające widok, i zastanawiałam się, czy przeżyły rękę, która je haftowała. Niemal wszędzie było już zimno, szczególnie nocami – w końcu wyruszyłam w podróż w połowie października – ale po jakimś czasie poczułam, jak moje ciało przyzwyczaiło się do zimna i wymościło się w nim. Ciężar wełnianych, zbitych koców zalegał na moim ciele. Czasem zasypiałam, owijając głowę szalikiem, i czułam się jak niedźwiedzica, która spokojnie zapada w zimowy sen, wiedząc, że gdy się obudzi, będzie już wiosna.

Nie była to komfortowa podróż. Co więcej, jeszcze się nie skończyła – piszę te słowa w Tiranie, w mieszkaniu mojej przyjaciółki, która właśnie śpiewa pod prysznicem talavę sprzed 20 lat – lecz chyba po raz pierwszy podróżowaniu towarzyszyło poczucie całkowitej kapitulacji, pogodzenia się z tym, że droga to przede wszystkim bezdroża i wertepy, opóźnienia i nieaktualne adresy.

Każdego dnia mogłam pojechać gdzie indziej. Jedyne, co trzymało mnie w danym miejscu, to obietnice kolejnych spotkań, kolejnych opowieści.

Znów pojechałam na południe, by zbierać historie. Osiadałam gdzieś i zaczynałam krążyć, rozpytywać, rozpuszczać wici. Czasem zdumiewało mnie, jak przez lata wyostrzyła mi się intuicja: wiedziałam od razu, gdzie pójść i kogo o co zapytać, żeby opowieść popłynęła. Poza Tiraną, która pędzi, cała reszta Albanii jest wielką samotnością, potrzebą opowiedzenia drugiemu człowiekowi swojego losu. Pytałam młodych mężczyzn o ich psy, a oni po chwili mówili o przemycie kokainy do Hiszpanii i kto ze znajomych ile siedzi. Zagajałam sprzedawczynię, dlaczego nie robi burków z pomidorem, a ona zaraz pokazywała mi na smartfonie zdjęcia wnuków i wyliczała, które z jej dzieci…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zróbmy sobie dziecko