Czasem wydaje mi się, że jestem świadkiem historii, która zatacza koło. Wychowana w latach 80., doskonale pamiętam marzenia o magnetofonie, później walkmanie czy odtwarzaczu wideo. Wieczorem oglądaliśmy telewizję, a ja biegłam do kiosku po „Express Wieczorny” i paczkę extra mocnych dla dziadka. Pamiętam to wszystko, jakby zdarzyło się wczoraj. Zazdrościło się tym szczęśliwcom, którzy mieli magnetofon na wyłączność i mogli odtwarzać po stokroć piosenki Pet Shop Boys czy Kim Wilde.
Któregoś lata mojej przyjaciółce udało się w kiosku kupić winylową płytę Papa Dance Poniżej krytyki. Całymi dniami odtwarzałyśmy piosenki z gramofonu, podczas gdy ja spisywałam teksty utworów z koperty płyty. Do dziś pamiętam te emocje dziesięciolatki. Wydawało mi się, że już nic lepszego mnie nie spotka, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Tam i wtedy.
Papierowe książki, piosenki z kaset i płyt winylowych, filmy na wideo oglądane po kilkanaście razy. Tak było. A kiedy przyszło nowe, a przychodziło najpierw powoli, by potem tak przyspieszyć, że trudno było ogarnąć to rozumem, chciało się rzucić w kąt te wszystkie pamiątki przeszłości.
Na szczęście sentyment nie pozwolił mi pozbyć się wszystkiego.
Minęły lata, na świat przyszły moje dzieci, urodzone już w zupełnie nowej rzeczywistości. Gdy w tym roku zaczęliśmy wyjeżdżać do domu na wsi, gdzie internetu częściej nie ma, niż jest, nachodziła nas ochota, żeby coś obejrzeć, czegoś posłuchać. Wygrzebaliśmy stare płyty CD (kaset już nie miałam) z czasów liceum i płyty DVD. I okazało się, że dzieci urodzone w XXI w. z braku tego, do czego przywykły na co dzień, potrafią cieszyć się muzyką a-ha, starymi czeskimi (a nawet czechosłowackimi) filmami, dawniej puszczanymi w telewizji w okresie wakacji. Muszę przyznać, że to odkrycie mnie nieco zaskoczyło, ale też dało mi dużo do myślenia. Bo czy nie tęsknimy za czynnościami, jakie kiedyś nas łączyły i zbliżały do siebie, za modą, w której zręczne dłonie mamy czy babci dziergają na drutach najpiękniejszy sweter, za jakością – nie tylko rzeczy, lecz przede wszystkim relacji?
Brzmienie muzyki z płyty winylowej, gdzie szumy i trzaski dodają niepowtarzalnego uroku. Towarzyszący im rytuał przeglądania, wybierania, wyjmowania krążka z okładki, ustawienia igły na gramofonie… Wspólne słuchanie i delektowanie się dźwiękami. (Od razu przypominają mi się sceny w kultowej Wojnie domowej, gdzie Paweł Jankowski wsłuchuje się z nabożną czcią w utwory z odtwarzanej płyty). Albo…