Nakręcone w czerni i bieli Dni wina… prezentują pełne spektrum gatunkowych odcieni. To film, który mieści w sobie paradoksalne porządki: brutalny slapstick, ekspresjonistyczną grozę i kameralny dramat, zręcznie lawirując pomiędzy światłem a cieniem, euforią i dojmującym smutkiem, nadzieją i jej całkowitym brakiem. Zgodnie z konwencją hollywoodzkiego melodramatu miłosna relacja głównych bohaterów: Joego Claya (Jack Lemmon) i Kirsten Arnesen (Lee Remick), zostaje wystawiona na próbę. „Trzecim do pary” okazuje się jednak nie inny człowiek, lecz bolesne w skutkach uzależnienie alkoholowe.
Podobnie jak w Garsonierze (1960) Billy’ego Wildera, Lemmon wciela się w postać, która dla społecznego awansu jest w stanie zrobić niemal wszystko. Potrzebne towarzystwo pięknych, młodych pań na zakrapianą imprezę dla na ogół starszych przełożonych? Joe ogarnie. Zabawa ma trwać w „przyjaznej atmosferze” do białego rana, a potem każdy powinien trafić bezpiecznie do swojego łóżka? Joe czuwa na posterunku.
Mimo ogromnych ilości wypijanych trunków, delikatnych wyrzutów sumienia i poranków na ciężkim kacu lubiany przez wszystkich bohater Dni wina i róż funkcjonuje w swojej branży z dużym powodzeniem.
W momencie gdy w życiu Joego pojawia się urocza Kirsten, a wraz z nią perspektywa wspólnego życia, wydaje się, że w życiu mężczyzny zagości nowy, bardziej stateczny rozdział. Nic bardziej mylnego.
To właśnie Joe niczym kapelusznik z Alicji w Krainie Czarówwprowadza swoją niedoświadczoną partnerkę do świata alkoholowych doznań i, jak się później okaże, również niemałych wyzwań. Pojawienie się elementu baśniowego w zastanej rzeczywistości dostarcza wychowanej w konserwatywnej rodzinie Kirsten wolności i beztroski. Tej specyficznej, pozbawionej wstydu „lekkości bytu”, która z miesiąca na miesiąc, roku na rok…